Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

SERIALOZA

Times They Are A-Changin'

gawithpl

Z zamysłu głośnej premiery nowej strony i cichego pogrzebu tego bloka zrobiło mi się rozwlekłe relacjonowanie update'ów następujących w tempie przebudowy Ronda Kaponiera w Poznaniu, więc zawiadamiam, że na popamina.pl teksty i obrazki we wpisach już się skalują i można je czytać na wszystkim. Wrzuciłem z tej okazji kawałek o Black Mirror. W sam raz na 5 listopada.

netflixfoundaslightlycreepybutcleverwaytoreachviewerswhouseadblockers

Dziergając mordercę

gawithpl

Przerywam tę długą ciszę w eterze pod wpływem serialu, przez który o mało nie roztrzaskałem laptopa z frustracji.

Tytułem wstępu jedynie pochwalę Netflixa za eksport swoich usług do Polski, w ograniczonym faktycznie zakresie, ale za to w dobrej klasie. Nawet na skrajnie gównianym łączu Good Guy Netflix nigdy nie przeskakuje między klatkami, nie zaczyna buforować akcji w krytycznym momencie, czasem tylko płynnie obniża jakość obrazu, kiedy w kablu od internetu coś się zatka. Myślę, że kilkadziesiąt godzin contentu, który można tam zaczerpnąć miesięcznie za cenę dwóch biletów do kina albo jednego posiłku w Maku to godziwy dil. Ale przechodząc dalej do jądra ciemności...

Sumienie. Sumienie jest jak marska wątroba. Ciężko z nim żyć, nigdy nie zdrowieje i boli, kiedy dźgnąć je palcem. Dręczy i wypomina każde moralne potknięcie, niepewność, zawahanie i brak pokory. Taki przeciętnie polski Polak ma dosyć wątroby, żeby przepić swoje życie, ale czy ma dosyć sumienia, żeby sprawiedliwie przesądzić o życiu kogoś innego? Tyle się złorzeczy ten nadwiślański wymiar sprawiedliwości. Ja, przyznam się, nie miałem z nim na szczęście nigdy żadnej bezpośredniej relacji, ale mam regularną styczność z brytyjskimi i amerykańskimi thrillerami prawniczymi i dramatami sądowymi, więc zastanawiam się czasem, czy ten bardziej ekwilibrystyczny model prawny krajów z common law, oparty na decyzjach ławy przysięgłych, rzeczywiście jest... no wiecie, bardziej sprawiedliwy. 

"12 gniewnych ludzi" przekonuje człowieka, że rola ławnika to takie nobilitowane zajęcie, które polega na ważeniu faktów i opinii. Tymczasem mam przeczucie, że w prawdziwym sądzie wygląda to tak, że pięciu przysięgłych z sumieniem w końcu ulega siedmiu upartym Januszom, którzy chcą tylko przerwać deliberacje, żeby zdążyć do domu na mecz, a werdykt zapada prawie zawsze w sferze emocji, nie zawsze w koincydencji z prawdą.

Drugi sezon brytyjskiego kryminału "Broadchurch" robi oryginalną dla kryminałów rzecz i poświęca fabułę procesowi zabójcy ujętemu w pierwszej serii. Jako widz stoimy tu po stronie prokuratora, bo znamy prawdę i kłują nas szpile wbijane w oskarżycieli przez obronę, chociaż są obiektywnie uzasadnione zaniedbaniami policji. A błędy policji w tej sprawie i okoliczność zbrodni to dosyć, żeby zbudować w głowach nieznających prawdy ławników to, co w języku sądu nazywa się "zasadną wątpliwością". Inną perspektywę przyjmujemy w 10-odcinkowym dokumencie "Making a Murderer" Netflixa, który od paru tygodni wstrząsa Ameryką jak huragan. Jego autorki (co wyczuć już można po tytule) twardo stoją po stronie oskarżonego, ale jako widz musimy rozstrzygnąć sprawę we własnym sumieniu, tymczasem "zasadne wątpliwości" po prostu przeżerają duszę.

237200543 

W normalnych okolicznościach napisałbym, że taki serial najlepiej oglądać w ciemno i łykać kolejne twisty z szokiem i furią. Ale że chodzi tu o prawdziwych ludzi, którzy cały czas na drodze sądowej walczą o swoje życia, trochę nieprzyzwoite wydaje mi się traktowanie tematu w kategorii rozrywki. "Making a Murderer" to głównie prawdziwe nagrania z rozprawy sądowej, rozmowy z rodziną oskarżonego i prawnikami. Trudno to oglądać, bo kulisy zbrodni są brutalne, a popis niesprawiedliwości epicki, ale jednak nie można się od tego odkleić, a potem jeszcze przestać szukać po sieci nowych informacji o sprawie. A sprawa ma tyle zakrętów, że werdykt zmienia się w głowie z każdym kolejnym zdaniem.

Steven Avery, złomiarz z Wisconsin, czarna owca lokalnej społeczności, zostaje skazany za gwałt bez żadnych dowodów, pod naciskiem lokalnego biura szeryfa i 18 lat później całkowicie uniewinniony - tylko po to, żeby za chwilę, w trakcie procesu o milionowe odszkodowanie, znów zostać przez to samo biuro aresztowanym za morderstwo. Wszystko wydaje się jasne - wrobili go raz, wrobili kolejny, żeby pomścić zszarganą reputację i wywinąć od należności. Ale okoliczności rodzą podejrzenia. Steven był ostatnią osobą, która widziała ofiarę, młodą fotografkę Teresę Holbach żywą - wkrótce jej auto zostaje znalezione na jego złomowisku, a spalone szczątki kobiety za jego domem. Przy całej sympatii do Steve'a, trudno nam przyjąć, że policja posunęła się do zabójstwa, tylko po to, żeby się na nim odegrać, a inny scenariusz byłby zbyt naciągany, żeby ot tak go łyknąć. Steve musiał to zrobić, łatwo uwierzyć, że 18 lat w pierdelu namąciło mu dosyć w głowie. Ale. Okazuje się, że spalone szczątki zostały pod dom oskarżonego przywiezione z innego miejsca. Czemu morderca miałby sam sobie podkładać nogę? Steve niewinny. Ale. W aucie ofiary zostaje znaleziona jego krew. Zamknąć Steve'a. Ale. Okazuje się, że policja miała dostęp do fiolki z jego krwią pobraną przy okazji poprzedniej sprawy - prawnicy Avery'ego docierają do probówki w policyjnym magazynie, znajdują rozerwaną plombę i maleńką dziurkę od strzykawki na zakrętce. Wrobiony! I tak przez wszystkie odcinki. 

"Nie jestem przekonany, że Steven jest niewinny, ale liczy się tylko, że nie jestem przekonany, że jest winny" - mówi jeden z sympatycznych adwokatów głównego bohatera, trafiając do sedna dokumentu - ułomności amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, który zmusza oskarżonego do udowodnienia własnej innocencji, zamiast wymagać od prokuratury twardych dowodów winy. W tej sprawie media skazały Steve'a jeszcze na długo zanim zaczęła się pierwsza rozprawa. Stronniczość tego serialu do pewnego stopnia tłumaczy potrzeba zrównoważenia tamtej medialnej nagonki.

Największym problemem obrony w tym procesie był brak alternatywnych podejrzanych. Dokument też ich nie wskazuje, ale uważnie śledząc przebieg rozpraw i różne zeznania widz może wyrobić sobie kilka teorii. Internet furczy już od takich hipotez przekutych w jawne oskarżenia. Też mam swoje, ale gdybym podobnie zaczął strzelać zarzutami w oparciu o przeczucia, poszlaki i okoliczności, obnażyłbym, jak mało wyciągnąłem z moralistycznej warstwy "Making a Murderer". Kilka tygodni temu nad Wartą wydarzyła się nam całkiem podobna historia. Tłumek punisherów bardzo chciał zlinczować kolegę Ewy Tylman w trakcie eksperymentu sądowego, nakarmiony portalowym komentarzem, furczące emocje gotów przekuć w osąd. Drugi z sympatycznych prawników Avery'ego kończy swoją rolę w serialu nieszczególnie odkrywczym, a jednak porażająco mocnym w tym kontekście zdaniem. W sądzie można przy uporze wygrać, ale w społeczeństwie być oskarżonym już znaczy przegrać.

Narcos y Sicarios

gawithpl

Czytałem kilka lat temu dobrą i odważną książkę "El Narco" o skomplikowanym temacie wojny narkotykowej w Meksyku. Brytyjski dziennikarz Ioan Grillo zarysował tam we wstępie bardzo wymowną figurę retoryczną. Wyobraźmy sobie dwie sceny. W pierwszej są pięknie zielone górskie wyniosłości pod błękitem nieba. Tam mały chłopiec sierpem ścina dojrzałe rośliny do koszyka, który zaraz zaniesie do wioski w dole wzgórza. W kolejnej scenie, przez zasłonę siwego dymu widzimy pokój studencki i trzech paliblantów z amerykańskiej uczelni oraz krążące między nimi bongo. Słyszymy powolne śmichy chichy wymieszane z bezproduktywnym kaszlem i dowcipami, których nie zrozumie nikt o trzeźwym umyśle. Oto dwie pozornie niegroźne scenki, jedna prawie idylliczna, druga raunchy komediowa. Nie sposób rozpoznać w nich ślad terroru, wojny, cierpienia i strachu. Jak więc to możliwe, że te dwa obrazki łączy jedna oś czasu pocięta wydarzeniami tak brutalnymi, krwawymi i nieludzkimi, że nawet kino z kategorią wiekową R nie potrafi oddać im sprawiedliwości?

Może dlatego, że w Kalifornii, gdzie prawie każdy z dochodem powyżej pewnej granicy wciąga kokainę, żaden producent nie chce sobie wyobrażać, że o kilka pomiętych banknotów, które dał za woreczek białego proszku w swojej marynarce, tylko kilkaset kilometrów na południe od niego, brat bratu odcina głowę i urządza kąpiel w kwasie solnym.

Ostatnio pojawiły się jednak dwie niezłe "dramatyzacje" tego tematu. Fabularnie niepowiązane, ale historycznie dwa akty tego samego dramatu.

escobar

 "Narcos" Netflixa to sprawnie nakręcony, gibki, solidny w formie serial o najbardziej znanym narkotykowym tłustym pendejo, el patrono Pablo Escobarze. Jego sylwetka generalnie jest publice całego świata znana. Przytulił kolumbijski biznes kokainowy w latach siedemdziesiątych i trzymał mocno przez lata, lekką ręką ogarniając wszystkie kanały eksportu do USA. Gdzieś przeczytałem ostatnio, że u szczytu hossy na rynku sprzedaży białej damy, kartel Pabla wydawał co miesiąc dwa i pół miliona dolara na same gumki, które trzymały w poręcznych plikach banknotów resztę ich gotówki. Nie sprawdzałem, na ile "Narcos" trzymają się faktów, ale jego niemalże paradokumentalna formuła dość mocno wciąga w historię. Fajnym zabiegiem jest tu wykorzystanie zdjęć archiwalnych - aktor grający Escobara patrzy na gazetę ze zdjęciem prawdziwego Pablo i mówi "to ja", a prawdziwy Pablo parzy na niego i myśli "to on!". Kumacie?

Co ciekawe, serial bardzo szybko i w niecałe trzy odcinki rozprawia się z tym etapem historii, w którym "młody chłopak z kolumbijskiej wsi pnie się na szczyt". I bardzo dobrze, bo tę opowieść w rozmaitych wariacjach (od "Człowieka z blizną", przez "Blow" po "Breaking bad") widzieliśmy kilka razy. Wszystko, co następuje potem dopiero sprzedaje kopa w twarz. Bo choć nazwisko Escobara było mi znane i skojarzone z opisem w poprzednim akapicie, to nie miałem pojęcia, w jakim stopniu postać ta wpisana jest w historię całego kontynentu. W "Narcos" pokazano bowiem człowieka, który był inkarnacją diabła jak Udaj Husajn. Narysowano portret psychopatycznego terrorysty, który przez dekadę praktycznie trzymał cały kraj w szachu, jak Joker Gotham City w "Mrocznym rycerzu", bez żadnej skrytości mordując polityków najwyższego szczebla i prowokując społeczne rewolucje z najniższych pobudek.

Na Pabla polują w serialu niedobitki nieskorumpowanej policji i dwóch agentów DEA, których metody śledcze można jednakowoż rozbić o kant dupy w sytuacji otwartej wojny. Dzieje się tu bardzo źle, ale w determinacji śledczych, by przeciąć wszystkie kanały przerzutowe dragów do Ameryki i rozbić kolumbijski kartel na proch, majaczy jakaś nadzieja.

Tymczasem 30 lat później.... nadzieje na koniec wojny narkotykowej zostały wciągnięte nosem przez hollywoodzkich producentów. Został "Sicario".

sicario"Sicario" nakręcił mój ulubiony, od niedawna, reżyser Denis Villeneuve, którego talent do skrobania napięcia i rozpędzania moralnej karuzeli jest niecodzienny. Zamiast zdeterminowanych agentów, poznajemy tu zdeterminowaną, ale naiwną jak owieczka Emily Blunt, która z początkowo niejasnych przyczyn zostaje wpuszczona w czarną operację po meksykańskiej stronie granicy przez dwóch typów (Josh Brolin i Benicio Del Toro), którzy niby mają papiery na swoją działalność, ale ewidentnie ciemna gwiazda nad nimi świeci.

Realizacyjnie wszystko jest tu cudowne. Scena przejażdżki po Juarez trzyma za mordę prawidłowo, a ujęcie, w którym o zachodzie słońca komandosi gotują się do nalotu na podziemny tunel przemytników koki można od razu dopisać do listy najpiękniejszych filmowych kadrów historii. Film jednak kończy się w takim przykrym momencie, w którym byłem przekonany, że zostało mu jeszcze przynajmniej 20 minut (i liczyłem, że jeszcze potrwa). Wszystko przez decepcję, jaką uprawia klasyczne kino. Jeśli "Sicario" zaczyna mi przypominać "Training day", to cały czas liczę, że w imię karmy nastąpi tu przy końcu chociaż jakieś symboliczne wyrównanie rachunków. Ale nie, kompas moralny w tym świecie nie prowadzi do wyjścia z tunelu. Choć dramaturgicznie zakończenie filmu pozostawia niedosyt, to politycznie ma całkowity sens. 

Okrutny most narracyjny między "Sicario" a "Narcos" stawia w filmie Josh Brolin, szczając na grób dzielnych agentów z serialu (nie sprawdzałem, czy w rzeczywistości oni jeszcze żyją, więc używam tego wyrażenia tylko dla wzmocnienia wypowiedzi), kiedy nazywa ich czasy tymi lepszymi i spokojnymi. Wychodzi, że znowu trzeba przy tej okazji zacytować największe około narkotykowe, proceduralne arcydzieło, czyli "The Wire". "To nie jest wojna. Wojny się kończą."

True Detective 2 - nieoszlifowany diament

gawithpl

Od porównania dwóch sezonów serialu nie ma ucieczki, bo to w końcu antologia (w dodatku nieskończona) stworzona do porównań. Pierwszy był pirytem. Pięknym, błyszczącym, złotym, ale mniej wartym od prawdziwego kruszcu. Jego pierwsze epizody naobiecywały dużo więcej niż ostatnie były w stanie spłacić. Z drugim odwrotnie - tu z każdym odcinkiem było coraz lepiej i mimo nieokrzesanych dialogów, odległych od cudownej poetyki wywodów Matthew McConaugheya, oraz chaosu w wątku śledztwa, na końcu wyklarowało się coś wspaniałego i goniącego do przemyśleń na jawie i adaptacji w snach.

The mystery that no one knows
Where does love go when it goes

Cały soundtrack jest wielki - wszystkie oniryczne kawałki Lery Lynn napisane i zagrane specjalnie pod serial, ale każda myśl na temat tutejszej muzyki wraca do piosenki z napisów początkowych, z jej tajemniczym, niepokojącym tekstem. Może to wina nieziemskiej głębi głosu Leonarda Cohena przeplatanego eterycznym refrenem, ale nawet w trakcie setnego odsłuchu "Nevermind" pojedyncza ciara przebiegnie mi plecy przy wersach "My woman's here. My children too. Their graves are safe from ghost like you". Coś chwyta za duszę i wytrząsa do łez w takiej idei troski i kompletnego oddania bez względu na śmierć. To też był przecież jeden z najsilniejszych motywów tego sezonu. Ale po kolei.

franksemyon1

The war is lost

Wojna przegrana, traktat podpisany. Przeciąłem granicę, pozostaję nieschwytany. Nie ujęto mnie, choć  próbowało wielu. Żyję pośród was, pozostaję w cieniu. Porzuciłem dawne życie, wykopałem kilka grobów, których nigdy nie znajdziecie.

Jakie właściwie skojarzenia przywiodły wam te słowa? Kim jest podmiot liryczny? Ja bym najpierw pomyślał o dobrze postawionym naziście czmychającym do Argentyny przed aliantami w przededniu niemieckiej kapitulacji. Ale wtedy właśnie wpadłbym w pułapkę, o której opowiada ta piosenka. Zwycięzcy piszą historię i bez względu na to kim są, potem i tak instynktownie wierzymy, że dobro ostatecznie zawsze wygrywa. Kiedyś, w końcu.

Znak czasu postawiony w wielu współczesnych opowieściach jest inny. Historie, w których dobro wygrywa nie mają dziś nic wspólnego ze współczesnością. Odziedziczyliśmy je po przebrzmiałych latach optymizmu, jak superbohaterów z epoki powojennej prosperity albo serie akcji z czasu tuż po Zimnej Wojnie. Zapełniają dziś sale kinowe, ale wydają się przy tym kompletnie anachroniczne. Prawdziwa opowieść o współczesności to nawet nie heroiczna walka dobra ze złem zakończona bolesnym triumfem tego drugiego. To raczej oplatająca wszystko, niewidzialna pajęczyna zła w obliczu której siły dobra są odgórnie skazane na porażkę. To pochwała próby podjęcia nierównej walki, ale z takim morałem - w prawdziwym starciu z demonami można w najlepszym razie ledwo ujść z życiem i pokuśtykać do swojej kryjówki. Czy oglądając "Detektywa" albo opisanego wcześniej "Pana Robota" ktoś się łudzi, że bohaterowie naprawdę rozerwą tam pajęczynę nieprawości dzięki sprytowi i dobrej woli? No nie, zabiłoby to cały realizm.

Historie są utkane z faktów i kłamstw, a ci którzy mają kontrolę nad narracją, mają też moc definiowania na nowo tych – wydawałoby się – najbardziej uniwersalnych pojęć, jak zło i dobro.

Truth that lives and truth that dies

Prawda która żyje i prawda która umiera. Jeśli drugi sezon was wymęczył, to bardzo możliwe, że po prostu nie zauważyliście na czas dość istotnej rzeczy. W tym kryminale totalnie (ale to totalnie) nie ma znaczenia kto zabił. Z góry wiemy, że prawdziwi odpowiedzialni nie zostaną sprowadzeni do sprawiedliwości. Bardziej chodzi tu o wewnętrzne rozdarcie bohaterów. O to jak zachować sumienie w cynicznym świecie. Czy w ogóle warto.

W pierwszym sezonie ofiarami były młode dziewczyny i dzieci, nietrudno się emocjonalnie zaangażować w śledztwo. W drugim na początku trupem pada zbereźny dziad z hobby zbierania kompromitujących haków na wysoko postawionych urzędników (amerykański biznesmen Stonoga?). Tylko internalistyczne poczucie sprawiedliwości może  tu kogoś motywować do rozwiązywania zagadki wbrew ewidentnym niebezpieczeństwom. Tak się dzieje w przypadku trójki głównych bohaterów, którym nieskorumpowana cząstka przyzwoitości nakazuje na własną rękę rozplątywać brzydki i smrodliwy węzeł politycznych i biznesowych układów do momentu, w którym nie ma już powrotu na drogę komfortowego uśpienia. "Dążenie do prawdy" tak często jest domeną tych najbardziej szlachetnych bohaterów. Dla pozostałych, „zwykłych” ludzi prawda jest tylko konstruktem społecznym, który decydują się kupić w pakiecie ze swoim spokojem bytu. Rozterki, które w serialu przeżywa na przykład Ray Velcoro, zanim decyduje się się podążyć „drogą prawdy”, to coś co może odnieść do siebie nawet myślący telemarketer, który w głębi serca bardziej identyfikuje się z wściekłymi adresatami swoich telefonicznych łowów niż z firmą dla której pracuje, ale z racji czysto bytowych obstaje przy rozpisanym na kartce scenariuszu rozmowy i odgrywa rolę korporacyjnego przygłupa.

You own the world

Najlepszą sceną, która stanowi czystą inwencję scenarzystów „Gry o tron” (tzn. nie było jej w książce) jest pewien dialog między Cersei a Lordem Baelishem. Littlefinger próbuje w niej szantażować Królową jakimś sekrecikiem, puentując dumnie swoją powódź jadu słowami - „knowlegde is power”. Cersei ledwie zauważalnym gestem wydaje rozkaz strażnikom i ostrza ich mieczy już dotykają gardła interlokutora, którego Królowa spławia jeszcze pyszniejszym tekstem. „Power is power”.

Władza totalna, zagnieżdżona w społecznym konstrukcie, karmiąca się komfortem ludzkiej bezwolności, nie do obalenia żadną mocą informacji, to główny temat tego sezonu „True Detective”. Taka władza nie jest czymś wydumanym albo odległym i zarezerwowanym dla śmietnika historii i egzotycznych dyktatur. Taka władza ma swoje obszary pasożytnictwa dookoła nas, w najróżniejszych „małych imperiach”. W końcu wielką siłą drugiego sezonu jest stopień jego  osadzenia w prawdziwych czarnych legendach Ameryki. Serialowe Vinci to alter ego prawdziwego kalifornijskiego miasteczka Vernon. Przerażająca korporacja ochroniarska Black Mountain w serialu to kopia 1:1 przerażającej korporacji wojskowej Blackwater (znanej teraz jako Academi).
Władza, o której mowa może nie tylko przywłaszczać ludzi na własność albo sprawić, że znikną. Dysponuje bronią jeszcze potężniejszą – może sprawić, że zostaną zapomniani.

bezzerides

So nevermind…

Jak nazwać drugi sezon „Detektywa” jednym (ładnym) słowem? Oniryczny.

Jak u Davida Lyncha albo Kubricka.

Symbolika senna ma ogromne znaczenie w całej tej antologii. Przypomnijmy sobie tylko, co Rusty Cohle mówił w pierwszej serii o potworze czyhającym na końcu większości snów.

A teraz, czy pamiętacie rozmowę Franka z żoną na temat dziwnego zacieku na suficie w ich sypialni, w drugim odcinku tego sezonu? Bohater Vince'a Vaughna opowiada historię o tym jak został na wiele dni zamknięty przez ojca w ciemnym pokoju w piwnicy i zapomniany, a sny zaczęły mieszać mu się z jawą. Przez to doświadczenie do dziś nie ma pewności, że kiedykolwiek uwolnił się z tego pomieszczenia, że dziwne znaki, jak ta plama na suficie, nie wołają do niego, że materia dookoła utkana znów jest tylko z marzeń sennych i zaraz obudzi się na nowo w kompletnym mroku. Wspomnijcie też przy okazji bardzo dziwną rozmowę Raya z ojcem w limbusie, do którego trafia policjant po swojej pierwszej „śmierci na niby” i staruszek opowiada mu swój sen. "I see you, running through the trees. You’re small. The trees are like giants. Men are chasing you. You step out the trees. You ain’t that fast. Now, son, they kill you. They shoot you to pieces."

Ostatnie sceny Vince'a  Vaughna i Colina Farrela w serialu są prawie dosłownie przepisanymi z „Zapomnianego języka” Fromma przykładami tego, co psycholog nazywa symbolami uniwersalnymi w snach. Reprezentują zrozumiałe dla każdego uczucie beznadziei i osaczenia.  Obie mocno zakleszczyły się w mojej psychice, bo obie – jak to często sny – odwoływały się do jakiegoś zapomnianego, niepojętego, przerażającego doświadczenia.

Dla agentki Bezzerides każde traumatyczne doświadczenie życia na jawie też wydaje się mętnym snem, który wypiera z pamięci, do czasu, kiedy podejmuje decyzję, żeby zawalczyć o prawdę i zmierzyć ze swoimi potworami.

Sny mają to do siebie, że szybko umykają świadomości. Prawdziwym potworem na końcu tej wędrówki okazuje się zatem potwór zapomnienia. Tylko przed nim bohaterowie chcą ocalić swoje życia i umierającą prawdę. Tylko o to pozostaje walczyć prawdziwemu detektywowi w świecie bez nadziei. Jak mówi inna ładna piosenka z serialu

Your love and my due dilligence
The only thing worth fighting for

Hello friend, czyli Pan Robot

gawithpl

Oduczyłem się blogowania, zupełnie nie umiem się zaprzyjaźnić z nowym edytorem marki Blox, nawet przestałem podglądać statystyki i nie wiem, czy ktoś tu bywa, więc "popretenduję", że też piszę do zmyślonego przyjaciela o nowym serialu, który mnie jeszcze trochę przymusza do myślenia.

Kapitalizm gdzieś się pogubił. Gospodarka realna stała się dodatkiem do sektora finansowego. Przepływy kapitału online to wynalazek z piekła rodem. Bo to działa wirtualnie, a gospodarka realna chodzi po ziemi. Ogon macha psem. Rozbuchany sektor finansowy destabilizuje gospodarkę, pogłębia społeczne dysproporcje dochodowe i materialne, wysysa talenty, bo zdolni ludzie po studiach idą pracować do banku zamiast do laboratorium, fabryki czy też zakładu oczyszczania miasta, bo w sektorze finansowym są najlepsze zarobki.

To Marek Belka w bardzo dobrym wywiadzie dla weekendowej "Gazety Wyborczej". Taką samą myśl, tylko w bardziej sensacyjnej, "czerwonopigułkowej" formule sprzedaje Mr Robot. Świetny serial, kiedy już przełknie się pewną czerstwość początkowych dialogów i denerwującą ekspozycję (przykład przez przytoczeniem którego nie mogę się powstrzymać: w pierwszym odcinku w trakcie ataku DDoS panna, która rzekomo skończyła IT na Uniwersytecie, pracująca w firmie zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym, zadaje pytanie "Co to jest rootkit?". Rany, nawet ja to wiem, a nie umiem wsadzić pendrajwa do dobrej dziurki).

Z tym Panem Robotem jest trochę tak: na wystawnym przyjęciu pękającym od bogatych sztywniaków, z którymi nic cię nie łączy, spotykasz nagle kogoś kto mówi twoim językiem. Jest miły, czarujący, przekonujący i praktycznie czyta ci w myślach. Powtarza twoje słowa, więc radośnie mu przytakujesz. "Tak!" "Wreszcie ktoś to powiedział głośno! Dziękuję!". Ze wszystkim się zgadzasz, ale Pan Robot nie przestaje gadać. Cytuje twoje najsłuszniejsze przekonania z emfazą balansującą dziwnie na granicy kpiny, więc coraz wolniej kiwasz tą głową, za to twoja brew unosi się coraz wyżej. Wreszcie zadajesz sobie to pytanie. Najpierw po cichu, potem głośno. "Czekaj Pan chwilę, czy Pan sobie ze mnie nie jaj nie robi". A on tylko uśmiecha się głupkowato i wychodzi. Zdecyduj sobie sam. Czy ty jesteś szalony czy on?

Główny protagonista serialu przypomina żabę. Bo ma wyłupiaste oczy, gada skrzekliwie i skąpo, zwykle się chowa i raczej budzi niechęć niż zachwyt na pierwszy rzut oka. Ale lubię go od pierwszej sceny, bo od zawsze lubię aspołecznych bohaterów.

Moje pierwsze skojarzenie z Panem Robotem było takie - cyberpunkowy Dexter. Mamy tego gościa, który snuje pierwszoosobową narrację - jak to nie lubi ludzi, nie rozumie i nie umie z nimi rozmawiać, bo nabawiają go społecznych lęków. Więc zamiast pytać co lubią, robi im włam na konto i sam sprawdza. A kiedy znajduje coś brzydkiego, to urządza zasadzkę, bo to cyberprzestępca z misją naprawy świata, ale i totalnym poczuciem bezsilności. No i przez tę narrację jesteśmy skazani na śledzenie wszystkiego z perspektywy Eliota, a to bardzo mroczna perspektywa, bo Eliot to pesymista, samotnik i anarchista, niestety strasznie pogrążony w niemocy. Firma dla której świadczy usługi zabezpieczeń systemowych (i skrycie nienawidzi), gigantyczny finansowy konglomerat, nazywa się tu ot tak symplicystycznie Evil Corp, czyli Zła Korporacja. Plakaty, które Eliot mija w nowojorskim metrze głoszą, że "Nigdy nie uwolnisz się od długu", a "Zło zawsze wygrywa". Z tego dołka wyrywa bohatera tytułowy Pan Robot, reprezentujący podziemną organizację cyberterrorystyczną w stylu Anonymousa (w serialu nazwa grupy to FSociety, dziwnym przypadkiem nawiązująca do ulubionego powiedzonka Eliota - "Fuck society"). Pan Robot kusi Eliota czerwoną pigułką. Bohaterów łączy przekonanie, które w naszym świecie wyziewa już nawet ze słów Pana Belki i ze zdań Pani szefującej Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu. Sektor finansowy wyrwał się spod jakiejkolwiek kontroli, a jego mechanizmy budują system współczesnego niewolnictwa, w którym kredyt jest łańcuchem a niska płaca batem. Pan Robot jako cyfrowy anarchista proponuje tu jednak wyjście bardzo radykalne. Chce przy pomocy Eliota usmażyć wszystkie serwery dławiącej rynek Złej Korporacji i wymazać wszystkie rejestry kredytowe i hipoteczne. Wykreować największe w historii załamanie finansowe, ale w taki sposób, żeby jego koszty poniosły tym razem banki a nie społeczeństwo. Eliot naturalnie podłapuje bakcyla i zaciąga rękawy.

Brzmi, pięknie, idealistycznie, utopijnie. Historia ma jednak jeden detal, który nadaje wszystkiemu nowego znaczenia. Eliot jest ewidentnie szalony. Już w pierwszym odcinku, jeszcze zanim zobaczymy na ekranie cokolwiek, słyszymy jak gada ze swoim zmyślonym przyjacielem. To nie jest tylko narzędzie narracyjne, fabuła wprost potwierdza, że Eliot widzi rzeczy, które nie istnieją, na przykład śledzących go tajniaków w czarnych garniturach. O jego zaburzeniach można by długo, w dodatku dowiadujemy się, że jest uzależniony od morfiny. Tylko jego narracja jest na tyle kohezyjna, że decydujemy to ignorować. 

Dynamika fabularna nie polega więc całkowicie, jak w przypadku większości spiskowych thrillerów, na pytaniu "Czy może on jednak nie jest szalony, czy może ma rację?". Pytanie brzmi tu raczej: "Czy to możliwe, że on ma rację (w ideologicznym sensie), mimo że jest szalony?". Pan Robot jest o czymś więcej. To znaczy, tak naprawdę dzieje się tu dużo więcej niż widać przy pierwszym oglądaniu.

Po dwóch odcinkach miałem dość mocną teorię na temat tego, o co tak naprawdę chodzi w tym serialu. Po czterech to rozwiązanie wydaje mi się jednak na tyle oczywiste i podane na tacy, że zaczynam się zastanawiać, czy scenarzyści nie dworują tu sobie z nami w jeszcze inny sposób. Wolę to jednak zamazać i skierować tylko do osób, które obejrzały ze trzy epizody: wydaje się, że serial nawet specjalnie nie ukrywa tego, że Eliot i Pan Robot to naprawdę jedna osoba i dwie zamiennie wypierające się i uzupełniające osobowości. Nikt oprócz Eliota nie wchodzi w żadne interakcje z Panem Robotem, wszyscy traktują go jak powietrze, a ich rozmowy przypominają bardziej dialog wewnętrzny niż jakąkolwiek prawdziwą rozmowę. Eliot jest prawdziwym szefem FSociety, jakaś część jego mózgu wypiera to jednak ze świadomości, broni jego delikatną i pokorną stronę przed rzeczywistością i dlatego stworzyła Pana Robota, żeby przerzucić całą odpowiedzialność na kogoś innego.

Ale wiecie co jest najlepsze w Panu Robocie? Że to co "ocenzurowałem" powyżej tak naprawdę nie ma znaczenia. Serial będzie dobry bez względu na to, w którą stronę pójdzie. Bo żadne twisty sformułowane tylko dla formy i "shock value" nie są tutaj istotą rzeczy. Istotny jest sam fakt, że widz rozważa taką ewentualność. Tak samo jak Eliot, kwestionuje wszystko co widzi.

Chyba właśnie tego próbuje nas nauczyć Pan Robot. Kwestionuj wszystko. Swoje przekonania, wiedzę o świecie, nawet swoją trzeźwość umysłu. To może być wjazd na pętlę szaleństwa albo świetne narzędzie samokontroli. Tak jak mówi postać Pana Robota - raz na jakiś czas przychodzi moment, że musisz wreszcie podjąć decyzję. Wybrać jedynkę albo zero. Tak lub nie. Tylko prawdopodobnie nigdy nie dowiesz się, czy nie był to wybór równie złudny, co ten między Pepsi a Colą w sklepie.

Mr Robot używa tej ideologii "czerwonej pigułki", "Jedynej Słusznej Prawdy", tak naprawdę w zabawny sposób ją podkopując. Wpędza w niejakie rozdwojenie jaźni. Szepce do prawego ucha: "podążaj za białym króliczkiem, na końcu nory czekają wszystkie odpowiedzi", a do lewego krzyczy: "to jest jakiś bulszit, spójrz na ten tunel, na tych ludzi, to nie jest normalne".

Jaka płynie z tego lekcja? Czymkolwiek jest twoja czerwona pigułka - korwinizmem, scjentologią, anarchizmem - nie łykaj jej bezmyślnie, kwestionuj wszystko, zwłaszcza swoje autorytety, bo bardzo możliwe ich aura to tylko twój omam.

W popkulturze odbija się niczym niebo w zmąconej tafli jeziora zbiorowa świadomość społeczeństwa. Może Mr Robot (podobnie jak do pewnego stopnia True Detective) też odzwierciedla jakiś stan rzeczy? Właśnie cichnie epoka wielkich antybohaterów typu Waltera White'a, którym ufamy mimo ich ciemnych stron (tzn. ufamy bezgranicznie, że znajdą wyjście z każdej sytuacji). To odbicie końca wszystkich autorytetów społecznych. Więcej o świecie mówią teraz bohaterowie tacy jak Eliot. Niepewni niczego, wątpiący, pozbawieni wiary w lepszą przyszłość.

Pan Robot stawia dużo dobrych diagnoz, ale ostrzega przy tym - nie ufaj nikomu, kto oferuje zbyt proste rozwiązania, bo to droga do króliczej nory, a świat jest tak skonstruowany, żebyś zagrzebywał się coraz bardziej, próbując się wydostać.

Całe złoto Kalifornii

gawithpl

All the gold in California
Is in a bank in the middle of Beverly Hills
So if you're dreaming about California
It don't matter at all where you played before, California's a brand new game

Trying to be a hero, winding up a zero
Can scar a man forever, right down to his soul
Living on the spot light, can kill a man out right
Cause everything that glitters is not gold

 

Nic Pizzolatto umie doskonale robić klimat miejsc i wpisywać swoje opowieści w czarne mity Ameryki, ale czuję, że w drugim sezonie "True Detective" może przejść sam siebie. Ma do tego świetny rozbieg. Okultystyczna Luizjana (pierwsza seria TD) i rozmiłowany w przemocy Teksas ("Galveston") to była w zasadzie łatwizna, Złota Kalifornia to całkiem nowa gra, jak mówi piosenka braci Gatlin zaśpiewana na końcu pierwszego odcinka przez Nicka Cave'a (świetny wybór, prawda?).

Ten utwór to prosta rozbiórka największego amerykańskiego mitu. Złotej Krainy, która rozpala wyobraźnię od czasów kiedy przymiotnik w jej nazwie naprawdę odnosił się do złota. Opętani gorączką bogactwa zdobywcy południowo zachodnich rubieży wierzyli, że wystarczy znieść wszystkie znoje i trudy, a na końcu wędrówki góry złota będą po prostu czekać. Na większość czekał tylko jeden z miliona wymyślnych sposobów, żeby umrzeć na dzikim zachodzie. Całkiem podobnie jest z współczesną Kalifornią. Często ktoś sobie myśli, że wystarczy tylko super pomysł spłodzony w garażu i mnóstwo ciężkiej pracy, żeby dorobić się fortuny. Jak działa to w rzeczywistości obejrzymy sobie w innym hicie HBO pod tytułem "Dolina Krzemowa".

Prawdę mówi piosenka, całe złoto Kalifornii jest już w banku pośrodku Beverly Hills pod czyimś innym nazwiskiem, a fabryka snów to raczej brzydka sypialnia dla bezdomnych. Żeby bank rozbić wypada najpierw mieć dobry kapitał początkowy i układy z urzędnikami skorumpowanymi jak dawne Starachowice. Jak postać Vince'a Vaughna w "Detektywie".

W sumie dobrze, że drugi sezon nie będzie powtarzać chwytów z pierwszego (zaburzenie chronologii, niewiarygodny narrator i tak dalej), uniknie w ten sposób przynajmniej części barbarzyńskich porównań. Już na starcie ma zestaw znacznie bardziej niejednoznacznych bohaterów aniżeli archetypiczny duet Harrelsona i McConaygheya. I ma szansę zgłębić temat, który tam był ledwie muśnięty - ludzi z ilością władzy i pieniędzy tak chorą, że mogą mieć na własność innych ludzi (wystarczy to otulić jakimś ideologicznym albo religijnym podtekstem). Mocno czekam, co będzie dalej. 

Serialowy kwartalnik

gawithpl

Kilka skąpych zdań o ostatnio (czyli przez ostatnie pół roku) obejrzanych seriach, rozwinięcie niektórych tematów może kiedyś.

Better Call Saul przeskoczył moje oczekiwania, bo rzeczywiście spodziewałem się po nim ledwie ciągu skeczów i mrugnięć do fanów Breaking Bada na zasadzie "pamiętacie to, a to pamiętacie". I chociaż tego też nie brakuje, to serial stoi bez wsporników na własnych nogach, pięknie żongluje różnymi konwencjami (sądowego dramatu, komedii sytuacyjnej, brudnej cop dramy) i buduje świetną background story dla postaci, której rola wcześniej sprowadzała się tylko do komicznej ulgi. Niniejszym istnieje już odpowiedź na pytanie "czy zna ktoś jakiś dobry spin-off". Go Saul.

Broadchurch. Nie obejrzałem jeszcze drugiego sezonu do końca, ale sam pomysł na fabułę ma wielkie jaja. Historie takie jak ta z pierwszej serii właściwie nigdy nie mają "ciągu dalszego" na ekranie. Morderca pojmany przez policję w spektakularnym klimaksie, odrobina sprawiedliwości dla ofiary, chwila zadumy, kurtyna, koniec. I zapominamy, że w tym miejscu dopiero się zaczyna sądowa karuzela i walka o prawdziwą sprawiedliwość, tylko toczona innymi metodami. Brawo za podjęcie tematu. Ale poza tym nie dałbym rady zbyt wielu brytyjskim dramatom sądowym. Peruki i togi zabiłyby mnie śmiechem.

Community. Hasło "Sześć sezonów i film!" się zdezaktualizowało, bo jeśli oni dalej - nawet mimo wykruszającej się stopniowo obsady - będą trzymać taką formę i zarzucać takie genialne odcinki jak "Intro to Recycled Cinema" albo "Grifting 101", to mogą sobie produkować nawet 16 sezonów i będę dalej to oglądać, bo tego typu humoru nie umie imitować nikt inny. Nawet nowi członkowie castu bez kłopotu wpisali się w klimat (co rzadko się zdarza serialom na etapie szóstego sezonu) i momenty Elroya Patasznika to teraz jedne z moich ulubionych momentów.

Daredevil. Mój numer jeden, serial Marvela, który przypomina bardziej film DC, bo stawia raczej na rozterki bohatera niż na one-linery. "Mroczny rycerz" telewizji. Pełen mroku, brudu, brzydoty i przemocy (głowy urywanej drzwiami od auta i czaszki rozłupywanej kulą od kręgli nie spodziewałem się już w pierwszych trzech odcinkach). W przeciwieństwie do całej serii Avengers, można tu odetchnąć odrobiną realizmu i porozmyślać jakby tak naprawdę wyjść nocą z chustką na głowie i zbierać wpierdol od rzezimieszków. A co wyróżnia Daredevila w całym kinowym uniwersum Marvela najpiękniej, to villain, który jest prawdziwą postacią, w dodatku bardziej fascynującą od herosa. Trudno tylko uwierzyć, że gdzieś w tym samym wszechświecie żyje gadający szop z bazuką i kaczor popijający martini.

Game of Thrones. Nuda, zastój i ledwie materiał na kilka tumblrowych gifów. Rozjazd fabuły z książkami daje chociaż nadzieję, że Tyrion i Danerys spotkają się trochę szybciej, a to jedyne postacie, za które jeszcze trochę daję faka. Rozmemłanie wątku Brienne najgłupszą dotychczasową decyzją scenarzystów.

Girls. Być może najlepszy sezon ze wszystkich, chociaż humoru w nim na lekarstwo. Można za to przyuważyć wreszcie jakiś rozwój postaci, który przypomina mi takie mniej więcej zdanie z "Wielkiego Gatsby'ego" - to straszne po raz pierwszy spojrzeć na siebie cudzymi oczami. "Girls" jest serialem o bandzie egoistów z wydumanymi problemami, ale zaczyna się do tego faktu odnosić, dając nadzieję, że dąży to wszystko do jakiejś puenty.

House of Cards. Świetny Putin i... I got nothing. Istotna scena finałowa sezonu, która mogłaby się równie dobrze wydarzyć w pierwszym odcinku i poza tym dalsze triumfy zła i psychopatii bez żadnego migoczącego światełka w tunelu.

Shameless. Jedyny serial, który potrafi sprawić, że płaczę jak mała dziwka. Czwarty sezon podobał mi się trochę bardziej (te emocje - rock bottom Fiony, Frank na łożu śmierci, Lip wypruwający sobie żyły, żeby trzymać rodzinę w kupie), w piątym zmarnowali kilka postaci (Fiona ganiająca za chłopcami, zakochany Frank, kompletna obstrukcja mózgu Debbie), poruszyli kilka ważnych wątków społecznych (gentryfikacja, system edukacji) i mimo wszystko ciągle pozostają jednym z najlepszych seriali, do którego można zawsze wracać po pociechę - "Nieważne co, Gallagherowie i tak mają gorzej".

Silicon Valley. Wciąż zatrważająco akuratny i przekomiczny arcyportret pieprzonych tech-miliarderów z Kalifornii. Perłą w koronie tego jest inwestor Russ Hanneman i jego biznesowe motto, które stosuje podejrzanie wiele cyberkorpów - "nigdy nie wykazuj przychodu, bo jeszcze nas opodatkują, zawsze straty". Oklaski na stojąco.

The Affair. Najbardziej oryginalna rzecz w tym serialu, czyli podwójna narracja tak naprawdę spowalnia go, bo w każdym odcinku jesteśmy zmuszeni do śledzenia dwóch interpretacji tych samych wydarzeń, które różnią się głównie tym, że kochankowie są interesującymi postaciami tylko w swoich własnych wspomnieniach. Dobre aktorstwo, męczący scenariusz, duża telenowelowatość i skąpe skrawki prawdziwej psychologicznej analizy bohaterów, którą serial obiecywał.

The Good Wife. Po świetnym wątku procesu Carry'ego nastąpiła nudna kampania, z której scenarzyści po mistrzowsku się jednak wywinęli odcinkiem spod znaku akcji "Zabierz własny długopis na wybory", żeby wrócić do korzeni serialu, czyli sytuacji "Alicja kontra System". Tylko Kalindy będzie brakować.

Polecanki innych serii mile widziane.

Obejrzałem trzy seriale, nic nie zrozumiałem wcale

gawithpl

Koniec roku jest i stosowny moment, aby popaść w przewidywalność rankingami, cenzurkami i innymi "przeżyjmy to raz jeszcze", ale na razie na rozgrzewkę proponuję seriale, bo nie było o nich wpisów, o jak dawno nie było, a to w końcu najlepszy temat, żeby podtrzymać rozmowę na firmowej wigilii.

Na początek tylko wtrącę sobie, że bardzo podoba mi się cast drugiego sezonu "True Detective" (szczególnie to, że nie ma w nim Elisabeth Moss), a dlatego, że składa się w całości z aktorek i aktorów, w których na pewno tli się talent, tylko od pewnego czasu byli dymani przez swoich agentów i nieszczęśliwie obsadzani. Bardzo im życzę wszystkim, aby także wyrwali się z płaskiego koła typecastingu i zostali nowymi ukochańcami Ameryki (zwłaszcza Taylor Kitsch, bo przecież jak życie tym chłopakiem poniewierało!).

A teraz już mniej plotkarstwa, więcej serca - niestety nie ma dla was dobrego słowa o nowych serialach - nie oglądam ich, bo jestem zajętą osobą, w dodatku pesymistycznie zakładam, że są kiepskie. Mam słowa o dwóch seriach starszych, ale ciągle świeżych i jednym w sumie nowym, ale trochę już podśmierdującym. Przy okazji skończył się jeszcze Homeland, więc o nim też akapit. O finale finałów Synów Anrachii nic nie powiem, bo nie widziałem ostatniego sezonu – błądząca po manowcach fabuła szóstego mnie okrutnie wymęczyła. 

"The Good Wife". Miałem zacząć to oglądać na długo zanim jeszcze Tony Scott skoczył z mostu, ale jakoś nie było wcześniej dobrego dnia. Tytuł jak dla opery mydlanej, nienęcący (nazwaliby to "Ślepa Sprawiedliwość", "Po stronie prawa", "Prawo i Sprawiedliwość" albo równie neutralnie i pewnie byłbym mniej oporny na rekomendacje), brutalna opinia, że to "Grey's Anatomy" o prawnikach, podłapana nie pamiętam gdzie, też utkwiła mi w głowie, ponadto fabuły prawnicze mają skłonność staczania się w sztampę albo pierduśne ideały, więc rozumiecie mą reluktancję. Tymczasem to jest serial wspaniały.

Zamiast robić z sali sądowej scenę lekkodusznej operetki jak jakieś "Suits", portretuje amerykański system prawny jak grzęzawisko ponurych absurdów, w którym co odcinek uprzedzenia, pozory, najtańsze z przecenionych emocji nadają wymiar sprawiedliwości, niewinni ludzie idą do bagiety, a kanalie odchodzą z odszkodowaniem. I ta analiza niepełnosprawności systemu - nie zgrzebnie wykładana łopatą, lecz arcylogicznie wpleciona w ciekawe historie, połączona nierozerwalnie z wątkiem politycznym - jest prawdziwą tożsamością serialu, miarą jego wyjątkowości, która pozwoli zarobić nawet łaskawe porównanie z "The Wire". Co więcej, prawnicy, których domyślnie mamy tu lubić, rzadko są po tej stronie, która zasługuje na doping, no ale „taki zawód”, pieniądz z operacji narkotykowej i procent z rekompensaty za szkody moralne dla żonobójcy wyglądają na koncie tak samo, a przecież życzymy bohaterom wyjścia z kłopotów finansowych. 

Fajni scenarzyści też wiedzą, żeby nawet epizodyczne postacie pisać tak, jakby zasługiwały na własny spin-off. Seriale, które wspierają się tylko na swoich głównych bohaterach zwykle wypalają potencjał po jakimś czasie (House, Dexter), a te z szerokim drugim planem mogą żyć długo. W tym przypadku kobieta z marmuru Alicja i aseksualny jak pantofelek Will nie są może dwiema osobami, które zabrałbym na bezludną wyspę, ale świetna ławka postaci drugoplanowych i trzecioplanowych dyktuje dobre tempo historii, która przeszła już imponującą drogę od pierwszego sezonu i dalej ewoluuje w coś naprawdę natchnionego. To prawdopodobnie ostatni dobry serial, który da się jeszcze oglądać w bezpłatnej telewizji amerykańskiej i na coraz bardziej opadające standardy tej telewizji coś wyjątkowego. Rozrywka z rozumem i produkcja, która czerpie dużo ze skarbu dobrych sądowych dramatów - od "Dwunastu gniewnych ludzi" po "Social Network" - ale używa ich schematów w nieoczekiwanie świeży, zaskakujący sposób. I ma przy tym coś do powiedzenia.

Pierwszy sezon "Orange is the new black" poleciał na Netfliksie półtora roku temu, drugi w ostatnie wakacje - jeśli ich nie widzieliście, to widźcie proszę, bo to jest masywnie dobra czarna komedia, zasadniczo o damskim pierdlu, do którego taka przeciętna panna z Facebooka idzie na rok odsiadki za dawne grzeszki szczeniactwa.

Filmy i seriale o więzieniach zwykle idą w mrok, gwałt i przemoc psychiczną, tutaj paka też nie jest obozem letnim nad jeziorem, ale ta deprecha wyroku przynajmniej jest rozrzedzona humorem. I znów - postacie są fantastycznie rozpisane, wszystkie, i w swój sposób sympatyczne (oprócz Jasona Biggsa, który dalej jest pipką z American Pie), choć to "piękne wnętrze" (albo chociaż skrupuły) oczywiście musi być ukryte za agresywną postawą, dlatego jakaś nuta grozy i niepewności pobrzmiewa w każdym odcinku, a akcenty komediowe i dramatyczne są wygrane bardzo dobrze.

Widziałem gdzieś na sieci dobre porównane głównej bohaterki do rudego kotka ze stockowego zdjęcia. Jest ładna, trochę nijaka, nieogarnięta i wystraszona. I to ją czyni świetną główną bohaterką, bo przecież mamy poznawać tę plejadę skazańczyń i ich Shawshank jej oczami, wskoczyć razem z nią na głęboką wodę z niepokojem i wątpliwością. Mówi o tym trochę śliczna, zaśpiewana przez Reginę Spektor piosenka z openingu, której inna zwrotka podpowiada też najciekawszą interpretację serialu.

Think of all the roads
Think of all their crossings
Taking steps is easy
Standing still is hard
Remember all their faces
Remember all their voices
Everything is different
The second time around

Na przekór opinii o raczej dewastującym wpływie więzienia na psychikę, "Orange is the new black" staje się opowieścią może nie tyle o odkupieniu, co wynajdywaniu siebie na nowo i budowaniu charakteru przez odkrywanie wartości w najmniej spodziewanych miejscach. Główna bohaterka zmienia się ze stockowego, nijakiego kota w kogoś, kto twardo stoi na własnych nogach, bo "porzuca świat rzeczy i odkrywa świat idei", nazywając to najogólniej. Jeśli zapytacie mnie na co najbardziej czekam w przyszłym roku, to na pewno wymienię trzeci sezon OITNB.

A teraz krótko nowy serial.

Moja babcia od 50 lat ubiera na Święta choinkę, która wygląda jak tak zwane pół dupy zza krzaka. Z metra cięty sztuczny iglak, totalny wypłosz lichota w kolorze zatartym przez czas. Babcia ma zarazem kolekcję pięciuset bombek i wciska je na wątłe gałązki tej choinki. Serial "Gotham" przypomina mi babciną choinkę. Liche dialogi, scenariusze dla gimbazy, konstrukcja postaci marna jak szałasu w lesie i te pięćset easter eggów na odcinek (które tak naprawdę są bombkami, bo pisanki to chyba powinny być ukryte, a nie błyszczeć brokatem i spadać na głowę), co kilka minut wpychany na scenę batmański villain i mruganie do widza subtelne jak słoń. Tyle wrażeń po tym serialu, który przecież muszę obejrzeć cały, bo jest o Batmanie.

I obiecane słowo o czwartym sezonie "Homeland".

Carrie, Carrie, maybe we'll meet again somewhere again... 

Piosenka Europy totalnym przypadkiem odbija mi się od tygodnia między uszami. Pytanie po trzecim sezonie brzmiało, czy Carrie bez Rudego jest zdolna utrzymać fabułę, którą w zasadzie można rozkręcać od nowa. Odpowiedź już znamy. Chyba nie, na szczęście są jeszcze inne postacie.

Ataki na "Homeland" są te same od początku. Postać niesympatyczna, akcji mniej niż w "24", a jak już jest akcja, to strasznie głupia, bo CIA nawala jak głupie. Wszystkie odpowiedzi na swoje niewygody z tym serialem możecie znaleźć w książce faktu "Dziedzictwo popiołów" Tima Weinera, moi drodzy. Bo widzicie, po pierwsze - żeby pracować w CIA trzeba trochę być psychopatycznym draniem. W innym razie można zmienić się w znerwicowany strzęp człowieka, który nie jest zdolny odnaleźć się w życiu poza swoją psychopatyczną pracą, jak Quinn w tym sezonie (za rozwinięcie tego bohatera salutuję twórcom) albo szybko stracić pracę (jak dyrektor Lockhart, którego również bardzo cenię). Po drugie - praca w CIA przez większość czasu jest nudna. Po trzecie - pracownicy CIA są strasznie niekompetentni, kiedy już zaczyna się dziać i stanowią wywiad tragicznie zdezorganizowany. Z tymi założeniami dużo łatwiej oglądać 4. sezon "Homeland", który rzeczywiście złapał oddech po resecie fabuły, a wielki antyfinał w finale sezonu uważam wręcz za mały majstersztyk. Bo czy widzieliście kiedyś, żeby wydarzyło się tak dużo, kiedy nie dzieje się nic i czy słyszeliście kiedyś, żeby terroryści przejęli CIA tak dyskretnie, że nawet tego nie zauważyliście?

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci