Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

Wszystko

Rogue One

gawithpl

Sory, nie widziałem filmu. Dałem taki tytuł, żeby kilka więcej osób ze strony Bloxa kliknęło.

Myślę sobie o tych ostatnich scenach z "Miasta 44". Chłopcy i dziewczęta w najpiękniejszym wieku, kulawo brną przez gruzy i pożogę miasta donikąd, wszyscy straceni. Myślę o Terminatorze, który znajdzie swoją ofiarę w każdej dziurze i nie spocznie dopóki jej nie zlikwiduje, myślę o tym uczuciu osaczenia i beznadziei. Trudno mi wyobrazić sobie większy koszmar niż oddziały egzekutorów przemieszczające się od drzwi do drzwi, konsekwentnie eliminujące niedobitki ocalałych na szczątkach osiedli mieszkalnych.

Nie musisz myśleć o przedpieklu w Syrii, możesz otulić sumienie sensownymi racjonalizacjami. Tyle nieszczęścia na całym świecie, nic na to nie poradzę przecież, zacznę naprawiać świat od własnego podwórka i nakarmię bezdomne koty. Chociaż mnie kłuje ta myśl, że ludobójstwo in spe to jednak inna kategoria niż ubóstwo, głód, epidemie, klęski żywiołowe i otwarte konflikty zbrojne, a doczekaliśmy wreszcie czasów, w których przywódcy świata nic w tej sprawie nie zrobią. I to w najlepszym razie.

Możesz znowu napisać gniewny status o Błaszczaku i PiS, a potem odpowiedzieć z niesmakiem na komentarz jakiegoś rasiolka, a nawet zbanować go ze swoich znajomych. Ogólnie możesz zrobić bardzo niewiele, a w ramach tego niewiele na przykład dorzucić cegiełkę na PAH albo zrobić którąkolwiek z tych mało pomocnych, ale lepszych niż nic rzeczy i podać temat dalej.

Jeśli losy rebeliantów z jakiejś odległej galaktyki was przejmują, to możecie przejąć się też trochę tymi z nieodległego kraju (serio, weźcie spójrzcie raz na mapę, to nie jest inny świat, to jest odległość między kciukiem a palcem wskazującym, latalibyście tam Wizzairem na plaże, gdyby nie ta sytuacja), których sięgają promienie gwiazdy śmierci.

BoJack Horseman

gawithpl

Zapraszam na notkę o koniu. Strona nie ma jeszcze wersji mobilnej, więc notkę można też przeczytać bez wychodzenia, tutaj.

 

 

Jak już oswoicie się z tym, że głównym bohaterem jest gadający koń, który okazyjnie uprawia seks z ludźmi i robi kilka innych rzeczy, porzucicie słabe skojarzenia z zoofilią i furrysami, zaakceptujecie fakt, że w tym uniwersum wszystkie antropomorfizowane zwierzęta żyją na jednym poziomie ewolucyjnym, jak w multigatunkowej komunie, też przyznacie, że „Bojack Horseman” to jeden z najbardziej błyskotliwych i przenikliwych seriali na Netflixie. Słowo.

Włączyłem „Bojacka” w żałobie po konsumpcji siedmiu sezonów „Archera” (innego wybitnego odkrycia), oczekując kopniętej kreskówki w typie „Family Guya” na łagodzenie bezsenności. I wpadłem jak turysta szukający stand-upu na spotkaniu AA, bo trafiłem na szokująco realistyczne od strony psychologicznej studium depresji. Gorzką powieść o fetyszyzacji smutku i teoretycznej koncepcji szczęścia. O tym, jak błędnie szczęście bywa utożsamiane z miłością i sukcesem. Scena po scenie serial odkrywa swoje kolejne warstwy, odzierając bohaterów z powłok i pancerzy przywdzianych na potrzebę społecznych gierek pozorów. Wrażliwie zszywa wątki „Californication” i „Birdmana”, przekazując znacznie więcej niż te filmy kiedykolwiek mogły lub chciały, topiąc mamidła showbiznesu w wielkim smutku życiowej pustki. A przy tym omija zręcznie nieznośne banały, od jakich pękają cautionary tales o utracjuszach, szczędzi morałów, a telewizyjne receptury na spełnienie bezlitośnie depcze. To jest show doskonale postmoralistyczny i na przekór swojej krzykliwej kolorystyce dławiąco mroczny, niczym toń na wpół zlodowaciałej rzeki. A przy tym bywa wściekle zabawny i celny w swojej ironii, jak solidnej tragikomedii wypada.

bojackhorseman2
Back in the 90’s I was in a very famous TV show

To pierwsze słowa piosenki przewodniej „Bojacka” wykonywanej przez sympatyczną kapelę indie rockową Gruplove. Nawet bez znajomości muzycznego podkładu i kontekstu fabularnego, możemy wyczuć, że ten wers uderza w jakąś żałośnie depresyjną nutę. Lata dziewięćdziesiąte to dekada, którą ciągle wspominamy z rozbawieniem i wywrotką w oczodołach. Inaczej niż w kultowych dzisiaj, pesymistycznych latach osiemdziesiątych, wszystko było wtedy naiwne, czułe, radosne i familijne. Podyktowane optymizmem płynącym z „końca historii” oraz pierwszym, pozornym powodzeniu polityki raeganomiki i tachteryzmu. Przez te kilka lat muzyka, film i telewizja karmiły nas ułudą, że od teraz wszystko będzie dobrze, bo przyszłość jawi się otwartą drogą i każdy może odnieść sukces, jeśli się odpowiednio postara. Przyjaciele i rodzina to najwyższe instancje, a pozytywne nastawienie przepiłuje kłody, które życie ciska pod nogi. Jakby wszyscy zachłysnęli się coachingowymi bredniami, a cynizm zszedł do niszy dla ponuraków pijących czarną kawę o północy w przydrożnym barze. Seriale z tamtej epoki wspominamy nostalgicznie, ale trudno znieść dzisiaj ich cukierkową niewinność. „Pełna Chata”, „Przyjaciele”, „Bajer z Bel Air”, „Roseanne” złapane przypadkiem w paśmie powtórkowym na Comedy Central przełączamy z przekąsem po kilku minutach hipnozy. Jeśli więc ktoś zaczyna swoją introdukcję od faktu, że w dwadzieścia lat temu występował w telewizji, to znak, że jego życie prawdopodobnie nie jest całkiem spełnione.

„Dawno temu, w latach w dziewięćdziesiątych grałem w pewnym bardzo znanym serialu…”. Tak mogliby falsetować John Stamos, Matthew Perry albo Fred Savage. Na wieść, że nie wiedzie im się dziś najlepiej, na pewno posmutnielibyśmy od razu. Na kilka sekund. A potem kliknęlibyśmy kolejnego newsa o ciąży Natalie Portman albo anoreksji Angeliny. No lubiliśmy kiedyś tych kolesi, ale nie wykrzesamy dla nich więcej niż odrobinę przelotnego sentymentu, za dużo się dzieje wkoło, karuzela newsów nie przestaje się kręcić, wiecie sami. Bojack, sardoniczny koń o głębokim głosie Willa Arnetta, jest właśnie jak te Chandlery i Tomy Arnoldy. Wyblakła gwiazda ze starego, naiwnego sitcomu o koniu wychowującym trójkę sierot. Kiedyś bawił miliony, dziś jest obumierającą szarą komórką masowej pamięci popkulturowej. Aktor jednej roli, zaczepiany czasem przez obcych pytaniem „Ej, czy to nie ty byłeś Koniem w Rozbrykanych dwadzieścia lat temu?”. Spędzający dni na oglądaniu starych odcinków swojego hitu, przepijaniu tantiem i niepisaniu autobiografii, za którą zapłaciło mu wydawnictwo. Już w scenie otwierającej serial Bojack defensywnie tłumaczy radiowemu prezenterowi przebrzmiały fenomen sitcomów lat dziewięćdziesiątych. „Słuchaj no, dla większości ludzi życie jest niekończącą się serią mocnych kopniaków w mosznę i czasami, kiedy wracasz do domu po intensywnej sesji takich kopów, chcesz obejrzeć serial o dobrych, sympatycznych ludziach, którzy kochają się nawzajem, w którym każdy problem rozwiązuje się w przeciągu 30 minut.”.

Chociaż „BoJack Horseman” też przyjął postać dwudziestominutowego serialu komediowego, to intencjonalnie wypowiada wojnę wyżej streszczonemu formatowi, odmawiając widzowi satysfakcji szybkiego i gładkiego rozwiązania konfliktu każdego odcinka. Konsekwencje są ważne na wszystkich planach. Dom zniszczony po szalonej libacji nie restauruje się automatycznie w czasie przerwy na reklamę, jak miałoby to miejsce w klasycznym sitcomie, a spalonych mostów nie można odbudować kilkoma linijkami dialogów. Każda gówniana decyzja nabija rozpędzoną kulę śnieżną, jaką jest życie głównego bohatera.

Wszytko, czego Bojack pragnie, to szczęście, którego nie potrafi zdefiniować. Potykając się co rusz, ściga rozpaczliwie różne cele, które rzucają w jego ciemną przestrzeń przebłysk radości. Raz będzie to książka, która pokaże światu jego prawdziwą, wrażliwą stronę, kolejnym razem krytycznie aklamowana rola w oscarowej przynęcie, jeszcze innym miłość utracona, a potem znów wóda i narkotyki. Każdy skok na szczęście, który ma być kolejnym przełomem, kończy się dla BoJacka nowym upadkiem w otchłań apatii, lęku i odrazy. Pytania „No i co z tego”, „Co dalej”, „Po co właściwie to wszystko” wyglądają za zakrętem jak demony kolejnych poziomów bezcelowej gry. Nikt nie nazywa rzeczy po imieniu, ale BoJack cierpi na kliniczną depresję. I nie jest to bzdurna depresja telewizyjna, która objawia się katatonią, zmarniałą miną i mariażem z łóżkiem i dresem, ale najprawdziwsza manifestacja jednej z największych współczesnych chorób cywilizacyjnych. Każdy, kto z nią wygrał lub wciąż walczy, dojrzy w „BoJacku” znajome wątki, zawsze niepokojąco autentyczne jak na kreskówkę o koniu.

Recepcja serialu na przestrzeni czasu udowadnia, że ocenianie rozbudowanych historii po kilku pierwszych odcinkach jest wyjątkowo próżne. Pierwszy sezon wyrobił na Rotten Tomatoes tylko 56%. Krytycy, których większość nie przeskoczyła pewnie Pilota, uznali, że „BoJack” jest w istocie „sporadycznie zabawny, ale blednie w porównaniu z konkurencją”. Dwa kolejne sezony zdobyły już 100% pozytywnych recenzji, a krytyczny konsensus określa produkcję „dojrzałą i ambitną czarną komedią, która z delikatnością łączy absurdalny humor z mrocznym i zniuansowanym dramatem”. Z tym serialem jest jak z prawdziwymi ludźmi zmagającymi się z depresją. Oni też z wierzchu wydają się zwyczajni i bledną w tłumie, sporadycznie mogą rzucić jakimś zabawnym żartem, nawet się uśmiechnąć. Trzeba spędzić z nimi trochę czasu sam sam, żeby dostrzec ich smutek i naprawdę dobrze poznać, żeby jeszcze pojąć jego źródła. Depresja nie musi oznaczać dna rozpaczy i kręgu myśli samobójczych, jak stereotypowo wyobraża to często kultura. Dla mas zwyczajnie funkcjonujących ludzi to takie codzienne i oswojone uczucie oderwania psychiki od społecznej tkanki otoczenia. Bierne uczestnictwo w ciągu zdarzeń, poczucie braku kontroli i wpływu. Opóźnienie między wypowiadaniem zdań na głos, a ich przemyślanym formowaniem. Natrętne pytanie podcinające skrzydła: „kim jestem i co właściwie robię”. W serialowym intro życie przewija się za głównym bohaterem jak taśma filmowa, ale kamera wciąż przyklejona jest do jego zobojętniałej twarzy. Frasunek narasta w oczach BoJacka, aż wreszcie koń wpada do basenu i tonie. I nawet wtedy trudno mu wejść w interakcję ze światem. Tak wygląda życie w apatii.

Ta historia to scenariuszowe złoto. Gdyby nie kreskówkowe gagi i absurdalna otoczka, mógłby być nagradzaną powieścią albo oscarowym dramatem. Humor płynący ze zjadliwej satyry na narcystyczny Hollywood (właściwie Hollywoo – widzowie skumają) jest jednak potrzebny, żeby rozrzedzić nieco mrok, a zarazem spotęgować życiowe upadki bohaterów. Choć BoJack jest zawsze w centrum uwagi scenarzystów, to nie jest tylko jego opowieść. Dwójka najbardziej godnych empatii postaci drugoplanowych pojawia się początkowo w serialu jako zapalnik dla sprawdzonych żartów z branży filmowej. Pan Peanutbutter to głupawy, nadpobudliwy i nadmiernie entuzjastyczny labrador, samozwańczy najlepszy kumpel BoJacka, który spędził młodość, grając w ewidentnym plagiacie „Rozbrykanych”. Księżniczka Carolyn to sprytna kocica, pazurzasta agentka głównego bohatera, tudzież kumpela „z benefitami”. Prawdopodobnie najlepszy running joke serialu powiązany jest właśnie z nią i dotyczy jej chłopaka Vincenta Adultmana, który w rzeczywistości jest trzema chłopcami, jeden na ramionach drugiego, ukrytymi pod szarym płaszczem, czego nikt prócz cynicznego BoJacka wydaje się nie zauważać. Dialogi rozgrzebują jednak ten gag aż do drugiego dna. Księżniczka Carolyn nie jest idiotką, po prostu rozpaczliwie potrzebuje w życiu przyjaciela, kogoś, kto ją wysłucha. A w zapatrzonym w siebie Los Angeles wytwór wyobraźni małego chłopca może być jedyną taką szansą.

Psia żarliwość i optymizm Pana Peanutbuttera też okazują się czymś więcej niż emanacją naiwnej głupoty. Są jego w pełni świadomym wyborem, przemyślaną strategią przetrwania w zgorzkniałej rzeczywistości, sposobem na uniknięcie goryczy, która konsumuje BoJacka.

Po co właściwie brnąć w serial, który zapowiada się na beczkę dziegciu? Bo mimo znajomych tropów, całokształt oferuje coś zupełnie oryginalnego, gęstą karmę dla umysłu. Poznaliśmy już na przestrzeni lat całą rzeszę filmowych i telewizyjnych mizantropów i cyników, Doktor House przewodzi pochodowi. W każdym jednak z tamtych przypadków fabuła przekonywała nas, że w głębi duszy wszyscy oni są dobrymi ludźmi, którzy krzywdzą innych tylko dlatego, że sami cierpią. Długie zbliżenia na na ich pełne smutku oczy manipuluje naszym współczuciem. „BoJack” zrywa z tymi tanimi chwytami narracyjnymi. W kluczowych punktach każdego sezonu ktoś zawsze wygarnia najważniejszemu mizantropowi tego serialu prawdę. Nie ma żadnego „w głębi w duszy”. Tylko to, co robisz określa, kim jesteś. Jeśli jesteś kutasem dla innych, bo trudne dzieciństwo, ból nogi czy depresja mogą cię usprawiedliwiać, ale nie zmieniają faktu, że ciągle jesteś kutasem. Fakt, że samotnie cierpisz z powodu krzywdy, którą zadajesz innym też nie czyni cię lepszym człowiekiem.

Dwa osiowe odcinki serialu mają największy wpływ na jego ton oraz tożsamość głównego bohatera. Pierwszy to „Escape from L.A.”, w którym BoJack porzuca wszystko, żeby odnaleźć swoją dawną miłość, „tę jedną, która się wymknęła”, a drugi „That’s too much, man!”, gdzie smętny koń wyciąga swoją przyjaciółkę, małą dziewczynkę, której ojcował w „Rozbrykanych”, dziś gwiazdkę pop Sarę Lynn, ze światła kilkumiesięcznej trzeźwości w ciemność nałogu. W obu BoJack kończy pokonany, niemal już pogodzony z własną ohydą moralną. Scenarzyści konsekwentnie odmawiają mu szansy na odkupienie win i rozwój. Czasem wydaje się, że odnalazł swój spokój ducha i cel, ale zaraz wszystko okazuje się kolejną iluzją, zasłoną dymną, picem i kolejnym gwoździem do trumny. Depresja to prawdziwa dziwka, której nie odpędzi żaden pojedynczy rozbłysk szczęścia. Trzeba się z niej wygrzebać mozolną pracą. Małymi krokami i dzień po dniu. Tak jak pewien pawian mówi głównemu bohaterowi o joggingu: „Z czasem jest łatwiej, ale musisz starać się codziennie. To najtrudniejsza część tej zabawy, na której większość ludzi przepada. Codziennie dawać z siebie wszystko”.

Trzeci sezon „BoJacka Horsemana” dostępny jest na Netflixie od 22 lipca.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Muddy Waters

gawithpl

"Orange is the new black", który półtora roku temu nazwałem optymistycznym serialem o wynajdywaniu siebie na nowo i który z lekkością zdobywał nagrody w kategoriach komediowych, przepoczwarzył się w ostatnich dwóch sezonach, prawie jak jakaś wielka amerykańska powieść, w tę mroczną i potężną alegorię napięć rasowych i narodowych w społeczeństwie dławionym przez interesy bezwzględnych korporacji. I jeszcze nastąpiło to wszystko bardzo gładko i organicznie. Szanuję. Błotniste wody, prawda. 

Szkoda, że trochę jakby potonęły w nich tak pięknie wcześniej pomyślane i unikalne tożsamości wielu postaci. Ale coś w tym jest, że można ambitnie opowiadać albo o wielkich ideach albo o ludziach, rzadko o jednym i drugim.

Gwiezdne Wojny bez nostalgicznych gogli

gawithpl

Przed premierą "Przebudzenia mocy" (tą dla zwyczajnych proli, czyli piątkową) muszę wygłosić kilka herezji.

forceawakensjarjarposter

Z sześciu filmów, które tworzą kanoniczną serię tak naprawdę tylko jeden jest dobry. Jak to się stało, że światu odwala na punkcie takiej obiektywnie średniej serii? Wiadomo, nostalgia. "Star Wars" dla mnie to też ciepłe wspomnienie po pudle od pralki udającym kabinę starfightera i chemicznym zapachu taśmy VHS. Ale oglądając dziś "Nową nadzieję" nawet przez nostalgiczne zaślepki, trudno sobie nie pomyśleć, "rany, jaki to silly shit". Może z tego powodu sporo fanów nie chce rewidować swoich wspomnień powtórką z oryginalnej Trylogii (w szkole mnie uczyli, że trylogię piszemy z wielkiej tylko, kiedy chodzi o Trylogię Sienkiewicza, wie ktoś, czy coś się zmieniło?). Ja zrewidowałem w ostatnim miesiącu i ehm, no cóż. 

Skończyła się kilka tygodni temu obiektywnie bardzo dobra seria pod tytułem "Igrzyska śmierci". Sprawnie rozplanowana, inteligentnie napisana (myślę o filmach, w książkach mnie przerósł ten narracyjny wlot w umysł niekoherentnej nastolatki i nie doczytałem), zagrana w zasadzie bezbłędnie i przede wszystkim wypełniona tą jakże relewantną społeczną alegorią (a ostatnie zdanie o tym, że "There are much worse games to play" może być jedną z bardziej i pamiętnych i mocniejszych closing lines masowej kultury paru dekad). A jednak, jeśli powiem dowolnemu dojrzałemu, inteligentnemu i wykształconemu mężczyźnie, że "Igrzyska śmierci" są lepsze od "Gwiezdnych wojen", zostanę obśmiany albo dostanę w ryj rozbitą butelką.

Ale czy ktoś chce się ze mną kłócić, że taka "Nowa nadzieja" nie jest płytka jak kałuża łez wylana na pogrzebie tyrana? Że postaci ma wycięte z kartonu, a interakcje między nimi są niewiarygodne (Luke rozpaczający bardziej po Obi-Wanie, którego znał dwa dni niż po wuju i cioci, którzy go uchowali - no jak ja mam się utożsamiać z takim protagonistem?), albo że reżyseria jest pocieszna? I już nie mówię o tych zmianach, które Żorż naniósł z kolejnymi wydaniami (choć też były dla mnie niejakim szokiem), ale na przykład walce Obi-Wana z Lordem Vaderem, która wygląda jak kłótnia emerytów wyrywających sobie mopa. Albo, czy ktoś chce wybronić absurd całej finałowej sekwencji "Powrotu Jedi"? Chętnie wysłucham zwłaszcza tych, którzy obśmiewali bitwę w "Avatarze". Nawet najlepsze "Imperium kontratakuje" narracyjnie nie satysfakcjonuje w pełni. Relacja Luke'a i Yody wydawała mi się za młodu jakaś głębsza, tymczasem opiera się na dwóch-trzech scenach, owszem dość mistycznych i pięknych, ale za mało, żebym miał w to uwierzyć. I nade wszystko, czy ktoś mnie przekona, że wojny gwiezdne nie są tu jak potyczki podwórkowe? Że nie brak im opresji, strachu, jakiegoś poczucia zagrożenia?

I teraz palnę największe zaprzaństwo. To Nowa Trylogia (jak na nią teraz właściwie mówić?) nadaje sadze wielowymiarowości. Żaden z tych trzech filmów nie jest dobry, a "Mroczne widmo" rozczarowało mnie już, kiedy miałem 13 lat, ale to tam zaczyna się opowieść o politycznym kryzysie, który stoi u źródła każdej wojny. Historia przystająca do platońskiej teorii psucia się ustrojów, która mówi, że każde ciało polityczne zaklęte jest w pętli demokracji, oligarchii i tyranii, więc każde pokolenie suwerena będzie powtarzać błędy poprzedniego. Rozgoryczone demontażem państwa społeczeństwo wybierze sobie lidera, który najgłośniej będzie krzyczeć na wiecach o odparciu ofensywy szaleńców, a w dalszej kolejności tego, który powie im, że demokracja nie sprawdziła się jako ustrój i czas spróbować czegoś nowego. "Igrzyska śmierci" też opowiedziały to ładniej niż Nowa Trylogia, ilustrując autodestrukcyjny pęd ludzkości kilkoma scenami, które przejrzyście mówią o tym, dlaczego tak uwielbiamy ekstremę zwalczać tylko ekstremą. W "Przebudzeniu mocy" mam nadzieję zobaczyć właśnie taki aneks do fabuły Starej Trylogii - nie ma tak łatwo, że pluszowe misie o czystych sercach zaprowadzą porządek w galaktyce. Musiałyby to być niedźwiedzie o stalowych zębach. Bo za dużo jest między nami, inteligentnymi istotami niezrozumienia i złej krwi, żeby mogło być tak łatwo. Jasna strona, ciemna strona, ale szturmowcy muszą z czegoś żyć, bo przecież nie wyniosą się do lasu na Endorze.

Starość Aksolotla

gawithpl

Użyłem dziś słowa "awatar" i już po sekundzie poczułem się dziwnie. Jakbym wpadł do pokoju dzieciaków i zapytał, czy mają jakieś fajne kasety do przegrania. Teraz ma się przecież zdjęcia profilowe. Swoje własne, a nie ulubionej postaci z kreskówki. Równie mi głupio, kiedy podpisuję się jeszcze gdzieniegdzie w komentarzach swoim nickiem. Jakbym się błaźnił, grając w jakąś szaradę, która wyszła z mody 10 lat temu. Każdy cywilizowany system komentarzy teraz jest zintegrowany z Facebookiem. Piszę wciąż czasem na jednym forum internetowym, na którym zarejestrowałem się w 2002 roku. Gdzie indziej obrażają mnie podpisani imieniem i nazwiskiem ludzie, którzy się wtedy rodzili, ale tam wszyscy mają jeszcze nicki, awatary i sygnaturki. Są jak klienci-meble w starym i obskurnym barze, do którego nie wszedł żaden nowy klient od czasu, kiedy Marek Belka był premierem. Nicki, awatary, sygnaturki... wymysły z czasów, w których internet był tak przerzedzony, że można było przypadkiem trafić na kogoś znajomego. Wynalazki, które zdążyły się zestarzeć zanim poprzednie pokolenie zdążyło się ich nauczyć. A najszybciej z nich wszystkich zestarzała się tak zwana Netykieta.

Te zakazy wysyłania łańcuszków i zakazy floodowania w czasach, kiedy internet przekrzykuje się nawoływaniami do ludobójstwa albo popycha dzieci do samobójstwa są tęsknie przeurocze.

netykieta

Ain't much I can do but I do what I can

gawithpl

To nie tak, że już mało piszę do internetu. Piszę na przykład blog o płotach przydomowych, szkole języków obcych, pożyczkach kredytowych, a nawet blog jednego polityka, na którego nigdy bym nie głosował. Przez to uroiło mi się, że wpis we własnym imieniu powinien być w takim razie odkrywczy jak dziura w skarpecie i usilnie zbawienny albo chociaż wentylować frustracje. A to prosta droga, żeby zostać zombie. Więcej mądrości niż w takich wysiłkach mogę ostatnio znaleźć w prostych, jeśli nie wręcz ordynarnych tekstach piosenek Yelawolfa, z którym zapoznał mnie kilka dni temu trailer "Black Mass". Na film oczekuję teraz najbardziej ze wszystkich nadciągających tej jesieni, bo okazuje, że psychotyczny Johnny Depp chyba jeszcze pamięta, jak grać co innego niż nawalonego rumem łyngola. Poza tym lubię te historie szczytowania i upadania, nawet jeśli wszystkie jadą tym samym schematem (w podobnym temacie kończę oglądać bardzo udany "Narcos"). Tymczasem Yelawolf...

Tak, jest ironia w tym, że pierwszy hip-hop, co trafia mi do serca, jak moim białym braciom z epoki gimnazjalnej, pochodzi akurat od gościa, który wygląda na największego rednecka Luizjany i jeszcze ma teledysk tak bezczelnie zwalony z openingów "True Detective" i "True Blood".

 

 

Where is my mind

gawithpl

Facet w białym kołnierzyku wręcza głodnemu bezdomnemu dziesięciodolarowy banknot. Ale nie z dobroci. Dokonuje transakcji na mocy niepisanej, dżentelmeńskiej umowy na regularne świadczenie usług. Kiedy skąpe pieniądze przechodzą z ręki do ręki, elegant zakłada gumowe rękawiczki i tłucze bezdomnego po twarzy do nieprzytomności, żeby sobie ulżyć.

Myślałbym rok i pewnie nie wymyśliłbym tak prostej i doskonałej metafory współczesnego biznesu. Przysługującego zawsze tylko jednej stronie argumentu "przecież się umawialiśmy, przecież było zapłacone...". Powierzchownej etyki, która przykazuje, że odpowiednia kombinacja niskich nominałów pieniężnych i desperackich okoliczności pozwala sobie człowieka przywłaszczyć z całą godnością. To dzięki takim scenom i fabule zmierzającej do odwrócenia tego prawidła na lewą stronę, "Mr. Robot" jest jednym z najlepszych seriali ostatnich lat!

robot17

Cztery notki w cztery miesiące, w dodatku na te same tematy, to trochę obora, nie przeczę. Jeszcze przed końcem roku mam nadzieję odpalić projekt, który umożliwi nową formułę produkowania się w sieci, na razie jeszcze wykorzystam tego bloka, żeby napisać, jak to "Pan Robot" błyskawicznie został filmem kultowym i "Fight Clubem" dla Pokolenia Y oraz jak tydzień po tygodniu, z angielska mówiąc, "wysadzał mi mózg". I będę przy tym rzucać SPOILERY JAK BOMBY.

Ten serial to przede wszystkim nowy standard w sposobie opowiadania historii. Widza trzeba szanować - ktoś sobie pomyślał i tak uczyniono. Okazuje się, że kiedy dwa miesiące temu natchnęło mnie jakoś po drugim lub trzecim odcinku, że "there is something odd about that Mr. Robot guy", wcale nie rozgryzłem żadnego wytrychu scenarzysty, wręcz przeciwnie - podążałem za kawałkami chleba, które dla mnie rozrzucił, żeby doprowadzić do genialnej konkluzji. Przypomina mi się tutaj szósty sezon "Dextera", w którym pojawił się dziwaczny duet seryjnych morderców. Większość widzów w okolicach trzeciego odcinka domyśliła się, że jeden z nich to wytwór rozdwojonej jaźni drugiego, ale bardzo dumni z siebie autorzy przeciągnęli tę tajemnicę do końca sezonu, sprzedając rozwiązanie jako szokujący twist. "Pan Robot" nie śmiałby w taki sposób rżnąć głupa. On docenia naszą inteligencję, a zarazem sprytnie sobie z nami pogrywa. Z jednej flanki użyto tej szarady, żeby odwrócić naszą uwagę od zupełnie innej wolty, której przewidzieć się nie da, choć wszystkie wskazówki mamy również podane na tacy w narkotycznym odcinku czwartym, a z drugiej strony - jeszcze zanim z ekranu padło długo wyczekiwane "I am Mister Robot", scenarzyści zdążyli przesterować cały wątek w taki sposób, żeby nie służył w ogóle zaskoczeniu widza, ale rozwojowi postaci.

"Ja jestem Panem Robotem. Ale ty już o tym wiedziałeś od początku. Prawda?". Znaliśmy już technikę narracji, która polega na tym, że widz wie więcej od bohatera. Ale nie kojarzę historii opowiedzianej tak, żeby widz nie wiedział, że wie więcej od bohatera. Na dokładkę dostaliśmy jeszcze w ramach igrania z oczekiwaniami ładną, instrumentalną wersję piosenki "Where is my mind" z "Fight Clubu", która momentalnie przywołała mój uśmiech.

W momencie, kiedy rozbrzmiewa ta melodia, staje się oczywiste, że Pan Robot był tu tylko narzędziem dla character developmentu Eliota, że właściwa dychotomia (i to jest właśnie ta różnica między "Mr. Robot" a "Podziemnym Kręgiem", która czyni serial czymś zupełnie oryginalnym) dotyczy głównego bohatera i wymienionego w pierwszym akapicie elegancika.

Tyrell Wellick to moja ulubiona postać "Pana Robota". Chłopak jest Krystianem Bale'em z "American Psycho", tylko że bardziej. Jego miny zasługują na wszystkie Złote Globy i Telekamery, jakie da się znaleźć. On i Eliot są tak naprawdę zwierzętami tej samej maści, choć dzieli ich odmienny typ szaleństwa. Obaj ustawiają się do systemu bokiem, nie chcą potulnie grać wedle reguł. Tylko Tyrell śni o tym samym, o czym marzy większość piewców wolnego rynku - nie żeby było sprawiedliwie, tylko żeby przeskoczyć kilka kast i znaleźć się po stronie tych, którzy w gumowych rękawiczkach mogą wpierdalać wszystkim, samemu nie zbierając wpierdolu od nikogo. Eliot wolałby cały ten model rozwalić i zacząć wszystko od początku. Końcówka sezonu podpowiada jednak, że obaj znacznie przeliczyli swoje siły.

Angela pyta w finale jednego z preziów Złej Korporacji, jak to możliwe, że w obliczu chaosu spowodowanego hackiem jest tak spokojny, że wręcz lekkoduszny i jowialny. "To nie obcy, bogowie ani zombie, ale ludzie to uczynili. Tylko ludzie jak ja i ty. Kiedy ma się za sobą siłę największego na świecie konglomeratu, tacy ludzie mają tendencję, by się łamać". Czy to możliwe, że ten cały system, o którym mówią bohaterowie to nie tylko bezczelne oszustwo, ale zwyczajny łańcuch pokarmowy immanentnie wpisany w naturę?

"Fight Club" opowiadał o frustracji białego kołnierzyka zdegustowanego konsumpcjonizmem i łaknącego anarchii. "Mr. Robot" dotyczy czegoś ważniejszego, pięknego marzenia o społecznej sprawiedliwości, ale esencjonalnie obie historie są o tym samym - próbie odzyskania kontroli na swoim życiem, która najwyraźniej wymaga najpierw wielokrotnego zatracenia.

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci