Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

POTYLIKA

First we take Manhattan, then we take Berlin

gawithpl

To nie jest wrzutka o Leonardzie Cohenie, sorry, tylko tak mi się tytuł zrymował z tematem. Zmarłymi niech się zajmą lepiej dysponowani, od siebie szczerze mogę dodać, że jego piosenka z "True Detektywa" to był jeden z najpotężniejszych lirycznie kawałków w tym dziesięcioleciu co najmniej. Wracajmy tymczasem do tych, którzy dalej muszą żyć z fiaskiem historii.

Ryan Gosling. Ryan najlepszy jest w tym filmach, w których jest brzydki i aseksualny i taki właśnie jest w jednym z moich ulubionych filmów "Half Nelson". Gra tu nauczyciela historii, który na fajrancie popala krak i pisze książkę dla dzieci o dialektyce (czy to nie jest najsłodsza rzecz ever??!!). W tej scenie akurat próbuje tłumaczyć dzieciakom proces historyczny jako ciągłe ścieranie się przeciwieństw na tle różnic materialnych, w których to starciach zawsze nieuchronnie następuje turning point.




I nikt już chyba nie ma wątpliwości, że historia świata też właśnie znajduje się w punkcie zwrotnym. Wgląd w wykresy dotyczące wyborców Donalda Trumpa daje na to ciekawy pogląd. Biorąc te dane, można śmiele na potrzebę argumentu uznać, że siłą przetargową, która wyniosła tego ogra do władzy nie było "znudzenie polityczną poprawnością", jak uważa Donald Tusk ani niepowodzenie eksperymentów typu czarny prezydent, jak PODOBNO stwierdził jakiś pundyta w TV Reżimowej. Nie była to nawet tęsknota do tradycyjnych wartości, przynajmniej nie w takim rozumieniu, jak chce to widzieć Minister Śmieszków Zagranicznych. Owszem, trzonem elektoratu okazali się biali brachole usytuowani w klasie średniej średniej, którzy zasypiają, wspominając z nostalgią dobre czasy za Reagana, kiedy płcie były dwie, a w kolejce w markecie nie musieli słuchać meksykańskiego. Pewnie, cegiełkę dorzuciły też ich żony z habitusem przemocy symbolicznej. Jest w tym whitelashu, odrodzeniu KKK i fali wydestylowanego seksizmu oczywiście coś bardzo smutnego, można się jednak, być może naiwnie, pocieszyć myślą, że choć ludzie z takimi rezyduami się coraz bardziej zacietrzewiają, to liczbowo ich nie przybywa, raczej ubywa, patrząc historycznie. Przybywa za to tych niezadowolonych ze swojej sytuacji materialnej i to oni przesądzili o wyniku amerykańskich wyborów. Nie rednecki z "Teskańskiej Masakry", tylko pracownicy, którzy stracili poczucie stabilności po tym, jak pracodawcy wynieśli produkcję do krajów drugiego i trzeciego świata, dłużnicy, którzy stracili domy po tym, jak rząd wykupił banki zbyt wielkie, żeby upaść itd. Ofiary neoliberalnych eksperymentów postępujących od lat dziewięćdziesiątych, które na ironię Trump chce pod swój własny interes podkręcać, a nie odkręcać.
 
Ale to ci ludzie stanęli przed wyborem między starszą panią, która okrągłymi zdaniami mówi, że jest dobrze i oby tak dalej, a trollem, który pokazał im palcem winnych i obiecał, że wszystkich pozamyka albo deportuje i zbuduje mur, którzy ochroni przed złodziejami pracy i destabilizatorami. Jak to mówił Ryan Gosling w innej brzydkiej i aseksualnej roli w "Big Short", na koniec każdej ekonomicznej katastrofy ludzie zawsze obwinią biednych i imigrantów. Dlatego Donald Trump. "Make America Great Again" to hasło, które nawiązuje, wydawałoby się, do lat sześćdziesiątych, pięćdziesiątych, kiedy amerykański sen był prawdziwy, pracownik fabryki Forda mógł mieszkać w takim samym domu jak Henry Ford, a polityka gospodarcza i społeczna była odwrotnością wszystkiego, co proponuje nowy prezydent. 
 
Teraz inne mądrale będą się puszyć zdaniami o kryzysie demokracji. Demokracja zawodzi, ale nie w sensie głosowania większościowego, ale w tym, że jedna za drugą elita słucha ekspertów i prezenterów zapełniających czas międzyreklamowy tą odgrzewaną ględą, zamiast słuchać wołania tamtych ludzi. I tak długo, jak słuchać nie będą, raz na kilka miesięcy świat będzie się budził się "w szoku i niepewności". Następna w kolejce chyba jest Francja, a potem Niemcy.
 
Pozostaje nadzieja, że w tych wszystkich miejscach, gdzie na niedożywionej tkance społecznej rozprzestrzenia się ropień nacjonalizmu i innych -izmów, w tym najczarniejszym momencie, po którym ma wedle maksymy nastąpić świt, nie zrobimy sobie zbyt dużej krzywdy.

 

Good Night and Good Luck!

gawithpl

Raczej nie kupuję pamiątek z wycieczek, wież Eiffla z zapałek i takich tam, ale kiedy we wieży Starej Poczty w Waszyngtonie ujrzałem figurkę Obamy za dwa dolary i Mita Romneya przecenionego na dolara kilka miesięcy po wyborach, wiedziałem, że chcę takiego suwenira i natychmiast wymieniłem baksa na Romneya z myślą, że jest w tym jakaś zabawna anegdotka. Oto więc ona. A tu Amerykański Mit na tle Lincolna.

IMG_1973

Trochę się pozmieniało od tamtych wyborów w geopolityce. Kiedy Romney powiedział w debacie, że Rosja jest dziś największym wrogiem Stanów, Obama odpyskował mu, że lata osiemdziesiąte dzwonią i chcą swoją politykę zagraniczną z powrotem. Burn. Dwa lata potem inwazja na Krym rzeczywiście cofnęła relacje mocarstw do zimnej wojny. Wtedy kandydat rebublikanów wyglądał na villaina z kreskówki, teraz wygląda na tle Trumpa jak mąż stanu.

Ach, Obama. Chyba nie tylko ja zacznę już za chwilę tęsknić za Obamą. Barack Obama nie był wielkim przywódcą, tylko dobrym prezydentem. Rozsądnym, charyzmatycznym i z klasą. Oczywiście możecie mnie zgasić tekstami o atakach dronami na Pakistan, Benghazi i czarnymi operacjami w Meksyku, rosnącym długiem publicznym, Obamacare i (sic!) brakiem wiz dla Polaków, a zamilknę i wymruczę jakiś frazes, ale wiem tyle, że gdyby dzisiaj w ziemskiej atmosferze pojawił się statek kosmiczny, to cieszyłbym się, że to Barack Obama wyjdzie powitać alienów.

Gdybym teraz był amerykańskim wyborcą, to byłbym rozczarowanym wyborcą Berniego, który głosuje na Hillary i robi przy tym minę, jakby wąchał bąka. Ale tym razem mój głos ma naprawdę tyle znaczenia, co ankieta internetowa, chociaż ten wynik wyjątkowo będzie także dla nas, żyjących na peryferiach świata, czymś znacznie więcej niż ciekawostką w dziale zagranicznym gazety i czerwonym paskiem w telewizji. Wszystko przez tę geopolitykę. Ziemowit Szczerek pisał w swoim niedawnym cyklu reportaży o Rosji, że kiedy świat na nowo zaczyna się interesować geopolityką, to już jest zły znak. Od kilku miesięcy, spełnia się w kolejnych punktach na mapie świata geopolityczny sen Putina, przydałaby się przerwa tej passy. Nie mówię tego przez rusofobię, ani przez obawę przed rosyjską ekspansją, która w obliczu upadku NATO wydawałaby się bardziej realna, ale wciąż odległa. Mówię to, bo nie chcę, żeby dalej wygrywał putinowski model państwa, a po wygranej Trumpa już nic nie powstrzymałoby jego rozprzestrzeniającej się zarazy.

W DC, między Monumentem Waszyngtona i Mauzoleum Lincolna jest piękny pas zieleni, sadzawka i memoriał bohaterów II wojny światowej. Jeśli należycie do tych ludzi, którym oczy pocą się w podniosłych momentach filmów wojennych, to tutaj od samego wdychania powietrza możecie się wzruszyć, bo wiatr wibruje patosem, a kąpiące się w słońcu marmury niosą historie bohaterów. Wpatrując się w skamieniałego Lincolna, twórcę najbardziej inspirujących przemówień w historii, zastanawiałem się, gdzie dzisiaj są wśród przywódców i polityków ci bohaterowie, którym następne pokolenia będą stawiać monumenty. Jest na to prosta odpowiedź - wielcy przywódcy mogą istnieć tylko w potwornych czasach. W dobrych czasach wystarczą dobrzy i rozsądni prezydenci. I tego dzisiaj życzę Ameryce i światu.

All Hail The Underdogs!

gawithpl

Z tego, co się orientuję, amerykańskie prawybory praktycznie już pozamiatane, a mój ulubieniec ostatnich miesięcy Bernie Sanders ma już tylko, jak to mówią nasi komentatorzy soccera, matematyczne szanse na nominację. Szkoda. Nie moja sprawa, nie ma co się podniecać, można by wręcz rzec, a jednak naprawdę mnie jakoś tak podnosił na duchu widok tego siwego dziadka porywającego tłumy dzieciaków, które nie chcą całe życie tonąć w gigantycznych długach za wykształcenie.

CassidyBernieSanders1200

Cztery lata temu pisałem, że wyścig Obamy i Romneya był wyjątkowo ciekawy. Oh boy, jak w takim razie nazwać to, co dzieje tam za wielką kałużą teraz? Tłumacząc koślawo te prawybory na polską politykę, można by powiedzieć, że frajersko pokonany Ted Cruz to Andrzej Duda, triumfujący Donald Trump to Kukiz z częściowym poparciem PiSu, reprezentująca opcję status quo Hillary to Ewa Kopacz, a Bernie Sanders to taka Partia Razem w jednej osobie.

Ostatnie sondaże pokazują, że Donald Trump ma większe szanse wygrać z Clinton niż miałby z innym kandydatem rewolucjonistą, czyli Sandersem. Może to znak, że demokracja podąża tą drogą ożywienia, którą wskazuje Chantal Mouffe - powrotu do wielkiego sporu radykalnie przeciwstawnych idei zamiast suchej debaty w obszarze realpolitik. Zasiejmy ferment na najwyższych szczeblach!

Argumentacja wyborców Trumpa jest naprawdę bardzo podobna do tłumaczeń osób, które głosowały na Pawła Kukiza i jego ferajnę. "Żeby to wszystko rozpierdolił!". Dostrzegam jakąś pokusę w tej wizji, ale wyborców nie rozumiem, bo już bardziej mnie porywa narracja "Stick it to the man!" w wersji Berniego czy Razem, u której podstawy leży społeczny solidaryzm zamiast pustej frustracji. Jak mamy naprawdę coś zmieniać, to ja wolę wcisnąć ten guzik reset, a nie escape.

Ale cóż, underdodzy tak już mają, że mają pod górkę.

 

Karma

gawithpl

Prezydent, który jeszcze dwa miesiące temu był tak pewien wygranej w pierwszej turze, że uznał kampanię za stratę czasu, dostaje w wyborach spektakularnego kopa w dupę za pewność siebie i arogancję. I co robi natychmiast? No co, strzela focha w powyborczym przemówieniu. Translated loosely:

Don't take me for granted, bitches, sam się nie wybiorę, jak nie pójdziecie głosować. 

Nie Panie Prezydencie, to działa w drugą stronę, proszę nas nie brać za pewnik i nie myśleć, że wystarczy znowu wyciągnąć z szafy kukiełkę Kaczyńskiego i nas nią postraszyć, żebyśmy stanęli w szeregu. Try fuckin harder. 

Tymczasem pojąłem, czemu ktoś chce głosować na Pawła Kukiza po jego wczorajszej rozmowie z Moniką Olejnik. Bo ona się dąsa, że on nie lubi TVN, on zaczyna opowiadać o swoim ojcu i jak go obrażali, ona przeprasza w imieniu kolegów, on przeprasza ją, następuje wzruszenie na zasadzie "ja myślałem, że ty jesteś taki, a ty jesteś owaki", płaczą, dmuchają sobie w trąby i mnie oświeca. To nie polityków i systemu wszyscy mają dosyć, tylko gównianej telewizji. 

Fala przedsiębiorczości

gawithpl

Jadę autobusem ze Strzeszynka, stukam głową w szybę z rytmem silnika, mijam budy kolejnych przystanków. Przy pierwszym leży obwieszczenie wyborcze, odklejone, ostemplowane śladami butów. Na drugim rozdarte przez środek wisi na kawałku taśmy. Na trzecim ktoś zamazał połowę listy kandydatów markerem, na czwartym jakaś młodzież się chichra, coś tam pokazując sobie na tej liście. Co za wybór. Cofam się do notki o wyborach sprzed pięciu lat i czytam. Jak tam jęczę, że nie ma na kogo głosować. Teraz tęskno do tamtej listy kandydatów, przynajmniej ze czterech wolałbym od kogokolwiek w tym sezonie.

Czytam fejsbuczek, kilku znajomych już zadeklarowało udział w wydarzeniu "10 maja głosuję na kandydata antystemowego". Zaproszenie do wydarzenia zdobi grafika ze wszystkimi kandydatami antysystemowymi sponsorowana przez MS Paint.

Franek, Zbyszek, Jola, jaka to frustracja was przycisnęła, że chcecie być w jakikolwiek sposób asocjowani społecznościowo (uwielbiam to słowo) z kreaturami jak Grzegorz Braun?

Jestem bardzo silnie za tym, żeby elity polityczne wymieniać regularnie jak piasek w kuwecie, tylko czemu się rzucać z pisuaru w szambo, budując ruch zmiany wokół pożytecznych idiotów systemu. 

Moje głupie studia dały mi taką przewagę nad amatorami jednomandatowych okręgów wyborczych (to jedyny punkt w programie Pawła Kukiza, więc wnioskuję, że jego wyborcy są takimi amatorami?), że pamiętam wykład o tym, co to gerrymandering oraz pytanie z kolokwium, którego odpowiedź brzmiała mniej więcej "ordynacja większościowa sprzyja największym partiom". Jest to implikacja tak prosta i logiczna, że wypierając ją można równie dobrze głosić, że najlepszą rzeczą na wilgoć w domu jest szlauch. Zresztą już nawet telewizja zaczęła chyba to w końcu tłumaczyć wyborcom (widziałem coś wczoraj w TVN 24 Bis przy okazji wyborów w UK).

Skoro już żądamy systemu wyborczego, który zagwarantuje nam wieczny PO-PIS-PSL, zażądajmy jeszcze za chórem kandydatów zaprzestania nękania polskich przedsiębiorców. Ten polityczny paradygmat "ułatwiania życia przedsiębiorcom, żeby nie uciekli za granicę", nasza straszna pokuta po spierdolinie PRL.

Sam jestem  mikro przedsiębiorcą. Nigdy nie chciałem być, nie miałem wielkiego wyboru. Powiedzmy, że pracuję u średniego przedsiębiorcy, którego nie stać, żeby mnie zatrudnić normalnie, bo czemu duzi przedsiębiorcy mieliby jemu płacić więcej za usługę, którą dziesięciu studentów stażystów zrobi za darmo i z podziękowaniem. Wszystkim nam koszty w tej branży (marketing) i tak dyktują gigantyczne międzynarodowe korpy (głównie gógl i fejs). Od Państwa oczekiwałbym tu głównie zaprzestania promocji Polski jako kraju "atrakcyjnego dla przedsiębiorców" w takim sensie, że można tu nie płacić pracownikom ani nie zwracać niczego społeczeństwu, tylko kumulować profit, a w obietnicach wyborczych każdego jednego kandydata receptą na przyszłość jest coś dokładnie przeciwnego. Iluzja, że bogactwo skapuje z góry.

Kiedyś sam w licealnej dyskusji w obronie podatku liniowego, czy czegoś równie durnego, użyłem tekstu, z którego byłem bardzo wtedy bardzo dumny. Przecież ci najbogatsi nie będą sobie tymi pieniędzmi wypychać poduszek, tylko zaczną inwestować. O jak blisko byłem prawdy w tej części z wypychaniem poduszek. Akumulacja kapitału i inwestowanie w idiotyczne instrumenty finansowe zamiast w produkty i usługi. Nie słyszę nikogo, kto by o tym mówił.  Słyszę media trąbiące sukces po tym, jak rząd wywalczył, żeby niemieccy pracodawcy ciągle mogli płacić mniej polskim polskim kierowcom niż niemieckim. I słyszę tych "antysystemowch" kandydatów od lewa do prawa, którzy taki sposób myślenia chcą pociągnąć do logicznej konkluzji. Tak, proszę was, wywracajcie już ten system - nie popychajcie go w jakiś martwy zaułek ponurej dystopii.

Cold and loathing

gawithpl

Dwa tygodnie temu wdrapuję się wcześnie rano z przystanku tramwaju na przystanek autobusu (#półżyciawMPK) i przy schodach czeka wysoki, smutny pan w czarnym płaszczu, który jakby rozdaje ulotki wyborcze, ale nie rozdaje. Taki nieśmiały, niemrawy, pewnie kawy nie wypił. Niby nic dziwnego, bo jest kampania, ale coś nie pasuje w tym obrazku. Pan za schludny na żula i za stary na studenta, żeby rozdawać ulotki. Z odległości paru metrów neurony stykają. Pan na ulotce i Pan z ulotkami to ta sama osoba. BWAWM!

Kandydat PO na prezydenta Poznania wychodzi do ludzi. Właśnie niedawno myślałem jeszcze trochę idealistycznie, że to jedyny sposób, żeby dać się wybrać na prezydenta w mieście i odpiłować od stołka tego wąsacza, który zapuszcza tam korzenie już 16 lat. Wyjść do ludzi i zacząć coś dla nich robić jeszcze na długo przed kampanią.

Kandydat Jaśkowiak nie robi za dużo w tej scence, tylko stoi. Jakaś starsza pani bierze od niego ulotkę i wgapia w nią przez chwilę. Dopiero kiedy chwila przeciąga się na tyle długo, że stanie i nicnierobienie byłoby niezręczne, szturchnięty przez dobrego asystenta kandydat zagaduje coś do pani. Nie dziwię mu się, poranek jest senny, pogoda przygniata.

Dwa dni później urzędujący prezydent Ryszard Grobelny dostaje 28 procent i wchodzi do drugiej tury z Jaśkowiakiem. Tłumaczy słaby wynik tym, że jego wyborcy zostali w domach. Teraz jestem politologiem i poważnym blogerem, więc mówię tak. Jedynym wyborcą prezydenta Grobelnego jest siła inercji. "Bo jak ma się zmienić na gorsze, to już lepiej, żeby zostało tak jak jest". Tymczasem mieszkamy w najbardziej zakorkowanym mieście Polski, które ma najdroższe bilety komunikacji miejskiej, najbardziej fatalny system sprzedaży tych biletów, inwestycje, które miały być "gotowe na Euro 2012" wyglądają jak leje po bombie, na końcu literalnie sypiącego się wiaduktu trasy katowickiej (którego się nie remontuje, tylko od roku sztucznie ogranicza ruch), rośnie w oczach fafdziesiąta Galeria Handlowa, przez durną bigoterię władzy miasta jakaś niszowa argentyńska sztuka alternatywna zmienia się w uliczne walki religijne rozlane po całym kraju, a za wzór nowoczesnego obywatela stawia mi się radosnego młodziana w niebieskim szaliku z odpaloną racą. Za długo by skamlać na to wszystko. Na to, że nie może być zebry dla pieszych między przystankiem tramwajowym "Dworzec Główny/Main Station" a Dworcem Głównym, bo piesi powinni przejść przez całą galerię handlową, do której przybudowany jest ich peron, na to że są tu ładne budynki, z których deweloperzy muszą być bardzo dumni, tylko ludziom z tym nie po drodze.

W tamten piątkowy poranek nie jestem poważnym blogerem, tylko ospałą i apatyczną kluchą. Jakaś część mnie chce podejść do pana Jaśkowiaka i poskarżyć mu się, że od kilku tygodni na linii, którą trafiam do pracy przyjeżdża co trzeci autobus z rozkładu. Że teraz tylko się przez to spóźniam i wracam do domu o godzinę później niż mógłbym, wielkie halo, ale niedługo będzie zima i martwię się, że w czekaniu za 68 nie rozgrzeje mnie ani fajka ani internet w słuchawkach. Oczywiście nie podbijam z niczym, wolę zostać w swojej strefie komfortu, obojętny jak skorupa człowieka, zamknięty w sobie jak inni przystankowicze. Ponieważ niezbyt wierzę w jakieś ruchy społeczne, pragnę tylko zaapelować do wyborców urzędującego prezydenta, aby w niedzielę znowu siłą inercji zostali w domach.

Radek Sikorski - Justin Bieber polskiej dyplomacji

gawithpl

Po pierwszym wypuszczonym przez TMZ kołtuńskim wideo z rasistowskim żartem Justin Bieber wynajął "dyżurnego czarnego kumpla" (bardzo popularna profesja dziś), który tłumaczył, że DżejBi nie jest wcale rasistem, bo ma czarnego kumpla. Po drugim haniebnym wideo Hitler Muzyki Pop sam pokornie położył swoją karierę do trumny, przepraszając i wycofując się w cień, i nie ma to tamto, nie ma że gówniarstwo, że prywatna rozmowa, że między sobą wszyscy są kołtunami, że oficjalnie by tak nie powiedział, co nie.



Radzio nie ma dyżurnego czarnego ziombla do duetu na konferencję, tłumaczy się energicznie guglując murzyńskości, bo nie wie jeszcze, że ładny garnitur i brylantyna najwyżej czynią buraka bardziej cukrowym.

Oglądam aferę w telewizorze, czytam w prasie i wcale się nie boję, że przyjdzie teraz Macierewicz. Myślę sobie z rezygnacją, jak ostatnia dwójka ocalałych bohaterów na końcu "Domu w głębi lasu" (nie spojluję - kto oglądał ten wie) - "może faktycznie przyszedł czas na Nich"?

Umysł Polandballa

gawithpl

Władimir Putin nie ma na świecie większego sprzymierzeńca niż polski narodowy patriota. To jest przyjaźń silniejsza niż śmierć, symbioza ponad zrozumienie i wynika ze sposobu nauczania historii w szkołach polskich, który jest gówniany. Dziś miał być odcinek portalozy, dlatego wystawiam taką prawdę objawioną, a do tego dodam oczywiście [MEMY] za ilustrację. Polecam zatem ku rozwadze bardzo znany i bardzo klasyczny komiks-geopolityczną-satyrę pt. Polandball. Pomysł na Polandballa wziął się z polskiego hadziajstwa, słynnej na cały internet patriotycznej akcji malowania drawballa w barwy pokeballa, czyli polskie narodowe. Bohaterami stripów są antropomorfizowane flagi narodowe. I tak większość świata tu widzi bekę ze stereotypów, pokrzepiające żarciki z aktualnej sytuacji międzynarodowej, ja tu widzę jeszcze narrację prosto z podręcznika do historii.

Prawie mam pewność, że żaden podręcznik do historii w Polsce nie jest książką historyczną, każdy jest powieścią awanturniczo-przygodową, której główną bohaterką jest Polska. Polska rodzi się w roku 966, ma burzliwe dzieciństwo, ale uczy się na błędach młodocianych przygód, wreszcie wyrasta dzielna i waleczna. Ma odwiecznych wrogów, czyli Rosję i Niemcy, kilku-niewielu przyjaciół, w tym rubasznego, okazyjnego kompana Francję, silnego kumpla Kapitana Amerykę, który niestety ma czasem ważniejsze sprawy na głowie, jak walka z kosmitami, i sędziwego mistrza Watykan. W historii wiele jest wielkich zwycięstw, bolesnych zawodów, noży wbijanych w plecy, zmyślnego knowania, waleczności, spiskowania i jeszcze więcej waleczności i zwycięstw. 

Każdy podręcznik do historii wypełniony jest narracją o ambicjonalnych podbojach przywódców sprzedawanych jako narodowe sukcesy. Znajdźcie mi proszę obszerny kawałek z podręcznika, w którym będzie wyjaśnione, co odłączanie i przyłączanie Inflantów robiło tym ludziom, którzy tam mieszkali, orali pola, hodowali pszczoły i jedli kaszę. Znajdźcie mi rozdział w którym będzie więcej o tym, jak zmienia się życie różnych warstw społecznych pod rządami kolejnych typów niż o samych decyzjach politycznych. Coś poza slogany o zostawianiu Polski murowanej-emaliowanej i popuszczaniu pasa za króla Lasa. To jakby robić wiadomości, w których występują sami politycy, nie ma setkowiczów, nie ma bohaterów. Gdyby takich kawałków na lekcjach było mniej, czy pomogłoby to trochę inaczej rozumieć współczesne zjawiska typu "Przyłączenie Krymu do Rosji"?

Może.

Tymczasem jest odwieczna wojna Polandballa z Russiaballem. Poczuwający się do Polandballa patriota rozumuje prosto, na poziomie podręcznikowej przygodówki awanturniczej, z kim trzeba walczyć. Jebnąć kamieniem w rosyjski samochód, jebnąć pięścią w rosyjską mordę, odwołać rosyjskie wydarzenia kulturalne, nawet ukraiński chór w rosyjskich mundurach w imię walki z Russiaballem. I wszystko przez gównianą naukę historii, w której społeczeństwo nie ma znaczenia, bo tożsamość narodu określają decyzje polityczne ich przywódców całościowo. Więc dla narodowego patrioty nie ma takiej perspektywy, jak zmienianie od środka krajów, które już są wrogami. Wroga bić, najlepiej mieczem silnego przyjaciela, jak USA.

I każdym takim ciosem w Russiaballa, kamieniem, pięścią, bojkotem rosyjskiego obywatela, patriota narodowy pcha go bardziej w ramiona Władimira Putina, pomaga izolować społeczeństwo, uzdatnia żywotne dla putinowskiej administracji założenie, że świat nienawidzi Rosji, więc należy reszcie świata pokazać. Jak w każdym podręczniku do historii, własne społeczeństwo potrzebne jest władzy tylko jako zaplecze, Kreml dziękuje narodowym patriotom z Polski za odwieczną pomoc w budowaniu go.

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci