Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii
Blog > Komentarze do wpisu

Jate is Fate!

Będzie parę słów o Lost.

Nie dlatego, że przestał mi się podobać, ale wszyscy wiemy jak jest. Serial zawsze był pokręcony jak żyrafi tampon, ale dopiero sezon piąty wprowadził nas w istny świat konfuzji i zamęt grubymi nićmi szytymi. Kiedy się zaczyna kombinować z podróżami w czasie, to seria z rozpędu wpada w s-f i zaczyna się alogika. Faraday (dobór nazwisk był w Zagubionych zawsze niezwykle subtelny) nakarmił nas kawałem o zarysowanej płycie, która przeskakuje między trackami i zamknął nieogar kontinuum czasoprzetrzennego w aksjomat "cokolwiek się stało, stało się". Ok. Potem cofnął się w czas, żeby wynaleźć prądnicę. Zanim powróci z kolejnym pseudonaukowym bełkotem i popsuje mi całą koncepcję, muszę sprzedać swój pogląd na dynamikę Losta. Bo widzicie, to się naprawdę może trzymać kupy, jak na to popatrzymy odpowiednio. Trzeba tylko potraktować dosłownie "Whatever happend, happend". To tak jak z ideą wschodniego fatalizmu albo innej kalwinowskiej predestynacji. Ludzie! Sayid nie zabił Bena i nie zmienił przyszłości. Ben został postrzelony, stąd pamiętał Sayida doskonale, kiedy ów rozbił się lotem 815. Nie mamy równoległych linii czasowych. Mamy płytę gramofonową, a każdy nadrobniejszy gest, uśmiech, mrugnięcie i bąk naszych bohaterów jest wyżłobionym rowkiem na tej płycie. To wszystko już się stało, bo to czas jest względny, a nie decyzje bohaterów. Sayid mógł strzelić małemu Benkowi w banię? No nie mógł. Dlaczego? Bo tak się nie stało.

Jack, Kate, Hugo, Sawyer, Sayid, Ben i cała Dharma, i cała ludzkość to tylko marionetki odgrywające scenariusz. Przy czym wygląda na to, że Ben jest jedyną marionetką która widzi sznurki[1]. "Nie ma znaczenia co zrobimy, bo cokolwiek się stało, już się stało. I się nie odstanie". Idea prostej linii czasowej nie polega na tym, że istnieje jakaś fizyczna wartość dodana, która zniweluje ingerencję w przeszłość i sprawi, że Benowi i Locke'owi zarosną dziury po kulach. Idea na tym polega, że każdy krok jest gdzieś tam odgórnie zapisany, zaprogramowany, zapisany w gwiazdach, u pana boga w notesie, whatever. Każdy krok i każdy ruch. I niczego nie można zmienić ani odrobinę. Czyli de facto nikt tam nie ma wolnej woli. Przynajmniej tak rozumiem, tak sobie ogarniam i to będzie najprawdopodobniej jedyne logiczne rozwiązanie.

To jest wizja z jednej strony niepokojąca i krępująca, bo skoro nie mamy wpływu na nic, co się z nami dzieje, bo po co w ogóle dziać ze sobą cokolwiek. Po co w ogóle wstawać z łóżka. Z drugiej strony niesie wyzwolenie, bo skoro wszystko jest z góry ustalone, to po co się martwić. Powiedzmy sobie, czy film, którego ewidentnym tematem od początku do końca było przeznaczenie może doprowadzić do innej konkluzji?

Nie wiem czy takie było założenie od początku i śmiem w to wątpić, ale s-f pachniało już od drugiego sezonu.

Pozostaje jeszcze oczywiście kwestia Desmonda, który jest "speszial". Bo czas się go nie ima. Czyżby był samotnym elektronem w sztromie tachionów, skoro potrzebuje swojej "constant", żeby się utrzymać? Wychodziłoby na to, że Daniel F. jest wtedy drugim elektronem, a ich zderzenie wywoła elektryczną burzę. A może to Des jest wybrańcem, który wyswobodzi wszystkich z więzów predestynacji? No god damn it, niesamowite sprawy ontologiczne się tu kroją.

Każda próba ogarnięcia teorii względności czasu kończy się bólem głowy, więc podarujmy sobie w tym momencie.

Zostają jeszcze fajne kwestie relacji międzyludzkich w Lost. Nie wiem jak wam, ale mnie bardzo podoba sie to "nowe rozdanie". Sawyer jest in charge, a bufon Jack z podkulonym ogonem popędził sprzątać kible.

W bardzo odległych czasach, kiedy w telewizorze nadawał tylko Miś Uszatek na zmianę z Gierkiem, można było u kobiety poprowadzić psychologiczny test na fajność przez pytanie jednokrotnego wyboru. Czy wolałaby się najrzeć z Bohunem czy Misiem Skrzetuskim. Dzisiaj już nie czytają papierowych książek, więc można w tym samym pytaniu wstawić Jacka i Sawyera. Kate jest raz fajna, raz niefajna. Ten sienkiewiczowski trójkącik, albo raczej czworokącik trochę ostatnio przystopował. Jakoś mnie to nie martwi, ale warto było wspomnieć.

[1] Honor dla Doktora Manhattana, bo tekst o marionetkach widzących sznurki jest z Watchmenów. Ale pasuje, prawda?
sobota, 28 marca 2009, gawithpl
Tagi: Lost

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: