|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogaski co je czytam
Mail me
Muzyczne
Pod ręką
Tagi
|
Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii
czwartek, 17 maja 2012
W szkole podstawowej mieliśmy taki zacny przedmiot plastyka i kiedy coś rysowaliśmy kredkami, np. obraz pt. "Nasza wycieczka na Stary Rynek", albo "Nasza Pani Wychowawczyni", albo "Nasza pierwsza komunia", to operowaliśmy między sobą fachowymi nazwami kredek, jak (ej, podaj) brązowy, biały, czarny, czerwony, żółty bądź tzw. "kolor człowieka", czyli bladoróżowy. Jakie to było rasistowskie.
wtorek, 15 maja 2012
do notki z wczoraj Jedną z fajnych niespodzianek w Avengers była końcowa piosenka "Live to Rise" zespołu Soundgarden. W kinie nawet nie skleiłem, że to ci sami ludzie, którzy nagrali "Black Hole Sun" i parę innych utworów, które jestem za młody, żeby znać. Otóż zespół rozleciał się na indywidualności piętnaście lat wstecz, ale rok temu indywidualności zrobili assemble i to ich pierwszy wyczyn w tym wieku. Oczywiście Seattle umarło na amen, więc trzeba grać dziś trochę mniej nieprzytomnie, na całe szczęście. Pierwotnie piosenkę dla "A" miał ponoć nagrać Black Sabbath, ale nie chcieli, co nie przeszkadzało Tony'emu nosić ich koszulki przez cały film (jak nie uwielbiać Whedona za takie rzeczy).
poniedziałek, 14 maja 2012
Tak ogólnie to nie lubię samej idei komiksowych uniwersów, tzn. spędu herosów wożących się na jednym parametrze (chyba że takie jest od samego początku założenie, jak w X-Menach). Te różne ligi superprzyjaciół, jakiś to taki overkill. Wolałbym, żeby Marvel nie zainspirował za mocno DC, a Joseph Gordon-Levitt, który zastąpi Bale'a na stanowisku Batmana, kiedy Bruce Wayne umrze na końcu Dark Knight Rises, nie występował w kinowej Lidze Sprawiedliwości z Henrym Cavillem, Ryanem Reynoldsem i Aquamanem 3D (raczej zanosi się na to, że Warner Bros po prostu zrestartuje wszystkie serie). Samymi Avengersami też bym się nie ekscytował, gdyby nie Joss Whedon na stołku reżysera, który ma (Joss, nie stołek) najlepsze doświadczenie w prowadzeniu epickich fabuł podlanych humorem opartym na różnicach charakterów postaci (tzw. wąska specjalizacja). Wszystkie ze wcześniejszych odcinków marvelowskiego serialu były raczej dobre, ale każdy był inny (poważny Kapitan Ameryka, mroczny Hulk, luzacki Iron Man, głupkowaty Thor), stąd obawa o właściwą konsystencję w wielkim finale.
Okazało się, że Joss dał radę. W tygodniu po premierze na sieci wyrosły prawie same superentuzjastyczne recenzje (dobra, szanuję Eberta bardzo, ale to stary piernik) i do tego jeszcze internet spęczniał od avengerskich memów, jakby to były Gwiezdne Wojny albo jakieś inne pokemony. Mój filmometr wskazywał taką czwórkę z małym plusem przez pierwszą godzinę filmu, aż do epickiej rozpierduchy na pokładzie hellicarriera w połowie (ekranizacje Marvela mają taki konstrukt, że jest średnia rozpierducha w połowie i duża na koniec - tutaj obie są duże i piękne), wtedy wycena skoczyła do maksa. Rozłożenie introdukcji postaci na pięć filmów okazało się bardzo rozsądne, bo dzięki temu nie trzeba było teraz tracić czasu na niezręczne przywitania, tylko od razu napierdalać w tempo. Dobre to, bo komiksowe dzieje Avengerów są bardziej poplątane, wypełnione bolesnymi odejściami i rozdarciami, niż historia najnowsza polskiej prawicy. Whedon sięgnął najwyraźniej po zręby fabuły któregoś z oryginalnych zeszytów jeszcze z lat sześćdziesiątych i dopełnił je motywami z ultymatków. Wyszło elegancko, ale przecież zresztą nie o fabułę tu chodzi, tylko o jazdę. I jaki to był joyride!
Otóż przypomniało mi się lato 2002 i pierwszy Spider-Man Sama Raimiego, który nie był w 1/4 tak dobrym filmem jak Avengers, ale za to ja miałem 15 lat i wakacje. Taka właśnie nieokupiona żadnym ponurym ciężkawym przesłaniem, jak u Nolana, kolorowa radość obcowania z superbohaterstwem, skopania złu tyłka i dwugodzinnego tripa themeparkową kolejką. Jeśli chodzi o elementy cząstkowe, to tak:
Epizodyczny we wcześniejszych odcinkach, w Avengers odpowiada za kluczowy zwrot akcji i jedyną w zasadzie emocjonalną scenę filmu. Kto by pomyślał. Hm, co jeszcze. Loki - naiwny, ale czarne charaktery nie są ogólnie mocną stroną Marvela. No a w Avengerach nie chodzi wszak o villaina i bitwę o duszę Gotham, tylko o to, że teamwork is key to success. Wybieram się kolejny raz, już tylko po to, żeby wyłapywać smaki w tle. Pod koniec było mi wstyd, że chyba przegapiłem Stana Lee, ale akurat się pojawił z wybornym tekściorem. Fun, fun, idealny film na początek lata. Your move, Batman.
piątek, 11 maja 2012
Z niedowierzaniem wspominam czasy, kiedy mogłem jeszcze pić do nocy w środku tygodnia, a po paru godzinach snu wstać na ósmą ranną w dość wyjściowym stanie, a weekend bez choćby jednego wmuszonego piwa na mieście był zmarnowany. Zlamiałem i chyba mi z tym dobrze, tylko teraz, kiedy przydarzy się raz na półrocze zbyt niekontrolowany udział w iwencie, szczęśliwie ostatnim takim za mojej kadencji, którego finalnej części opisanej w tekście już nie pamiętam (co trochę poprawia mi humor, bo o 12:28 jeszcze spałem, a Czytelniczka Marta zdążyła wypłakać rzekę w liście i wysłać go do redakcji), to przez cały kolejny dzień, do chwili bieżącej wszystkie barwy są za jasne, każdy smak i zapach podły, nawet powietrze smakuje jakby ktoś odessał z niego tlen, a sen klei się z rzeczywistością i tylko soundtrack pomaga przetrwać do zmierzchu.
poniedziałek, 07 maja 2012
Ten tydzień upłynie pod znakiem oczekiwania na Avengersów i z jednej strony oczywiście się cieszę na film, a z drugiej, kiedy już czytam o kolejnych dwóch częściach Kapitana Ameryki, co najmniej dwóch sequelach Thora, co najmniej jeszcze jednym Iron Manie i czterech nowych Hulkach oraz dwóch kolejnych zrebootowanych Spider-Manach, to natychmiast jestem zmęczony konceptem tak samo jak piłkarską ligą mistrzów - ile razy można oglądać tych samych supermocnych kolesi nawalających się w różnych kombinacjach? Dlatego z frajdą przypomniałem sobie moje pierwsze chyba zetknięcie z tematem assemblu superherosów, jakim była parodia Avengerów - Justice Friends, segment Laboratorium Dextera na Cartoon Network. Major Chluba, Van Hallen i Krunk to trzech suberbohaterów, którzy wynajmują razem mieszkanie. Oglądając po latach komiksowego dokształcania, można robić takie nitpicki, że np. "co robi parodia Jokera w parodii uniwersum Marvela", ale dzięki temu właśnie serial jest dziś jeszcze śmieszniejszy.
niedziela, 06 maja 2012
House się kończy, więc takie głupie tematy będą wypływać. Po piątkowej zaciekłej debacie o "towarzyszkach Doktora", stwierdzam z perspektywy wszystkich serii, że najbardziej lubię Olivię Wilde. Były momenty, że wysuwała się na pierwszy plan, prawie przed House'a, a człowiek miał dość jej cierpienia za grzechy pacjentów, ale kiedy tylko znikała na dłużej, zastępowana przez jakieś niewyrobione substytuty, to tęsknota się włączała, a szacun do jej zdolności aktorskiej wzrastał. Miała najciekawszy i rozwojowy wątek, tło psychologiczne i fajną chemię z głównym bohaterem. Widać to zwłaszcza po zestawieniu z Odette Annable (nawet, kurde, nie pamiętam jak się jej postać nazywa), której scenarzyści nawet próbowali na początku pisać jakąś background story, ale po terminacji umowy z FOXem chyba sobie odpuścili i zostawili ją, pozbawioną osobowości i prawie przezroczystą, w serialu tylko, żeby wyglądała. U boku tej dziewczynki w hełmie, która pojawiła się w jednym odcinku jako żart sytuacyjny i też została do końca, chyba tylko po to, żeby irytować.
sobota, 05 maja 2012
Tydzień temu byłem blisko Placu Wolności i pomyślałem, że pójdę dotknąć Pucharu Europy, bo akurat go wystawili ludziom, żeby sobie pomacali zanim zacznie się o niego kopać po goleniach kilkudziesięciu spoconych milionerów. Ale okazało się, że kolejki, gorąc i na dodatek nie można fotnąć nawet własnej pamiątki komórą - można tylko najwyżej wyjść na automatycznym zdjęciu z aparatu UEFY, za które trzeba zapłacić w takim innym namiocie, po przestaniu w jeszcze jednej kolejce. Jak w jakimś Disnejlandzie kurwa. Za to kilka dni wcześniej znalazłem w swoim dysku inne zdjęcie z Placu Wolności, które mnie wpędziło w kilkusekundową zawiechę (kiedy na demonstracji "Gazety Polskiej" byłem?), z której wytrąciła mnie wreszcie data zrzutu - kwiecień 2007.
Musiałem pśtyknąć te zdjęcie ze 30 sekund po tym, jak Michel Platini wyciągnął z koperty kartkę z imionami Polski i Ukrainy (na pewno nie przed, bo przed triumfem by tego świecącego gówna w powietrzu nie marnowali). Entuzjazm najwyraźniej był już wtedy zabójczy. Otóż znaleźliśmy się w sercu tego historycznego wydarzenia z moim kolegą Grzeniem, z którym się założyłem dosłownie kilka minut wcześniej, chyba o pięćdziesiąt złoty, że Polska nie dostanie Euro i do dzisiaj się nie spłaciłem, bo to ciągle dla mnie dużo. Koleś z petem na pierwszym planie, który drapie się po potylicy, chyba też był skonsternowany. Teraz wszyscy mają już Euro dość, zanim się zaczęło, ale ja lubię wszystkie mistrzostwa w nogę z tego prostego powodu, że są tylko raz na dwa lata. Raz na dwa lata, na jeden miesiąc tacy kibice piknikowi jak ja, ty i nasza kolektywna stara, całkowicie odbijają football z rąk tych kiboli, dla których chciałby grać Patrick Malecki. Te grubasy z piwem, kichą i wuwuzelą, w obciachowych biało-czerwonych kapelutkach, na miesiąc zaczynają się interesować piłką i na wesoło oglądają mecze na swoich plazmach z sąsiadami albo na telebimach w plenerze i raz jeden na dwa lata mają liczbową przewagę nad fanatykami, którzy nigdy nie wygwizdaliby zawodników ze swojego klubu, "chybażemurzyn", ale chętnie zleją ośmioletnich trampkarzy za nieprawomyślny szalik.
Na zdjęciu prawdziwi kibice chcą właśnie spuścić wpierdol takiemu tatkowi za obciachowy kapelutek na meczu Polski. W Euro piękne jest to, że ci po lewej chowają się pod kamieniami, bo UEFA zagarnia ich stadion, a w tłumie fani piwa i golonki, przynajmniej teoretycznie, przewyższają ich liczebnie. I w towarzystwie tych drugich mecze ogląda się już znacznie bardziej komfortowo. Ja lubię taki football, bo może stanowić lepszy lubrykant społeczny od wódki i stroboli. Ostatni sympatyczny epizod miałem dwa lata temu w Gdyni, kiedy przed Openerem, czekając na dojazd znajomych, przysiadłem w jakimś sportowym barze na przystani w czasie meczu Holandii z Brazylią, niedaleko holenderskiej pielgrzymki pomarańczowych kibiców-festiwalowiczów zagapionych w ekran. Wystarczyła jedna bramka ich reprezentacji, żeby bardzo chcieli się ze mną zaziomić i przybijać piątala przy każdej akcji, co było miłe, bo oni byli mili, a Holandia wygrała wtedy AFAIR 2:1. Dla takich wspomnień warto zmarnować trochę kasy na igrzyska. Na razie wszyscy mamy dosyć Euro, bo mówi się o nim w kontekście wszystkiego (Tuska, Kaczyńskiego, Tymoszenko, autostrad, dworców, niedworców, lotnisk, taryfiarzy, Smoleńska Kurwa!!1, Radia Maryja, śpiewających babć ludowych o wyglądzie kręgli) tylko nie sportu, ale to się zmieni zaraz, jak tylko oddamy suwerenność w ręce UEFA, zobaczycie!
środa, 02 maja 2012
Jakby to powiedzieć, Iron Sky nie dostarcza. Kibicowałem temu projektowi od początku, czyli bodajże 2007 roku, bo produkcja była niezależna, ale pomysł lepszy od tych, które spłodził w swoim czasie Staszek Mąderek. Tylko że, no właśnie, to było zabawne jako trailer z jajcarskim pomysłem w 2008 roku. Naziści z księżyca, hahaha. Po rozdęciu do dwóch godzin robi wrażenie, jak ten gruby wuja na weselu, który się opił wódką weselną i wszystkim przez całą noc opowiada jeden dowcip albo starą anegdotę. Naziści. Z księżyca. Ha. Ha. Ha.
O tym, jak długo powstawał ten film, niech świadczy, że osią fabuły jest żart z głupoty Sary Palin. To trochę tak jakbyśmy na wybory 2015 w Polsce zrobili film oparty w całości na kpinie ze wzrostu Lecha Kaczyńskiego. Poza tym to jest żart tak natrętny, że sprawia wrażenie prorebublikańskiej parodii satyry, zupełnie jak jakiś serial FOXa.
Ten film to odcinek Family Guya rozciągnięty do pełnego metrażu i bez postaci, które byśmy lubili albo chociaż pamiętali pięć minut po obejrzeniu. Totalnie melbrooksowski pomysł zrobiony w wersji hip, ale niemrawej, poprzetykany kilkoma popkulturowymi cytatami dla uatrakcyjnienia całości. Z bardzo przeciętnym efektem. Nie wiem sam, co z tym zrobić. Niby są cztery śmieszne sceny w Iron Sky, ale takie naprawdę śmieszne i wcale nie spalone w zwiastunie, więc można obejrzeć, tylko niekoniecznie w kinie. Bo 3D też wcale nie ma. |