Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

DRUKIEM

Chłopiec, który przeżył lata dwutysięczne

gawithpl

Harry Potter kończy właśnie 36 lat. J.K. Rowling wskrzesiła z tej okazji martwy chyba od stuleci rodzaj literacki (tzn. wiem, że teatr ciągle jest popularny, ale kojarzycie, żeby za jakąś sztuką w druku formowały się kolejki przed księgarniami?). Stówka, Harry Potter!

HarryPotter

Bardzo miło wspominam dziś wszystko związane z Harrym Potterem. Całe pokolenie, które jest dziś jedyną nadzieją dla świata, nauczyło się czytać na tych książkach, a mi po pierwszych dwóch tomach pozostał nawyk czytania nocą z latarką pod kołdrą. Środkowe części wychodziły akurat wtedy, kiedy wpadłem w ten krnąbrny wiek, w którym wypada gardzić wszystkim,co popularne, więc przyjaźniłem się z Harrym szorstko i po kryjomu. Na "Insygnia śmierci" za to czekałem już tak niecierpliwie, że całą powieść przeczytałem w pirackim tłumaczeniu Armii Świstaka na ekranie komputera i byłem pod wrażeniem, jak wspaniale zostały pozamykane wszystkie wątki. Zgadzam się, że rozdział wspominkowy Profesora Snape'a to jeden z najpiękniejszych kawałków współczesnej literatury oraz jedna z najlepiej poprowadzonych wolt.

Ale przede wszystkim te książki przypominają mi dziś prostsze czasy, w których "Nasz Dziennik" był jedyną istotną gazetą narodowo-katolicką, a fikcyjny czarodziej był największym wrogiem naszej narodowo-katolickiej kultury (no była jeszcze Unia, Polskę rada zgnieść, ale kto to wtedy brał na poważnie). Może zamiast ciągle wzdychać do lat osiemdziesiątych i filmować rzeczy typu "Stranger Things", czas już nostalgizować 00'sy? Wtedy to były historie! Wtedy się żyło!

Martwi na Marsa

gawithpl

Zaglądając gdziekolwiek w internety przez ostatnie dnie, czytając i oglądając wiadomości, a nawet słuchając różnej maści ludzi w tramwajach można wyciągnąć dwa wnioski. 1. Chyba oblewamy test na człowieczeństwo. 2. Ziemia robi się dla nas za mała, jak w najczarniejszych scenariuszach science fiction. Nic dziwnego, że ostatnim newsem wywołującym jednoznacznie pozytywny odzew były zdjęcia NASA powierzchni Plutona. Taka bojka nadziei dla przyszłości ludzkości, której dążenie do poznania powinno być najważniejszym celem. Podobnie te nadzieje łechce "Marsjanin" Andy'ego Weira, jedna z fajniejszych książek jakie czytałem od dość dawna i może pierwsza prawdziwa powieść sci-fi od lat (autor ogólnie staje na głowie, ażeby science był całkowicie prawdopodobny w tej - niestety, póki co - fiction o trzeciej załogowej misji na czerwoną planetę).

TheMartianbookcover

Od jakichś dwóch miesięcy miałem zamiar zrobić o niej zupełnie inny wpis, który pewnie jeszcze wyłuskam przy okazji filmu, ale na razie, w świetle tego wszystkiego co się dzieje, chodzi mi po głowie tylko kilka zdań optymistycznego przesłania tej powieści. Niektórzy cytują teraz papieża albo Jezusa, ja postawię na porzuconego na Marsie Marka Watneya:

"Cena mojego przetrwania musiała wynieść setki milionów dolarów. Wszystko po to, żeby ocalić głupiego botanika. Po co się kłopotać? No dobra. Znam odpowiedź. Część może być uzależniona od tego, co reprezentuję: postęp, naukę i międzyplanetarną przyszłość, o której śnimy od stuleci. Ale tak naprawdę zrobili to dlatego, że każda istota ludzka ma podstawowy instynkt, który każe pomagać drugiej istocie ludzkiej znajdującej się w potrzebie. Czasem może się wydawać, że tak nie jest, ale to prawda. Jeśli turysta zgubi się w górach, ludzie organizują akcję poszukiwawczą. Gdy rozbije się pociąg, ludzie ustawiają się w kolejce, żeby oddać krew. Gdy trzęsienie ziemi zrówna miasto z poziomem gruntu, ludzie na całym świecie wysyłają niezbędne zapasy. Jest to tak fundamentalna cecha człowieka, że odnajdujemy ją w każdej kulturze, bez wyjątku. Pewnie, są dupki, które mają to gdzieś, ale znacznie więcej jest osób, które to obchodzi. I właśnie dlatego miałem po swojej stronie miliardy. Fajnie, co?"

Próbuję o tym pamiętać, kiedy w komunikacji miejskiej mimowolnie słucham niby zwykłej, kulturalnej pani, która z zapałem opowiada przytakującej znajomej, że tych imigrantów to trzeba odesłać z powrotem, żeby się sami wytłukli, to dopiero będzie spokój. Kiedy słucham na przystanku dwóch chłopców (żadnych drecholi, ale niby kształconej studenciarni) rechoczących z tego, jak tych uchodźców należałoby wystrzelać jeszcze zanim dobiegną do granicy. Próbuję nie myśleć, jak sam wepchnąłbym ich teraz na wiatę aż by im się słoje z klopsikami od mamy i notatki ze stosunków międzynarodowych rozsypały z torebek. W końcu jesteśmy ludźmi, tylko nieszczęśliwie mamy na razie ciągle jedną planetę.

Sędzia tytularny

gawithpl

"Krwawy południk" to jedna z najbardziej niesamowitych książek, jakie czytałem i gdybym zawziął się kiedyś na stworzenie osobistej listy dziesięciu najważniejszych, to jest spora szansa, żeby się tam znalazła. Niesamowity jest dysonans w jaki wpędza czytelnika, ubierając niepojętą przemoc, ohydę i zgniliznę stosów trupów w przepiękne tkaniny metafor i poezji. Nie widziałem, żeby ktokolwiek inny potrafił  tak pisać. Ale prawdziwy sukces pisarski zagwarantowała tu McCarthy'emu kreacja być może najbardziej przerażającej postaci literatury - powiedzmy ostatniego wieku. Sędziego Holdena. Akurat dość intensywnie myślę o nim w ostatnich tygodniach.

Autor opisuje Holdena (sędziego chyba tylko z samozwańczego tytułu, de facto psychopatycznego łowcę skalpów) jako dwumetrowego albinosa, którego bielsza od śniegu skóra nie obradza ani jednym włoskiem, a dziwna chłopięca delikatność rysów niepokojąco koliduje z trwożącą posturą i oczami ziejącymi martwą pustką jak z dna oceanu. Okrucieństwo sędziego na przestrzeni całej powieści jest zasadniczo (w odróżnieniu od  brutalnych aktów walki o przetrwanie całej reszty postaci) kompletnie zbędne i wręcz niedorzeczne. Holden skalpuje małe dzieci, zabija zniedołężniałych starców, żeby rozpętać burdę, w jednym rozdziale chyba nawet wykupuje z rąk małego chłopca parę szczeniąt, tylko po to, żeby natychmiast utopić je w rzece. Dlaczego? Bo marzy o całkowitej kontroli nad wszystkim. "Wolność ptaków stanowi dla mnie obrazę" - mówi strzelając do orłów. Z każdego zarzutu barbarzyństwa, które może postawić mu czytelnik, wywinie się ogładzonym wywodem swojej cynicznej filozofii.

Ze wszystkich popisów psychopatii, największą odrazą napełniło mnie jednak to, co Holden robi już w pierwszej scenie, w której się pojawia. W czasie mszy świętej skupiającej wszystkich mieszkańców małego miasteczka dzikiego zachodu w kościelnym namiocie, sędzia wkracza z pewnością siebie na ołtarz, wskazuje na księdza zawieszonego w środku kazania i ogłasza: "oto pedofil, morderca, gwałciciel, zwyrodnialec, ścigany listem gończym". W tej scenie nie wiemy jeszcze nic o Holdenie, poza tym, że mianuje się sędzią, więc z przejęciem słuchamy żarliwych i pełnych szczegółów opowieści o zbrodniach oskarżonego i łączymy się w świętym oburzeniu z podjudzonym tłumem, który w imię sprawiedliwości rozrywa księdza na strzępy niczym dzikie bestie. Chwilę później poznajemy jednak prawdziwą naturę sędziego, kiedy w prywatnej barowej rozmowie wyznaje prawdę o duchownym - "nigdy o tym człowieku nie słyszałem i nic o nim nie wiem". Skąd więc to oskarżenie, które doprowadziło do błyskawicznego samosądu? Władza nad tłumem po prostu karmi ambicje Holdena.

Dlatego niepokojem napawa mnie zawsze klimat, który zapada w społeczeństwie po jakiejś poruszającej zbrodni albo niesprawiedliwym wyroku. Klimat "zero tolerancji", "zaostrzania prawa" i "wieszania zdrajców". Po prostu mam wrażenie, że wtedy budzą się demony jak sędzia Holden.

Złodzieje, gwałciciele, pedofile, mordercy i ich zbrodnie straszą i smucą, ale nie oburzają i nie niepokoją, bo ich zło jest immanentne, niezmienne jak siły natury. Trzeba ich izolować i sprawiedliwie karać, ale nie ma takiej siły, żeby nad nimi całkowicie zapanować. Dlatego dużo większy lęk i odrazę wzbudzają we mnie te wszystkie osoby, które podnoszą fale społecznego oburzenia, wskazując na kogoś palcem i krzycząc: "oto pedofile, zdrajcy, zwyrodnialcy, mordercy". Bo oni właśnie swój autorytet (wynikły z tytułu, pozycji czy charyzmy) przekuwają w moc zmieniania tych tak zwanych dobrych ludzi w dzikie bestie.

Powieść, od której jaja chowają się wgłąb brzucha

gawithpl

Marketing miejsc w kulturze do mnie trafia bardziej niż każdy inny. A antymarketing miejsc (bo chyba tak można nazwać opowieść pod tytułem "Tutaj spełniają twoje najgorsze koszmary") trafia do mnie jeszcze bardziej. Lubię opowieści, w których atmosfera miejsca odgrywa ważną rolę. Szczególnie, kiedy zniewalające piękno natury zderza się z koszmarem ludzkich akcji. W Polsce na przykład przychodzą mi na myśl dwa miejsca, które zasługują na główną rolę w jakiejś mrocznej opowieści, żeby kontrastować z fabułą swoją dziką urodą. Hel i Bieszczady - dwa polskie seriale ("Zbrodnia" i "Wataha") obsadziły w tym roku te miejsca, nie wiem jak to wypadło, ale pewnie nie zbliżyły się do genialnej roli jaką zagrała Luizjana u Nica Pizzolatto. Dwukrotnie - raz solo w "True Detective", wcześniej w duecie ze wschodnim Teksasem w czarnej jak dno studni powieści "Galveston".

fot. Tripadvisor

Moczary, aligatory, mgły, smagane falami plaże i kurz w majowym słońcu. Na skrzydle polskiego wydania powieści jest laurka od Dennisa Lehane'a - "Książka tak pięknie napisana, że ogarniała mnie zazdrość przy czytaniu". Rzeczywiście, Lehane jest mistrzem dramatycznych intryg i kontekstu społecznego, ale brakuje mu takiego talentu do szycia słów w zachwycającą tkaninę narracji.

Oto powieść noir tak urokliwa, że wzdychasz do teksańskiej plaży i krajobrazu Luizjany, zarazem tak mroczna i straszna jak chłód kamiennej podłogi przypartej do twarzy, że kulisz się w sobie ze skurczem w żołądku. Nie ma w tym kryminale żadnej wirtuozerii zbrodni, nieuchwytnego kilera, który rozgada się przez 3 strony o swojej skomplikowanej zemście za manto w trzeciej klasie albo o planie zgolenia dziesięciu milionów na narkotykowym czy ubezpieczeniowym przekręcie. Są tylko skurwiele, którzy robią wielkie draństwa innym skurwielom w bardzo brutalny sposób z szokująco niskich pobudek. Są spaprane życie i wiszące nad wszystkim pytanie, z czym da się w ogóle dalej żyć i czy warto.

Książki

gawithpl

Niekoniecznie wydane w zeszłym roku, ale takie, które czekały w kolejce na swoją notkę i doczekały się dopiero teraz w uniesieniu noworocznych podsumowań. Względnie nowsze ze wszystkich przeczytanych w 2013, bo nie jesteście moją polonistką, żeby cierpieć przez recenzje książek sprzed 90 lat, a ja nie jestem bibliofilem, żeby w ogóle pisać o książkach więcej niż przez jeden akapit.

"Reamde" zajęło mi kupę czasu, bo to niehumanitarnie wielki sześcian, jak spojrzymy z zewnątrz, ale jaki ciekawy w środku. W ogóle nie znam Neala Stephensona, więc to chyba kolory okładki zaimpregnowały mi oczekiwanie na hard science fiction, ale dostałem raczej technothriller z grubymi elementami kryminału - chyba lepszy od wszystkiego, co napisał kiedykolwiek Micheal Crichton. W dodatku dobrze odpowiada moim wyobrażeniom co do tego, jak musi wyglądać najbliższa przyszłość - wybita bitcoinami, cyfrowymi fortelami i społecznościową wirtualizacją zdezorganizowana, posthumanistyczna dżungla.

"Robokalipsa" jest z kolei o tyle wyjątkowa, że to pierwsza książka, którą przeczytałem, nie dotykając papieru, ale ekran telefonu, kiedy już pokończyły mi się klasyczne druki w trakcie tymczasowej emigracji na obczyznę. Kontekst o tyle zabawny, że to powieść o tym, jak nasze urządzenia elektroniczne powstaną i nas wymordują jednego po drugim, albo zutylizują na części zamienne. Było takich kilka, ale oryginalnie w "Robokalipsie" największym nemezis nie są humanoidalne potwory z blachy, tylko tostery, windy, ślamazarne wojskowe miny piechotne i zelektronizowane samochody. Rzeczy, którymi wysługujemy się codziennie, które są o krok połączenia we wspólną sieć komunikacyjną i o dwa kroki od buntu zainicjowanego przez złośliwą anomalię w systemie. Daniel H. Wilson zrobił pisarską karierę dziwnie podobną do Maxa Brooksa od "World War Z" i "Poradnika w razie Zombie Apokalipsy". Napisał non-narrative "How to survive a robot uprising", przekonując, że to bardziej realna perspektywa niż najazd ufoli, a potem wykorzystał własne rady w multiwątkowej powieści, która zasadniczo nie ma głównego bohatera, oprócz strachu przed wszystkim co chodzi na baterie.



To nie jest arcydzieło sf, ale kawałek sugestywnej lektury, która mocnymi opisami zniszczy nocą kilka snów.

O nowym "Wiedźminie", którego nigdy miało nie być, można by powtórzyć kilka rzeczy. Że Panu Andrzeju skończyły się pieniążki i że to zlep niedokończonych opowiadań o dynamice przygody RPG sklejony usilnie. Zamiast nad tym fapać, wolę przyznać się, że Andrzej Sapkowski to dla mnie - nie dzięki swojej wybitności, ale zbiegowi różnych wydarzeń i okoliczności - najważniejszy pisarz w życiu, bez którego być może nie czytalibyście tego bloka, nie poznałbym wielu ludzi, nie tknął wielu innych książek i idei, nie chciałbym mieć wykształcenia i zawodu związanego z pisaniem (guess where that got me). Mimo tej ostatniej konsekwencji, będę wiecznie wdzięczny. Wolę też napisać, że Pan Andrzej ciągle pisze dialogi, z których brechtam na głos, umie składać zdania zgrabniej niż ktokolwiek żyw tworzący w niezgrabnym języku polskim. Że to kochany feminista, oskarżany o mizoginię, kiedy nabija się z "Achai", że wiedźmin to najcenniejsza ikona współczesnej polskiej popkultury i że nostalgia jest jednak prawdziwa.

"Eli, Eli" to zmiana klimatu i najmocniejsze non-fiction przeczytane w zeszłym roku. Krótkie, a o sile młotka wymierzonego w czaszkę. Zajawką była pokryta trędowatymi bąblami twarz Josephine na okładce którychś październikowych "Wysokich obcasów", esencją jest reporterska podróż po slumsach z wycieczką "True Manila" dla białych turystów z pierwszego świata. Historie przeplatane zdjęciami wpędzają w zadumę i wyciszenie. Zwłaszcza wobec dywagacji na początku książki. "Im częściej i dłużej na to patrzymy, tym ludzkie cierpienie mniej nas porusza. Kto odpowiada za tę perwersyjną przemianę? Czy i do kogo mieć o nią pretensje? Fotografowie odrzucają odpowiedzialność. Odpowiedzialne jest spojrzenie, czy raczej oko, które przetwarza wszystko na co patrzy. Oko widza."

I jeszcze najbardziej opiniotwórcza polska książka ostatnich tygodni, która składa się z odkryć, jakie już znamy z własnego procesu myślowego, tudzież z dużo wcześniejszych tekstów Wojtka Orlińskiego, ale nie umiemy w ogóle spojrzeć na całość zagadnienia, beztrosko trzepiąc lajeczki. Do publikacji jeszcze chętnie tutaj wrócę, jak przeczytam całość, tymczasem podsumowałbym relację autor-czytelnik dialogiem z Doktora Who.

- Mr. Van Statten owns the Internet. 

- Don't be daft, nobody owns the internet. 

- And let's keep everyone thinking that way, right kids?

HWDP

gawithpl

Przepraszam. Że tym odważnym tytułem odsyłam do tekściku o książce, kto to przeczyta.

Harry Hole, alkoholik, po raz dziesiąty (dla mnie personalnie ósmy, bo nigdy nie sięgnąłem po dwie pierwsze części, zacząłem od trzeciej, potem było dziwnie mi się cofać). Sam ten równoważnik zdania już trochę stęchli spoilerem, bo jednak Harry'ego, tak jakby, opłakaliśmy w poprzednim tomie, doskonałych "Upiorach" (tak jakby trudno o tym wszystkim pisać bez ciągłego spojlowania). I fabularnie coś z tego wynika, bo ta część już nie jest tyle o komisarzu, co o jego dzielnych kolegach, dotąd odległoplanowych. Wiecie, o Policji.

Ten śmieszny pomocny i wścibski algorytm Google. Nie zna się na poczuciu humoru, moje wizyty na zwałowych stronach typu Fronda bierze na poważnie i potem przy szukaniu obrazka dla notki wyrzuca w górze listy recenzję ojca Terlikowskiego.

I redaktor frondziarski ma rację (wait, what). Tak, "Policja" nie rozwija Harry'ego, "Upiory" dotknęły już istoty sprawy. Tym razem Harry czeka w cieniu przez pierwsze 160 stron i to nie tylko w służbie koronnej zmyły tej powieści. Tak, Nesbo kpi z czytelnika, a w ostatnich stu stronach wręcz znęca się nad nim jak okrutny pan, co raz za razem podpuszcza psa do pościgu za piłką, którą naprawdę ciągle trzyma w ręce. Zmyła tak gęsto podszyta zmyłą, że w pewnym momencie staje się to wewnętrznym żartem, sztuką dla zabawy, jak wic z puszczaniem bąka, który za pierwszym razem bawi, za piątym denerwuje, za dziesiątym wścieka, a za pięćdziesiątym znowu bawi.

Tyle mnie w tych książkach notorycznie zachwyca. Ten love-hate związek autora z Oslo, który sumuje się w pasję, z jaką przeważnie pisze się raczej o Paryżu czy Barcelonie i sprawia, że chcę znaleźć tani bilet lotniczy i sam powłóczyć tamtymi ulicami. Te sugestywne opisy zbrodni  (które mogą wynagradzać czasem drętwe dialogi), tym razem podwójnie okrutne, bo autor nie oszczędzi małych dziewczynek ani lubianych postaci - tak, tytuł notki dedykuję stronie 260, która zamraża w fotelu, a potem łańcuchowo aktywuje takie emocje, jakich fikcja przelana na kartkę nie powinna.

Nesbo sprzedał już na świecie półtora miliarda książek, mógłby skończyć z cyklem, ale chce zaprosić do zabawy jeszcze dwukrotnie, co zapowiada sort of cliffhanger i niedokończone wątki. Mnie może wliczać w ciemno.

Smoleński miraż

gawithpl

Matt Ruff, taki trochę kontynuator (trochę epigon) Philipa K. Dicka, pisze książki fajne do poczytania w kolejce (do bankomatu albo szynowej) i odstawienia na niższą półkę, obok innej przykurzonej fantastyki. Ostatnio wyszła u nas jego powieść o lustrzanym wszechświecie, w którym historia toczy się tak opacznie, że 9 listopada 2001 roku chrześcijańscy fundamentaliści z USA rozbijają dwa samoloty na bliźniaczych minaretach w Bagdadzie, a w odwecie koalicja państw arabskich wkracza do Ameryki i urządza tam strefy stabilizacyjne. Taka wariacja wokół "Człowieka z wysokiego zamku".

I teraz fun part. Nam tu w Polsce nie trzeba fantastycznych eksperymentów myślowych ani literackich, żeby podróżować między równoległymi światami, wystarczy zmieniać kanały, wodzić okiem między różnymi tytułami w kiosku. Mam z tego ostatnio kawał hobby.

Wyznawcy zamachu smoleńskiego będą zawsze wytykać swoim prześmiewcom, że żyją w akwarium, otumanieni propagandą zależnych mediów. Dlatego po każdym donosie o wybrykach Macierewicza odruchowo zaglądam na stronę niezalezna.pl. Nie umiem się powstrzymać. Patrzę z fascynacją na dwa wymiary. Ten, gdzie brzoza istnieje i nie istnieje. Ten, gdzie prof. Chris Cieszewski robi fiuuuu bziuu i ten, w którym jest "naczelnym redaktorem dwóch międzynarodowych czasopism naukowych, członkiem komitetów redakcyjnych trzech innych międzynarodowych czasopism naukowych i pracuje jako recenzent dla 23 jeszcze innych czasopism naukowych, a także jest fundatorem międzynarodowego pisma naukowego Mathematical and Computational Forestry and Natural Resource Sciences i organizacji zawodowej Southern Mensurationists zrzeszajacej specjalistów od biometrii leśnej z 13 południowo-wschodnich stanów USA", a jego oponenci - sami są fiu bziu. Ten, gdzie kompromitują się eksperci macierewiczowscy, nie umiejąc obsłużyć Skype'a i ten, gdzie zmasowany atak na niezależną konferencję nie jest przypadkiem, ale akcją o jasnym celu. Ten, w którym cymbał rozpoznaje w workach na śmieci człowieka z siekierą na drzewie i ten, w którym zespół Laska kompromituje się, powołując na analizę blogera. Ten, gdzie sklecona z łapanki ekipa oszustów posługuje się sfabrykowanym zdjęciem w dowód swojej zmyślonej tezy i ten, w którym jeden uśmiech na autentycznej fotografii mówi więcej niż tysiąc sfałszowanych dowodów.

Dawno mnie zmęczyło obśmiewanie kogokolwiek, wolę śmigać jak Slidersi między tymi światami, obserwować beznamiętnie interakcje, nie zależy mi na prawdzie. Czym jest prawda. Konstrukcją społeczną rzeczywistości.

Tony Stark, filantrop, bilioner, alkoholik, męczennik

gawithpl

Rok minął, jak to tak szybko zleciało; już za chwilę początek drugiej fazy kinowego serialu Avengers. Za cztery dni u nas, a w Amerykach od zeszłego piątku w kinie trzeci Iron Man - Tony. Wcześniej już zalano internet pięćdziesiątką materiałów promocyjnych, z których można by poskładać prawie cały film, ale co robić, kiedy jama woła o więcej. Po pierwszych trailerach widywano malkontentów skarżących się na patos i mrok (#nolanizacja), które nie pasują jakoby w ogóle do marvelowskiego Tony'ego. Disney zdecydował się kręcić filmy o Iron Manie jako komedie i ogólnie całe uniwersum traktować bez spiny pośladów, co się im chwali, ale akurat w kanonie Tony'emu nie brakuje mrocznych stron. Jednym z nieodłącznych cieni, które ciągną się za Starkiem w komiksach jest ciężki alkoholizm - taki temat, który dotychczasowe filmy tylko musnęły, obracając go zresztą bardziej w żart niż dramat.

Tony Stark równie często jak ubzdryngolonym na wesoło playboyem bywa zapuszczonym ochlejusem, który zawstydziłby Nicholasa Cage'a w Zostawić Las Vegas. Już nawet pastelowe marvele z lat sześćdziesiątych, epoki Batmana w rajtuzach, śmiało eksplorowały ten wątek, choćby w zeszycie Demon z butelki, który miał chyba wyjść w Polsce nakładem Wielkiej Kolekcji, ale w obliczu niezbyt zaskakującego zgonu edycji, raczej nie wyjdzie.

Zdążył się natomiast ukazać album o tytule Extremis, na którego wątkach opiera się Iron Man 3 (i z którego już pierwszy film przekopiował w praktyce cały origin żelaznej zbroi). Komiks namalowany raczej w pochmurnych barwach, przeglądam go i z trudem znajduję w bohaterze ślady lekkości bytu i nonszalancji Downeya Juniora. Iron Man zmaga się w nim z własną ułomnością, ale akurat nie alkoholową, tylko techniczną i fizyczną. Żeby zrównać się z przeciwnikiem - ekstremistą, musi podjąć krok desperacki i nieodwracalny, który zasadniczo wywraca pierwotną koncepcję postaci. I przy okazji zabija marzenie Tony'ego Starka, wyrwanie się ze spirali wyścigu zbrojeń.

Dużo tu wyjaśnia nazwisko scenarzysty - Warren Ellis, czyli autor genialnej postcyberpunkowej serii Transmetropolitan, zafascynowany jak zwykle kriogeniką i samą ideą transhumanizmu.

W trailerze filmowym widać skrawek takiej pompatyczniej sceny - kilkadziesiąt Iron Manów odrywa się od ziemi. Widzicie, idea jest taka prosta - każdy może być Iron Manem, ale nie każdy Iron Man może być Tonym Starkiem.

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci