Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

FILM

Nights in White Satin

gawithpl

b1

Poza tym przemoc w przeciętnym "rozrywkowym" filmie osiągnęła apogeum. Żadnej sprawy na żadnym szczeblu nie da się załatwić bez kopania w szczękę i strzelania z pistoletów maszynowych. Nawet nowy Mesjasz rozwala komputerowych faryzeuszy, kumulując w sobie cechy Rambo i Bruce'a Lee (Matrix). XX wiek dogorywa nawet nie skomląc. Nie ma już rozrywek ani sensu życia. Skończyło się kino (filmy durne i wtórne, publiczność chamska i nienażarta). W dodatku następny Bond podobno ma być Murzynem!

Przy każdym czytaniu tego tekstu mam wrażenie, że gdyby Tomek Beksiński urodził się 20 lat później, byłby dość zwyczajnym internetowym skwaszeńcem, których miliony. Na swoim blogu, pożyczając setki literackich klisz, epatowałby bólem dupy na komercyjne filmy i upadającą kulturę. Z pasji wrzucałby napisy na napisy.pl, przetykając dialogi hermetycznymi żarcikami, a frustrację za uwięzienie we friendzonie upuszczałby memami na Kwejku.

"Fin de siecle", finalny felieton Tomka, spuentowany tąpnięciem w postaci samobójstwa, przeczytałem po raz pierwszy jakieś 10 lat temu, kiedy ktoś raczył zacytować go na forum internetowym w trakcie dyskusji o nowym Bondzie. "I do tego następny Bond ma być Murzynem!". Co za asshole, pomyślałem wtedy, gdyż uważam, że Idris Elba byłby wybitnym Bondem. Do tego te żale typowe dla dziesiątek tysięcy posępnych stausów na fejsie, przelewających się w każdej minucie bez echa przez bezlitośnie aktualizujący się feed, niewyobrażalne dzisiaj w druku, w wygładzonym przez grupy fokusowe kolorowym magazynie. Z perspektywy czasu widać, jak każdy wers tej niby uniwersalnej refleksji nad współczesną kulturą ocieka osobistym skamleniem ciężko chorego i cierpiącego człowieka.

Więcej światła na tę sprawę rzucił mi kilka lat później reportaż "Polityki" o rodzinie Beksińskich. W takim grubym wydaniu "Reportaży Polityki" z czerwoną okładką i rewolwerem. Coraz mocniej zwilgotniałymi oczyma chłonąłem każde słowo tej tragicznej opowieści o personalnych relacjach "przeklętej rodziny", przykładając sobie niektóre jej aspekty do własnych doświadczeń z rodzinnego mieszkania. Zdzisław Beksiński, wielki malarz. Nienawidził natury. Kwiatów w donicach, trawników, żywopłotów i zwierząt domowych. Nienawidził też uścisków dłoni, przytulania i innych odruchów, które wobec psychicznej zażyłości większość ludzi uznaje za naturalne. Kochał to, co syntetyczne. Beton, plastik, zapach farby, kamerę i komputery. "Syntetyczne". Tym słowem można też nazwać jego relacje z synem. Małgorzata Grzebałkowska określiła je najcelniej dwoma zdaniami. "Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna". W filmie "Ostatnie rodzina" oddaje to scena z rodzinnej wycieczki Państwa Beksińskich. "Nie mogę was zmieścić w jednym kadrze" mówi Zosia do męża i syna. Zawsze razem, a jednak na dystans.

"Portret podwójny" Grzebałkowskiej był dla mnie naturalnym rozwinięciem tamtego reportażu z "Polityki". Zabierał w immersyjną podróż przez życie tej rodziny. Od wczesnej młodości Zdzisława po jego dramatyczne zejście. Przez życie pełne dziwnych wydarzeń, nerwicy, psychotycznych wybryków, surrealizmu, ale też humoru, sukcesów, autentycznej, choć nieklasycznie okazywanej miłości, masy boleśnie zwykłej codzienności, ale przede wszystkim smutnego i niepokojącego piękna, które uderza też z hipnotycznych obrazów Zdzisława Beksińskiego i długich nocnych audycji radiowych Tomka. Przez zapośredniczone przywiązanie do tej rodziny, oczekiwania wobec filmu o Beksińskich zdążyły w moim przypadku narosnąć jeszcze zanim usłyszałem, że go kręcą.

Wbrew temu, co o "Ostatniej rodzinie" mówią w wywiadach i recenzjach, film nie traktuje wcale przede wszystkim o dynamice rodzinnych relacji, a przynajmniej nie oddaje ich faktycznego zaplątania tak ciekawie, jak mógłby. "Ostatnia rodzina" (to jej mocna i słaba strona) opowiada o umieraniu. O śmierci różnych twarzach i aspektach. Chwile radości i odprężenia przeciekają w nim jak woda przez palce. Śmierć, mówi film Matuszyńskiego, może przyjść po cichu i powitać cię jak starego przyjaciela. Tak było z babcią Beksińską. Używając słów Zdzisława, w przypadku jego matki życie i śmierć spotkały się jak pas lotniskowy z podwoziem samolotu w trakcie idealnego lądowania. Śmierć może nadjechać walcem, anonsując się uderzeniami w bęben i zabrać cię z okowów choroby. Przedwcześnie, a zbawczo i przy pełni świadomości zarazem, jak w przypadku Beksińskiej Zosi. Śmierć może przyjść na zamówienie i ululać cię do snu, jak pod numerem Beksińskiego Tomka. Wreszcie śmierć może być gwałtowna i brutalna, wedrzeć się do mieszkania kopniakiem i wyrwać cię z komfortu własnej przestrzeni ostrymi szponami. Jak u Zdzisława, na Sonaty 3. Niezależnie wszak od tego, którą opcję wylosujemy w zabójczej ruletce, umarcie to zawsze jedna i jedyna rzecz, którą wszyscy winni jesteśmy zrobić w tym świecie. Nie zmieni tego tabu, jakie stanowi w naszych rozmowach i kontemplacjach, a pojednanie ze śmiercią zawczasu to najlepszy sposób na zaznanie spokoju. Nie szczęścia, ale spokoju właśnie. "Pogodny nie jest, ale dlaczego od razu katastroficzny", mówi w filmie Zdzisław o jednym ze swoich obrazów. "Całe życie malował śmierć, a kiedy przyszła po niego, namalował ją kto inny", mówi o Zdzisławie mural jego bloku, który zawsze chcę zobaczyć, bywając w Warszawie, tylko nigdy nie mam czasu.

"Ostatnia rodzina" jednak, tyle szczerej uwagi poświęcając Beksińskich umieraniu, nie zostawia wiele miejsca, żeby opowiedzieć o ich życiu. Życiu, które z powodów tak dobrze wytłuszczonych przecież w książce, było fascynujące. A to przecież życie, jak bozon Higgsa cząsteczce atomowej, nadaje śmierci masę w metafizyce wszechświata. Przez ten niedostatek narracji, śmierć niechcący chyba staje się w filmie bardziej turpistycznym (albo i trupistycznym) fetyszem niż tematem do pogłębionej refleksji, jak np. w 5-sezonowej epopei o umieraniu pt. "Sześć stóp pod ziemią", do której opowieść Beksińskich mogłaby równać ciężarem.

Śmierci Beksińskich były różne, jak ich osobowości. Ciche i wymęczone, gwałtowne i nieobliczalne. Tomka i Zdzisława prawie wszystko różniło. Pierwszy był egoistą i egocentrykiem. Nawet z odpowiednią wiedzą i uprawnieniami nie diagnozowałbym go na podstawie listów, nagrań i relacji, ale kolaż, który się układa z tych okruchów życia ilustruje jakąś kombinację Aspergera i zaburzeń dwubiegunowych. A tę niestabilną chemiczną mieszankę podgrzał pewnie jeszcze eksperyment wychowawczy, który na Tomku podjęli rodzice, nie stawiając mu nigdy żadnych wyraźnych granic wolności. "Masz, rozbij misia", filmowy Zdzisław wręcza synowi butelkę, która zaraz dezintegruje się na podłodze dla rozładunku focha w jednej z pierwszych scen "Ostatniej rodziny". Ojciec Beksiński z powściągliwym uśmiechem oklaskuje destrukcję. Może to nie rozczarowanie światem zniszczyło Tomka, ale fizyczna niezdolność do odczuwania szczęścia zaklęta w neuroprzekaźnikach. Zdzisław był raczej flegmatykiem niż cholerykiem. Określał się sam typem ocaleńca, który w każdych okolicznościach się urządzi i z każdym gównem pod nosem nauczy żyć. Nie znaczy to jednak, że życie go nie bolało. Sam był niewolnikiem własnych natręctw, przeklęty fobiami, chorobliwym brakiem asertywności. Z przekory stawiał temu wszystkiemu czoła. Może nie przytulił nigdy syna, ale z pewnością go kochał. Szokujące z pozoru uszanowanie decyzji syna o samobójstwie, zaniechanie ratunku za wszelką cenę, to efekt właśnie cienkiej jak pajęczyna nici zrozumienia, która łączyła Zdzisława z Tomaszem.

Po śmierci Tomka pojawiły się wobec malarza oskarżenia. O "syntetyczne relacje", szorstkie ojcostwo i wychowanie wkoło obrazów śmierci, które miały powoli pchać dziennikarza w objęcia wiecznego mroku. Świetny skądinąd reporter Wojciech Tochman w tekście "Leży we mnie martwy anioł", cytując czyjeś słowa, stwierdził wprost, że Zdzisław Beksiński synem się brzydził, co ostygłego z emocji malarza głęboko wówczas dotknęło. Dramat człowieka, który odnosi prawdziwy artystyczny sukces, ale czuje, ze zawiódł w prawdziwie najważniejszej roli swojego życia, to dla mnie najsilniejszy aspekt historii o Beksińskich. "Ostatnia rodzina" go marginalizuje, mam wrażenie, podobnie jak całe ostatnie lata życia Zdzisława.

Nie chciałbym wcale, żeby to wyglądało na przemądrzałe "Gdybym ja był trenerem", ale gdybym ja miał talent, pieniądze, ludzi i wolę do nakręcenia filmu o Beksińskich, zacząłbym go gdzieś w 2003 roku. Kiedy Zdzisław poznaje Panią Puchalską, z którą na finiszu życiorysu połączyła go przyjaźń. Jego związki z żoną i synem poznawalibyśmy przez retrospekcje, bo to w retrospektywie często życie i śmierć nabierają większego sensu. Z takiego filmu mogłoby płynąć przesłanie, że nawet w żalu, depresji i natrętnym bólu, przy odleżynach i w ohydnym jaskrawym świetle wlewającym się przez szpary między roletami w smętny niedzielny poranek, życie nie przestaje się toczyć i wciąż ma coś do zaoferowania, a śmierć to tylko końcowy przystanek nieprzewidywalnej trasy. Zofia nie zdobyła na tej trasie wielkiego uznania współpasażerów, pozostając w cieniu swoich chłopców, ale to tylko dzięki takim osobom, gotowym wyjrzeć poza horyzont własnego ego, świat wciąż istnieje. Tych ludzi, których kultura ma zwyczaj nazywać Wielkimi, przeważnie nie byłoby wcale, gdyby nie ludzie Dobrzy. Jak Zofia. Ona w tej logice swój sens znalazła, syn i mąż wszakże życia tak nie ujmowali.

Obaj postrzegali świat przez zapośredniczenie. Malarz przyklejony do okularu kamery albo odklejony od rzeczywistości za ścianą, w wirze własnych wizji wylewanych na pilśniową płytę. Tomasz doświadczający ideałów w filmach, książkach i muzyce, przedkładający symulakra ponad realizm. Obaj zdolni w swoich dziedzinach, nie odnieśli sukcesu w najtrudniejszej sztuce życia. Co nie znaczy jednak, że ich żywoty były wędrówką ku śmierci po omacku, jak można by wynieść z "Ostatniej rodziny".

"Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998...". Nawet fizycznie niezdolny do czucia radości Tomek Beksiński wymienia w swoim pożegnalnym felietonie "rzeczy, dla których warto było żyć". Jest wśród nich promująca film piosenka "Nights in White Satin" The Moody Blues. Kultura wypełnia życie treścią. Może rozrywać, może nieść ukojenie albo refleksję - optymistyczną czy pesymistyczną skrajnie. Nie jestem przekonany, czy "Ostatnia rodzina" dokonuje którejś z tych rzeczy. Tak jak śmierć jej bohaterów nie jest poprzedzona odpowiednią dawką ich życia, tak jej okrutny finalizm nie jest podbudowany solidną dawką przemyślenia. Beksińscy może nie poradzili sobie nigdy ze sztuką życia, ale nie chcieli podpalać świata ani zarażać depresją. Raczej z szarych popiołów smutku wygrzebywali skrawki piękna.

20120321_122640

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Tu chodzi o etykę w superbohaterstwie

gawithpl

Zack Snyder został zapisany w słowniczku krytyków jako antonim subtelności, ale wszystko, co dobre i piękne w jego filmie o Batmanie i Supermanie jest ukryte w niuansach, nienachalnych intertekstualnych nawiązaniach i polega silnie na przedsądach.

Marvel kręci swoje śmieszki według sprawdzonej receptury, joke-punchline-punch-oneliner, która najwyraźniej znowu przedefiniowała gatunek. Ja też je lubię, ale to nie znaczy, że muszę nie lubić czegoś odwrotnego. Choć lanie, jakie "Batman v Superman" przyjmuje od recenzentów jest w większości zrozumiałe, to sam tekst o "zamało humoru", którym ciska się w film jak głazem narzutowym, jest nietrafiony. Ekranizacje Marvela (z paroma wyjątkami - "Zimowy żołnierz", seriale Netflixa) to po prostu niedzielne kreskówki z lat sześćdziesiątych przetłumaczone na filmowy język i podrasowane oryginalnym dowcipem. Seria Zacka Snydera toczy się na zmianę w podbrzuszu grzesznych miast i pożodze wojny. Welcome to DC Universe. Zainstalowany tu wszechświat może być równie kreskówkowy, ale potwory, które w nim czyhają, są prawdziwe. Na przykład szajbnięty miliarder, który rozgrywa społeczne lęki i nieufność wobec autorytetów, żeby gromadzić władzę we własnych rękach.

Do tego świata nie pasują niestety idealiści jak Steve Rogers, żartownisie jak Tony Stark, ani zimni profesjonaliści jak Czarna Wdowa. Będzie w nim wielu mruków targanych wewnętrznymi sprzecznościami, niepewnością, uporczywą mantrą Carrie z piątego sezonu "Homeland" - "całe to cierpienie i nic się nie zmienia". Superman jest tu słusznie wyalienowany i postludzki prawie jak Doktor Manhattan z innej, całościowo trochę bardziej udanej, komiksowej adaptacji Zacka Snydera. Jego heroizm nie płynie z czystości serca, ale tego samego poczucia odpowiedzialności, które dręczyło Chrisa Kyle'a w "Amerykańskim snajperze". Inaczej niż w kanonie, rodzina Kentów od dziecka próbuje go chronić przed społeczeństwem, jak rodzice Elsy. Conceal, don't feel. A Superman na to "jak ze sobą żyć, nie podejmując odpowiedzialności za ludzkość?". Trudny moralny obowiązek, nie chęci. Kiedy więc świat wyklina swojego niechętnego zbawiciela, ciężar niepewności pociąga w niemoc, z którą trzeba sobie poradzić. 

Batman jest nawet ciekawszym przypadkiem. Bruce Wayne jako postać zostaje w tej serii przedstawiony po raz pierwszy, więc każdy element jego story arc powinien zostać teoretycznie wyłożony od zera. Zack zasadnie zakłada jednak, że Batmana wszyscy znamy jako archetyp, skoro jako bohater - w tej czy innej formie - towarzyszy nam od dziecka. Buduje więc jego wątek w sposób hipertekstualny, dokonuje dekonstrukcji mitu. Batman w wykonaniu Bena Afflecka porzucił swoje zasady, bo "tyle cierpienia i nic się nie zmienia". Spojrzenie, jakie wiesza na naznaczonym farbą kostiumie Robina (otwartym nawiązaniu do komiksu "Śmierć w rodzinie", w którym Joker zabija odwiecznego sidekicka nietoperza) mówi o tej postaci więcej niż powiedziałyby flashbacki i linijki dialogów. To jest Batman psychicznie rozchwiany, gniewem maskujący swój przytłaczający lęk i nieufność wobec reszty świata i wszystkiego, co obce. To Batman, który już nie wierzy w drugie szanse.

"Batman v Superman" jest więc filmem o spirali konfliktu, u podłoża którego leży wzajemne niezrozumienie, stare urazy i niepokój nakręcany przez żądnych władzy szaleńców. Nie wiem, co wy na to, ale dla mnie to brzmi bardzo współcześnie, jakkolwiek infantylne i sentymentalne może się wydawać podejście Zacka Snydera do tematu. Nie wiem jednak, czy to braku zrozumienia czy  wyrozumiałości doszukiwać się w kpinach z dwóch najbardziej poruszających fragmentów "Człowieka ze stali" i "Batman v Superman".

W przypadku "Man of steel" z niechęcią spotkała się scena, w której Clark z bólem serca zabija Zoda. Był to dla postaci moment definiujący. Superman właśnie zniszczył ostatnią żywą cząstkę własnego świata, żeby chronić wciąż obcą sobie ludzkość. Jego mrukliwość i podejście do zawodu superbohatera to w dużym stopniu psychiczne konsekwencje tamtej decyzji. Odpowiednikiem tej sceny w "Batman v Superman" jest moment szorstkiego pojednania tytułowych bohaterów. Wbrew memes jak ten powyżej, we fragmencie tym nie chodzi o to, że "nasze stare chodziły do tej samej szkoły = coś nas łączy = let's be buddies". To po prostu chwila, w której Batman po raz pierwszy spogląda na Supermana i dostrzega w nim człowieka. Czyjegoś syna, nie zagrożenie. Kogoś, komu mama śpiewała do snu i kochała ponad wszystko, a nie broń masowego rażenia. Wtedy Bruce Wayne, wobec wybudzonych z mroku własnej duszy wspomnień, przypomina sobie też dlaczego został Batmanem. Żeby żadne dziecko nie zostało pozbawione rodziców, jak on. Wtedy puszcza gniew i wraca rozsądek. Dla mnie była to mocna i emocjonalna scena, która trafia do sedna humanizmu opowieści o superbohaterach.   

Wszyscy skończymy w zupie

gawithpl

Po co te swary, i tak wszyscy skończymy w zupie.

W dawniejszych, niewinnych czasach, kiedy internet jeszcze nie umiał w jedną dobę przekabacić bezbronnej botki na stronę nazistów, widywałem na grupach dyskusyjnych ten kawałek wierszyka Brzechwy jako balsamik łagodzący co bardziej zażarte flejmy. Takie przypomnienie o marności od czasu do czasu dobrze zrobi każdemu.

Trailer komedii "Sausage Party" Setha Rogena najpierw bawi, jak stonerska rozmowa dwóch zjaranych ziomków (bo taka pewnie jest geneza tego błyskotliwego scenariusza), a potem okazuje się alegorią kryzysu wiary, podobnie jak jedna z najbardziej pamiętnych animacji mojego dzieciństwa - "Dzielny mały toster".



W "Tosterku" porzucone w leśnej chatce klunkry przeżywają egzystencjalny kryzys z powodu przekonania, że "Pan domu" je opuścił na zawsze, wyruszają więc w daleką podróż, by go odnaleźć, a wraz z nim światło życia. W "Sausage Party" widzimy ciekawszą perspektywę. Parówka Frank odkrywa straszną prawdę o sensie istnienia i wieczności, ale kiedy przychodzi, by ostrzec resztę jedzenia o marności, zostaje uznany za heretyka. Jak wielu z tych ludzi, którzy przypominają słowem i czynem, że też wszyscy kiedyś skończymy jako pasza, ale dla robaków.

Każdy sobie wyznaje, co chce i wyznacza własne cele, tylko dlaczego mam wrażenie, że ci, którzy pamiętają o marności są często po prostu bardziej przyzwoitymi ludźmi niż ci, co marzą o wieczności?

#OscaryTakieBiałe #LeoMusisz

gawithpl

640

Jeśli chodzi o kandydatów do nagrody dla Najlepszego Filmu, to nie zdążyłem obejrzeć "Brooklynu" i "Pokoju", ale jak Janusz Polskiej Blogonautyki Filmowej mogę już ocenić, że pierwszy i tak jest pewnie nudnym romansidłem, a drugi raczej nie ma szans na nic więcej niż Oscara dla Brie Larson, który wydaje się pewny. Co do pozostałych tytułów, to mam tym razem swojego faworyta w filmie, który jest też w zasadzie pewnym przegranym, bo chyba jako jedyny z nominowanych nie ma w sobie krztyny sentymentu, tylko cięty żart, pazurzasty komentarz społeczny i postmoralistyczną warstewkę narracyjną. To Big Short, film o globalnej ekonomii.

Kiedyś wszystko, co związane z ekonomią odpychało mnie jak różniczkowanie, aż publicystyka pokryzysowa ocuciła mnie prawie jak ten szpon w "Matrixie" wyciągający Neo z wanny z różowym glutem. Wtedy jakoś do mnie dotarło, że ekonomia jest nauką społeczną, którą napędzają najbardziej pierwotne ludzkie cechy, głównie chciwość i głupota, a nie jakieś niezachwiane matematyczne prawa, krzywe i dogmaty, które zacięte jak stara płyta społeczeństwo poddaje masowo w swych głowach reifikacji. "Big Short" może stanowić zamknięcie nieformalnej trylogii kryzysowej, tworzonej razem z filmami "Margin Call" i "99 Homes". Pierwszy opowiada historię ekonomicznego meltdownu z perspektywy bankierów, drugi z pozycji najbardziej bezbronnych ofiar tego gargantuicznego przekrętu, czyli ludzi, których banki wykopały z własnych domów, żeby zalać nieruchomościami pęknięcie w kapitale, które same wykuły. Najważniejszym bohaterem w "Big Short" jest natomiast widz. Czyli ty. Rozproszony, niekumający wiele z wallstreetowego żargonu, którym sypią moralnie relatywistyczne postacie. Film kupił mnie całkowicie już w scenie finansowych negocjacji, którą Ryan Gosling przerywa odwrotem ku kamerze, żeby powiedzieć widzom: "Wiem, że nic z tego nie jarzycie, więc Margot Robbie w wannie wyjaśni wam w prostych słowach, co to są kredyty hipoteczne typu subprime". Mężczyzna o prawidłowo działającej hydraulice nie słyszy już nic po słowach "Margot Robbie w wannie". Tak ma działać rynek finansowy, niczym magik odwracający uwagę konsumenta jakimś ładnym świecidełkiem, żeby wolną ręką wyciągnąć mu portfel z kieszeni. Kiedy na koniec filmu wraz z piosenką "When the levee breaks" wytaczają napisy końcowe, zastanawiamy się tylko, jak to możliwe, że nikt oprócz głównych bohaterów "Big Short" nie zobaczył tej pęczniejącej finansowej bańki z daleka, przecież to było tak oczywiste! Byliśmy zbyt zajęci marzeniami o własnym domu, własnym biznesie albo Margot Robbie w wannie. 

Drugim filmem w moim rankingu nominowanych jest Spotlight. Niestety mieliśmy pecha oglądać go w jednym rzędzie kinowym z panią, którą do rozpuku śmieszyła co druga linijka dialogu tego dość ponurego thrillera. 90 księży gwałciło dzieci, haha. Co tam "Marsjanin", "Spotlight" powinien wygrać Złoty Glob za najlepszą komedię. Oczywiście możliwe, że kobieta była tak upalona, że pękłaby z beki na dźwięk kolejnych przystanków czytanych przez lektora w autobusie, ale lubiąc wysuwać naciągane diagnozy społeczne, już podejrzewam, że to wyraz tego, jak temat pedofilii w Kościele jest postrzegany dziś. Otóż mamy jeden margines, który czyta "Nie" oraz "Fakty i Mity" i cały ten ciemny wątek współczesnej historii sprowadza się dlań do sprośnego rysunku rozochoconego księdza ganiającego ministrantów z pałą na wierzchu. Potem mamy drugi margines, który cały fakt wypiera ze świadomości. I mamy resztę społeczeństwa, która dawno przeszła nad aferą do porządku dziennego, bo przecież "nie warto niszczyć sadu z powodu kilku zgniłych jabłek". "Spotlight" to taki film, który przypomina, że były kiedyś instytucje, które nie pozwalały nad pewnymi rzeczami przejść do porządku dziennego. Zaginiony świat, w którym prasa papierowa drukowała coś więcej niż wczorajszy internet, a redakcja mogła sobie pozwolić na coś tak dzisiaj absurdalnego jak utrzymywanie zespołu pracującego nad jednym tekstem przez okrągły rok. Ile dziś taki tekst musiałby mieć kilknięć, żeby to się zwróciło? Ponadto to pierwszy prawdziwy film o dziennikarstwie, bez żadnych sensacji, anonimowych tipów, korekt tekstu tuż przed północą i rozmów z informatorami w ciemnym garażu. Oczywiście wzięło mnie na nim pełne wzruszenie, stąd szczerze życzę mu wygranej w niedzielę.

Zjawa natomiast będzie zapamiętana jako przykład nieco ekscesywnego poświęcenia dla sztuki. Zimno, spanie w zdechłym koniu i jedzenie surowej wątroby bizona przemawiają do wyobraźni mocniej niż sam film. Film, który jest rzeczywiście piękną robotą reżyserską, który rzuca widza w sam środek wydarzeń - czy to brutalny atak niedźwiedzia, czy grad strzał amerykańskich natywów, ale przy tym nie oferuje wiele dla duszy. Spodziewałem się po nim albo niesamowicie naturalistycznej i brutalnej opowieści w stylu powieści McCarthy'ego albo jakiejś indiańskiej mistyki czy wręcz magicznego realizmu. Tymczasem "Zjawa" jest trochę taka i trochę taka, a w efekcie trochę nijaka, a jednak sama realizacja - praca kamery, aktorskie poświęcenie, wybór plenerów - wystarczy, żeby zaprzeć dech.

Marsjanin to komediowy popis Matta Damona, który niczym nie zaskoczy niestety kogoś, kto przeczytał wcześniej świetną książkę Andy'ego Weira. Most szpiegu typowo spielbergowski wysyp proamerykańskich sentymentów, który w żadnym calu nie jest złym filmem, ale nominację zdobył zdecydowanie z rozpędu. Mad Max to perełka wśród tegorocznych blockbusterów, na której inne letnie hity mogłyby się wzorować, zarówno jeśli chodzi o efekty specjalne i pracę kamery, jak i wdrażanie "ideologii gender". Osobiście bym go nie nagrodził, ale cieszę się, że został doceniony.

Moje typy:

Najlepszy film. Wygra: "Spotlight". Mój głos: "Big Short".

Najlepsza reżyseria. Wygra: "Zjawa". Mój głos: "Zjawa".

Najlepsza aktorka. Wygra: Brie Larson. Nie widziałem żadnego z filmów nominowanych w tej kategorii, ale skoro już sam trailer "Pokoju" sprawia, że łzy cisną mi się do oczu, to in blanco przyznam głos faworytce.

Najlepszy aktor. Wygra: #LeoMusisz. Zastanawiam się nad tym mitem, że DiCaprio jest zawsze okradany z Oscarów i uważam, że tak naprawdę jedyna niesprawiedliwość, która go spotkała to brak nominacji za rolę w "Django". Niemniej kampania na rzecz "odszkodowania" dla Leo jest w tym roku tak nachalna, że internet będzie gotów podpalić Hollywood, jeśli aktor nie wygra za swoje cierpienia na planie "The Revenant". Ja też mu życzę jak najlepiej, ale gdybym miał patrzeć fenomenologicznie na nominowane filmy, to zagłosowałbym na Fassbendera.

Koniec końców

gawithpl

Archiwum X zostało re-otwarte. Jack Bauer ciągle nie dostał urlopu. Michael Scofield wychodzi z grobu prosto do więzienia. Herosi odrodzeni. Chata pełniejsza. Park wreszcie przyjmuje gości. Mad Max wiecznie żywy. Podobnież Rocky (choć ledwo). Galaktyka wciąż w pożodze. Jestem pewien, że za chwilę ktoś na spotkaniu w pokoju z dużymi stołami wyciągnie z krainy bitter endu również Doktora House'a i Dextera. Popularną współczesną opowieść, która po bożemu ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie trudniej już znaleźć niż czarnego republikanina (albo nominowanego do Oscara). Ale nowe dokrętki to stara śpiewka - zawsze były i jedyne co mogą zrobić źle, to zaciągnąć historię po urwanym torze w przepaść. Uniwersa zaś, czyli nowy model franczyzowy, który zastąpił najmodniejsze 15 lat temu trylogie, to odmienna bajka, bo w tym rozkulanym przez Marvela trendzie żadna historia już nie jest zamkniętą całością, a każdy wątek wyrasta na nową gałąź, aż nie idzie już tych chaszczy objąć wzrokiem ani kosą. Nic się nie kończy, nic nie umiera, wszystko rozrasta we wszystkie strony. Jak to wszechświat, prawda. Przemysł kulturowy zamiast zwykłego rozciągania robi takie ekstremalne pompowanie klasycznej, dobrze funkcjonującej od tysięcy lat strukturze opowieści. Dlatego dobrze, że jest film jak "Deadpool", który ten nadęty balonik tak trochę dźga. Autorzy tego scenariusza nie udawali, że jest on o czymś innym niż o innych opowieściach. "Deadpool" magicznie sprawia, że nawet takie tytuły jak "Wolverine: Origins" albo "Zielona Latarnia" przestają być tylko dennymi filmami, a stają setupem dla puenty całkiem dobrego dowcipu. 

Największą supermocą Deadpoola jest przebijanie czwartej ściany, a coś jest takiego w tej sile, że zmienia zawsze opowieści w żarty. Jakby przyznanie racji istnienia zewnętrznemu obserwatorowi burzyło całą wewnętrzną integralność historii i każde jej święte prawidło sprowadzało do kilku heheszków. Skoro więc tak już postawiliśmy sprawę i wiemy, że tak zwane Kinematograficzne Uniwersum Marvela (i jego odnogi należące kapitałowo do innych wytwórni) nie jest żadną opowieścią, ale dowcipem, to myślę, że jego doskonałym panczlajnem będzie filmowa wersja tego komiksu, w którym fabułę plotą tylko nerdowskie rozmyślanki o tym, czy powiększony cząsteczkami Pyma Mjolnir mógłby zabić Thora, a każda kolejna śmierć jest tylko nowym śmieszkiem. Bo przecież każda tragedia powraca jako żart. Czy jakoś tak. 

lSqm2Um

 

Frontiers

gawithpl

Choć dzień przed premierą "Przebudzenia mocy" zniesławiam publicznie sagę "Gwiezdne wojny", podając w wątpliwość jej wielkość, to już dzień po premierze siedzę w kinie w koszulce z Ewokami i mimowolnie wyłapuję wszystkie te jajka wielkanocne pochowane w filmie przez Dżej Dżeja dla die hard fanów. Od oczywistości takich jak Starkiller (nazwa nowej gwiazdy śmierci i imię, które w oryginalnej wersji scenariusza nosić miał Luke) po drobnostki jak cameo Wolfmana w nowej reinkarnacji baru na Mos Isley, będącej prztyczkiem w nos dla George'a Lucasa, który w odnowionej wersji "Nowej nadziei" zastąpił w kultowej scenie wiele postaci daremnymi animkami. Nie wiem, czy to siła sentymentu, czy siła marketingu. Ale wiem, że "Force Awakens" to zwyczajnie fajny egzemplarz, proszę wybaczyć określenie, współczesnego kina nowej przygody.

Toż tu nie ma żadnych wartości artystycznych, z pewnością się ktoś spina i zarzeka. To tylko stara melodia wiernie odegrana celem odgrzania nostalgii i zwiększenia obrotu. Czyż nie ma wobec tego żadnej wartości również Mona Lisa, wiernie przecież tylko odtwarzająca pędzlem wyrobnika rysy twarzy, które oryginalnie stworzyła Matka Natura, mieszając geny, chromosomy, allele i inne takie? Trolluję ja. Albo czy bezwartościowe jest ładne zdjęcie ulicy, architektonicznego tworu, który widujesz codziennie, wzbogacone jedynie ładnym filtrem, pomysłowym kątem? Ja powiem wam, że to właśnie jest czasem największa sztuka zagrać stare melodie tak, żeby na nowo wpadły w ucho.

A "Force Awakens" to fajny remake i dobry sequel. Dlaczego dobry sequel? Bo odpowiada starannie na pytanie, po co są w ogóle sequele. Bo nic się nigdy nie kończy, jak to powiedział Doktor Manhattan. Bo każda akcja ma nieplanowane konsekwencje, a każdy kamyczek kopnięty w przepaść, może wprawić w ruch mechanizm, który wywoła kiedyś lawinę.

Euforyczny finał "Powrotu Jedi" śmierdzi fałszem i "Przebudzenie mocy" właśnie ten fałsz obnaża. Związek Hana i Lei rozleciał się, kiedy ich obciążony brzemieniem przeszłości syn wyrósł na psychopatę, new age'owe marzenie Luke'a o przywróceniu równowagi mocy rozpadło się z hukiem (ten ledwo muśnięty wątek ciekawie rozwinie się, jak sądzę, w kolejnych częściach), a na ruinach Imperium wyrosła nowa sitwa, jak Państwo Islamskie na kompoście z przetrzebionej Al-Kaidy. Jedyny happyend spotkał tych mieszkańców Alderaan, którzy mieli szczęście spać w chwili zamachu na ich planetę.

Ale co najlepsze w "Przebudzeniu mocy", akcja filmu z kolorowych miast i ław parlamentu wróciła na rubieże. To się nawet ładnie rymuje ze starymi częściami. Pole bitewne, wybuchy, krew, ból i oderwane kończyny to tylko kawałek obrazu każdej wojny. Najtrwalej odciska ona piętno właśnie na tych wszystkich zadupiach świata jak Tattooine i Jakku, których mieszkańcy mogą jeszcze przez stulecia po oficjalnym zawarciu pokoju płacić za imperialne i new age'owe marzenia tych wszystkich Luke'ów Skywalkerów i Palpatine'ów. Najmocniej w nowej części uderzyła mnie taka niezauważona prawie przez nikogo scena, w której protagonistka Rey w trakcie swojej półniewolniczej pracy na podłej piaskowej planecie wtapia wzrok w starą kobietę mechanicznie szorującą metal po drugiej stronie stołu i z beznadzieją dostrzega w niej samą siebie za kilkadziesiąt lat.

Chociaż brawa w kinie rozlegały się wraz z introdukcją Hana Solo, Chewiego, Lei i C3PO, to oczywiście siłą tej trylogii będą nowe postacie. Nadmieniona Rey, którą od młodego Luke'a odróżnia przewaga sumienia nad ambicją (Skywalker na widok zwęglonych szczątków swojej rodziny w "Nowej nadziei" mówi ze wzruszeniem ramion "nie ma tu już czego szukać" i wio w kosmos, Rey trzyma się kurczowo zniszczonej planety z tęsknoty za rodzicami i z autentyczną nadzieją) oraz Ben, którego skrzywienie pewnie wiele ma wspólnego właśnie z przerostem ambicji i zuchwałością wujka Luke'a. Smutek w oczach Daisy Ridley, Adam Driver uderzający się w ranę tułowia, żeby z bólu czerpać gniew jak paliwo do walki i na koniec pełne winy i rozpaczy spojrzenie Marka Hamilla - dzięki takim niuansom "Force Awakens" ma więcej Mocy niż Stara Trylogia.

Tell that to my Apple Watch

gawithpl

Co to było, kurwa mać, mówi Seba, szurając białymi snikersami po podłodze. Chciałbym słuchać jak pierdolą przez dwie godziny, to bym włączył telewizje, dodaje śmiele i butnie. 

No a czego się spodziewałeś po biografii gościa, który wynalazł komputer?? Odpowiada chytrze Karyna, która wie więcej.

Wychodzimy ze Steve'a Jobsa wąskim korytarzem ewakuacyjnym, więc nieumyślnie podsłuchuję tę kulturoznawczą wymianę zdań.

AppleLogorainbowMnie tymczasem bardzo podobał się film Danny'ego Boyle'a, jego struktura klasycznej sztuki teatralnej, w której między trzema aktami zapada kurtyna i zmienia się jedynie sceneria oraz charakteryzacja aktorów. To taka biografia, która zakłada, że wystarczą trzy dni wyrwane (nieprzypadkowo) z życia bohatera, żeby celnie zdefiniować jego osobę. 

Ta osoba - błyskotliwa, nie genialna - okazuje się głównie mistrzem manipulacji. Tak samo, jak przekonał świat, że jest wizjonerem, tak tutaj Steve Jobs w dwie godziny przekonuje widza, wbrew ewidentnym dowodom, że jest dobrym człowiekiem.

Tak łatwo znienawidzić matkę, która zaatakuje dziecko. Zignorować niekończące się godziny czuwania przy nim, troski, zmartwienia, tysiące wyrzeczeń, porzucone życie osobiste i marzenia. Skupić wszystkie emocje na tym jednym momencie, w którym matce puszczają napięte ponad wytrzymałość nerwy i wydziera się na bezbronnego kilkulatka z całym swoim gniewem albo ciska w niego miską. Zarazem nietrudno polubić ojca, który zjawia się raz do roku z workiem prezentów, tuli latorośl i wsłuchuje się o jej żale na wyrodną matkę. To przykład manipulacji, na którą nabierają się widzowie filmu i małe dzieci. Jedni i drudzy emocjonalnie niedojrzali.

Steve Jobs w wykonaniu Michaela Fassbendera to taki mistrz manipulator. Osobiście nie tyra na swoje owoce chwały. Zjawia się tylko w stosownym momencie, żeby wkroczyć z inspirującym słowem, manieryczną troską i przyjąć oklaski widowni, wzruszone spojrzenia i przytulaski - od fanów i własnej córki. 

Michael Fassbender ma już trochę doświadczenia w odgrywaniu czarnych charakterów. W tym filmie wydaje się, że na drodze do jego przeistoczenia się w supervillaina stoi tylko postać grana przez Kate Winslet - dyrektorka marketingu Apple'a Joanna Hoffman (córka reżysera Jerzego Hoffmana, swoją drogą - mały świat), która wymusza na nim odruchy przyzwoitości (jak choćby przyznanie się do ojcostwa wspomnianej córki). Przez 20 lat, na przestrzeni których rozgrywa się akcja, niańczy go, czuwa i próbuje manewrować w stronę światła, nieraz tracąc nerwy. "Steve Jobs" to dla mnie przede wszystkim film o niedocenionej wartości takich ludzi. O tych, którzy za swoje starania i poświęcenia nie szukają atencji, ale ściągają na siebie nienawiść publiczności albo kryją się się w cieniu tej gwiazdy, która wchodzi na scenę zebrać wdzięczne oklaski za ich pracę. Ciekawe, czy Seba też o tym pomyślał?

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci