Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

Tu chodzi o etykę w superbohaterstwie

gawithpl

Zack Snyder został zapisany w słowniczku krytyków jako antonim subtelności, ale wszystko, co dobre i piękne w jego filmie o Batmanie i Supermanie jest ukryte w niuansach, nienachalnych intertekstualnych nawiązaniach i polega silnie na przedsądach.

Marvel kręci swoje śmieszki według sprawdzonej receptury, joke-punchline-punch-oneliner, która najwyraźniej znowu przedefiniowała gatunek. Ja też je lubię, ale to nie znaczy, że muszę nie lubić czegoś odwrotnego. Choć lanie, jakie "Batman v Superman" przyjmuje od recenzentów jest w większości zrozumiałe, to sam tekst o "zamało humoru", którym ciska się w film jak głazem narzutowym, jest nietrafiony. Ekranizacje Marvela (z paroma wyjątkami - "Zimowy żołnierz", seriale Netflixa) to po prostu niedzielne kreskówki z lat sześćdziesiątych przetłumaczone na filmowy język i podrasowane oryginalnym dowcipem. Seria Zacka Snydera toczy się na zmianę w podbrzuszu grzesznych miast i pożodze wojny. Welcome to DC Universe. Zainstalowany tu wszechświat może być równie kreskówkowy, ale potwory, które w nim czyhają, są prawdziwe. Na przykład szajbnięty miliarder, który rozgrywa społeczne lęki i nieufność wobec autorytetów, żeby gromadzić władzę we własnych rękach.

Do tego świata nie pasują niestety idealiści jak Steve Rogers, żartownisie jak Tony Stark, ani zimni profesjonaliści jak Czarna Wdowa. Będzie w nim wielu mruków targanych wewnętrznymi sprzecznościami, niepewnością, uporczywą mantrą Carrie z piątego sezonu "Homeland" - "całe to cierpienie i nic się nie zmienia". Superman jest tu słusznie wyalienowany i postludzki prawie jak Doktor Manhattan z innej, całościowo trochę bardziej udanej, komiksowej adaptacji Zacka Snydera. Jego heroizm nie płynie z czystości serca, ale tego samego poczucia odpowiedzialności, które dręczyło Chrisa Kyle'a w "Amerykańskim snajperze". Inaczej niż w kanonie, rodzina Kentów od dziecka próbuje go chronić przed społeczeństwem, jak rodzice Elsy. Conceal, don't feel. A Superman na to "jak ze sobą żyć, nie podejmując odpowiedzialności za ludzkość?". Trudny moralny obowiązek, nie chęci. Kiedy więc świat wyklina swojego niechętnego zbawiciela, ciężar niepewności pociąga w niemoc, z którą trzeba sobie poradzić. 

Batman jest nawet ciekawszym przypadkiem. Bruce Wayne jako postać zostaje w tej serii przedstawiony po raz pierwszy, więc każdy element jego story arc powinien zostać teoretycznie wyłożony od zera. Zack zasadnie zakłada jednak, że Batmana wszyscy znamy jako archetyp, skoro jako bohater - w tej czy innej formie - towarzyszy nam od dziecka. Buduje więc jego wątek w sposób hipertekstualny, dokonuje dekonstrukcji mitu. Batman w wykonaniu Bena Afflecka porzucił swoje zasady, bo "tyle cierpienia i nic się nie zmienia". Spojrzenie, jakie wiesza na naznaczonym farbą kostiumie Robina (otwartym nawiązaniu do komiksu "Śmierć w rodzinie", w którym Joker zabija odwiecznego sidekicka nietoperza) mówi o tej postaci więcej niż powiedziałyby flashbacki i linijki dialogów. To jest Batman psychicznie rozchwiany, gniewem maskujący swój przytłaczający lęk i nieufność wobec reszty świata i wszystkiego, co obce. To Batman, który już nie wierzy w drugie szanse.

"Batman v Superman" jest więc filmem o spirali konfliktu, u podłoża którego leży wzajemne niezrozumienie, stare urazy i niepokój nakręcany przez żądnych władzy szaleńców. Nie wiem, co wy na to, ale dla mnie to brzmi bardzo współcześnie, jakkolwiek infantylne i sentymentalne może się wydawać podejście Zacka Snydera do tematu. Nie wiem jednak, czy to braku zrozumienia czy  wyrozumiałości doszukiwać się w kpinach z dwóch najbardziej poruszających fragmentów "Człowieka ze stali" i "Batman v Superman".

W przypadku "Man of steel" z niechęcią spotkała się scena, w której Clark z bólem serca zabija Zoda. Był to dla postaci moment definiujący. Superman właśnie zniszczył ostatnią żywą cząstkę własnego świata, żeby chronić wciąż obcą sobie ludzkość. Jego mrukliwość i podejście do zawodu superbohatera to w dużym stopniu psychiczne konsekwencje tamtej decyzji. Odpowiednikiem tej sceny w "Batman v Superman" jest moment szorstkiego pojednania tytułowych bohaterów. Wbrew memes jak ten powyżej, we fragmencie tym nie chodzi o to, że "nasze stare chodziły do tej samej szkoły = coś nas łączy = let's be buddies". To po prostu chwila, w której Batman po raz pierwszy spogląda na Supermana i dostrzega w nim człowieka. Czyjegoś syna, nie zagrożenie. Kogoś, komu mama śpiewała do snu i kochała ponad wszystko, a nie broń masowego rażenia. Wtedy Bruce Wayne, wobec wybudzonych z mroku własnej duszy wspomnień, przypomina sobie też dlaczego został Batmanem. Żeby żadne dziecko nie zostało pozbawione rodziców, jak on. Wtedy puszcza gniew i wraca rozsądek. Dla mnie była to mocna i emocjonalna scena, która trafia do sedna humanizmu opowieści o superbohaterach.   

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • Gość: [sis] *.icpnet.pl

    Infantylną w moim odczuciu scenę (Martha!) tak ładnie wyjaśniłeś, że spojrzałam na nią zupełnie innym okiem. Powinni cię zatrudnić do komentarza w extrasie do filmu na dvd :)

  • insidethefire

    Zgadzam się w całej rozciągłości. Lex był tutaj przedstawiony tak, jak zawsze go sobie wyobrażałam.
    Batman w końcu miał więcej w mózgu niż w skrzydłach, a Superman nie był jednoznacznie cudownie kochanym bohaterem.
    W końcu Metropolis było bezsilne i to było piękne.

  • Gość: [Hołka] *.static.ip.netia.com.pl

    Przeczytałam na jakimś innym blogu, że od tego ile "wniesiemy" ze sobą do kina będzie zależało to, ile później wyniesiemy z seansu.

    Masz dużą wiedzę i sympatię do Batmana (podejrzewam, że do Supermana także), dlatego dopatrywałeś się w tym filmie tego, co najlepsze, czytałeś między wierszami i dostrzegłeś rzeczy, których nie zobaczyły osoby krytykujące film. We mnie - osobie podchodzącej do DC zupełnie neutralnie - Batman v Superman nie wywołał żadnych emocji - ani pozytywnych, ani negatywnych.

    Przy czym największym (moim zdaniem niewybaczalnym) błędem BvS było to, że był on zrobiony za bardzo dla fanów komiksów. Przykładowo ty, widząc zbroję Robina wiedziałeś, o co w niej chodzi. A ja nie. I takich scen było moim zdaniem za dużo, wiele elementów stało się dla mnie jasnych dopiero po przeczytaniu analiz filmu wyjaśniających o co tam chodzi. A tak chyba nie powinno się kręcić ekranizacji.

  • gawithpl

    @Przy czym największym (moim zdaniem niewybaczalnym) błędem BvS było to, że był on zrobiony za bardzo dla fanów komiksów. Przykładowo ty, widząc zbroję Robina wiedziałeś, o co w niej chodzi. A ja nie. I takich scen było moim zdaniem za dużo, wiele elementów stało się dla mnie jasnych dopiero po przeczytaniu analiz


    Trochę tak, trochę nie. Będzie jeszcze 10 filmów w serii, więc nie trzeba wszystkiego odkrywać od razu. Jak w pilocie nowego serialu trochę gniewny i niestabilny bohater w jednej scenie na przykład zagląda z tęsknotą do pustego pokoiku dziecięcego w swoim domu, to można już snuć jakieś domysły i kreować jego obraz na tej podstawie, a pełne wyjaśnienie przyjdzie później, to jest dobry sposób budowania historii. Jak dla mnie motywacje zachowania wszystkich bohaterów były w klarowne bez żadnego dopowiadania. Łącznie z nieszczęsnym Lexem Luthorem, którego dręczy niepokój, że nagle pojawiły się w świecie jakieś supermoce silniejsze od pieniędzy.

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci