Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

First we take Manhattan, then we take Berlin

gawithpl

To nie jest wrzutka o Leonardzie Cohenie, sorry, tylko tak mi się tytuł zrymował z tematem. Zmarłymi niech się zajmą lepiej dysponowani, od siebie szczerze mogę dodać, że jego piosenka z "True Detektywa" to był jeden z najpotężniejszych lirycznie kawałków w tym dziesięcioleciu co najmniej. Wracajmy tymczasem do tych, którzy dalej muszą żyć z fiaskiem historii.

Ryan Gosling. Ryan najlepszy jest w tym filmach, w których jest brzydki i aseksualny i taki właśnie jest w jednym z moich ulubionych filmów "Half Nelson". Gra tu nauczyciela historii, który na fajrancie popala krak i pisze książkę dla dzieci o dialektyce (czy to nie jest najsłodsza rzecz ever??!!). W tej scenie akurat próbuje tłumaczyć dzieciakom proces historyczny jako ciągłe ścieranie się przeciwieństw na tle różnic materialnych, w których to starciach zawsze nieuchronnie następuje turning point.




I nikt już chyba nie ma wątpliwości, że historia świata też właśnie znajduje się w punkcie zwrotnym. Wgląd w wykresy dotyczące wyborców Donalda Trumpa daje na to ciekawy pogląd. Biorąc te dane, można śmiele na potrzebę argumentu uznać, że siłą przetargową, która wyniosła tego ogra do władzy nie było "znudzenie polityczną poprawnością", jak uważa Donald Tusk ani niepowodzenie eksperymentów typu czarny prezydent, jak PODOBNO stwierdził jakiś pundyta w TV Reżimowej. Nie była to nawet tęsknota do tradycyjnych wartości, przynajmniej nie w takim rozumieniu, jak chce to widzieć Minister Śmieszków Zagranicznych. Owszem, trzonem elektoratu okazali się biali brachole usytuowani w klasie średniej średniej, którzy zasypiają, wspominając z nostalgią dobre czasy za Reagana, kiedy płcie były dwie, a w kolejce w markecie nie musieli słuchać meksykańskiego. Pewnie, cegiełkę dorzuciły też ich żony z habitusem przemocy symbolicznej. Jest w tym whitelashu, odrodzeniu KKK i fali wydestylowanego seksizmu oczywiście coś bardzo smutnego, można się jednak, być może naiwnie, pocieszyć myślą, że choć ludzie z takimi rezyduami się coraz bardziej zacietrzewiają, to liczbowo ich nie przybywa, raczej ubywa, patrząc historycznie. Przybywa za to tych niezadowolonych ze swojej sytuacji materialnej i to oni przesądzili o wyniku amerykańskich wyborów. Nie rednecki z "Teskańskiej Masakry", tylko pracownicy, którzy stracili poczucie stabilności po tym, jak pracodawcy wynieśli produkcję do krajów drugiego i trzeciego świata, dłużnicy, którzy stracili domy po tym, jak rząd wykupił banki zbyt wielkie, żeby upaść itd. Ofiary neoliberalnych eksperymentów postępujących od lat dziewięćdziesiątych, które na ironię Trump chce pod swój własny interes podkręcać, a nie odkręcać.
 
Ale to ci ludzie stanęli przed wyborem między starszą panią, która okrągłymi zdaniami mówi, że jest dobrze i oby tak dalej, a trollem, który pokazał im palcem winnych i obiecał, że wszystkich pozamyka albo deportuje i zbuduje mur, którzy ochroni przed złodziejami pracy i destabilizatorami. Jak to mówił Ryan Gosling w innej brzydkiej i aseksualnej roli w "Big Short", na koniec każdej ekonomicznej katastrofy ludzie zawsze obwinią biednych i imigrantów. Dlatego Donald Trump. "Make America Great Again" to hasło, które nawiązuje, wydawałoby się, do lat sześćdziesiątych, pięćdziesiątych, kiedy amerykański sen był prawdziwy, pracownik fabryki Forda mógł mieszkać w takim samym domu jak Henry Ford, a polityka gospodarcza i społeczna była odwrotnością wszystkiego, co proponuje nowy prezydent. 
 
Teraz inne mądrale będą się puszyć zdaniami o kryzysie demokracji. Demokracja zawodzi, ale nie w sensie głosowania większościowego, ale w tym, że jedna za drugą elita słucha ekspertów i prezenterów zapełniających czas międzyreklamowy tą odgrzewaną ględą, zamiast słuchać wołania tamtych ludzi. I tak długo, jak słuchać nie będą, raz na kilka miesięcy świat będzie się budził się "w szoku i niepewności". Następna w kolejce chyba jest Francja, a potem Niemcy.
 
Pozostaje nadzieja, że w tych wszystkich miejscach, gdzie na niedożywionej tkance społecznej rozprzestrzenia się ropień nacjonalizmu i innych -izmów, w tym najczarniejszym momencie, po którym ma wedle maksymy nastąpić świt, nie zrobimy sobie zbyt dużej krzywdy.

 

Good Night and Good Luck!

gawithpl

Raczej nie kupuję pamiątek z wycieczek, wież Eiffla z zapałek i takich tam, ale kiedy we wieży Starej Poczty w Waszyngtonie ujrzałem figurkę Obamy za dwa dolary i Mita Romneya przecenionego na dolara kilka miesięcy po wyborach, wiedziałem, że chcę takiego suwenira i natychmiast wymieniłem baksa na Romneya z myślą, że jest w tym jakaś zabawna anegdotka. Oto więc ona. A tu Amerykański Mit na tle Lincolna.

IMG_1973

Trochę się pozmieniało od tamtych wyborów w geopolityce. Kiedy Romney powiedział w debacie, że Rosja jest dziś największym wrogiem Stanów, Obama odpyskował mu, że lata osiemdziesiąte dzwonią i chcą swoją politykę zagraniczną z powrotem. Burn. Dwa lata potem inwazja na Krym rzeczywiście cofnęła relacje mocarstw do zimnej wojny. Wtedy kandydat rebublikanów wyglądał na villaina z kreskówki, teraz wygląda na tle Trumpa jak mąż stanu.

Ach, Obama. Chyba nie tylko ja zacznę już za chwilę tęsknić za Obamą. Barack Obama nie był wielkim przywódcą, tylko dobrym prezydentem. Rozsądnym, charyzmatycznym i z klasą. Oczywiście możecie mnie zgasić tekstami o atakach dronami na Pakistan, Benghazi i czarnymi operacjami w Meksyku, rosnącym długiem publicznym, Obamacare i (sic!) brakiem wiz dla Polaków, a zamilknę i wymruczę jakiś frazes, ale wiem tyle, że gdyby dzisiaj w ziemskiej atmosferze pojawił się statek kosmiczny, to cieszyłbym się, że to Barack Obama wyjdzie powitać alienów.

Gdybym teraz był amerykańskim wyborcą, to byłbym rozczarowanym wyborcą Berniego, który głosuje na Hillary i robi przy tym minę, jakby wąchał bąka. Ale tym razem mój głos ma naprawdę tyle znaczenia, co ankieta internetowa, chociaż ten wynik wyjątkowo będzie także dla nas, żyjących na peryferiach świata, czymś znacznie więcej niż ciekawostką w dziale zagranicznym gazety i czerwonym paskiem w telewizji. Wszystko przez tę geopolitykę. Ziemowit Szczerek pisał w swoim niedawnym cyklu reportaży o Rosji, że kiedy świat na nowo zaczyna się interesować geopolityką, to już jest zły znak. Od kilku miesięcy, spełnia się w kolejnych punktach na mapie świata geopolityczny sen Putina, przydałaby się przerwa tej passy. Nie mówię tego przez rusofobię, ani przez obawę przed rosyjską ekspansją, która w obliczu upadku NATO wydawałaby się bardziej realna, ale wciąż odległa. Mówię to, bo nie chcę, żeby dalej wygrywał putinowski model państwa, a po wygranej Trumpa już nic nie powstrzymałoby jego rozprzestrzeniającej się zarazy.

W DC, między Monumentem Waszyngtona i Mauzoleum Lincolna jest piękny pas zieleni, sadzawka i memoriał bohaterów II wojny światowej. Jeśli należycie do tych ludzi, którym oczy pocą się w podniosłych momentach filmów wojennych, to tutaj od samego wdychania powietrza możecie się wzruszyć, bo wiatr wibruje patosem, a kąpiące się w słońcu marmury niosą historie bohaterów. Wpatrując się w skamieniałego Lincolna, twórcę najbardziej inspirujących przemówień w historii, zastanawiałem się, gdzie dzisiaj są wśród przywódców i polityków ci bohaterowie, którym następne pokolenia będą stawiać monumenty. Jest na to prosta odpowiedź - wielcy przywódcy mogą istnieć tylko w potwornych czasach. W dobrych czasach wystarczą dobrzy i rozsądni prezydenci. I tego dzisiaj życzę Ameryce i światu.

Times They Are A-Changin'

gawithpl

Z zamysłu głośnej premiery nowej strony i cichego pogrzebu tego bloka zrobiło mi się rozwlekłe relacjonowanie update'ów następujących w tempie przebudowy Ronda Kaponiera w Poznaniu, więc zawiadamiam, że na popamina.pl teksty i obrazki we wpisach już się skalują i można je czytać na wszystkim. Wrzuciłem z tej okazji kawałek o Black Mirror. W sam raz na 5 listopada.

netflixfoundaslightlycreepybutcleverwaytoreachviewerswhouseadblockers

Nights in White Satin

gawithpl

b1

Poza tym przemoc w przeciętnym "rozrywkowym" filmie osiągnęła apogeum. Żadnej sprawy na żadnym szczeblu nie da się załatwić bez kopania w szczękę i strzelania z pistoletów maszynowych. Nawet nowy Mesjasz rozwala komputerowych faryzeuszy, kumulując w sobie cechy Rambo i Bruce'a Lee (Matrix). XX wiek dogorywa nawet nie skomląc. Nie ma już rozrywek ani sensu życia. Skończyło się kino (filmy durne i wtórne, publiczność chamska i nienażarta). W dodatku następny Bond podobno ma być Murzynem!

Przy każdym czytaniu tego tekstu mam wrażenie, że gdyby Tomek Beksiński urodził się 20 lat później, byłby dość zwyczajnym internetowym skwaszeńcem, których miliony. Na swoim blogu, pożyczając setki literackich klisz, epatowałby bólem dupy na komercyjne filmy i upadającą kulturę. Z pasji wrzucałby napisy na napisy.pl, przetykając dialogi hermetycznymi żarcikami, a frustrację za uwięzienie we friendzonie upuszczałby memami na Kwejku.

"Fin de siecle", finalny felieton Tomka, spuentowany tąpnięciem w postaci samobójstwa, przeczytałem po raz pierwszy jakieś 10 lat temu, kiedy ktoś raczył zacytować go na forum internetowym w trakcie dyskusji o nowym Bondzie. "I do tego następny Bond ma być Murzynem!". Co za asshole, pomyślałem wtedy, gdyż uważam, że Idris Elba byłby wybitnym Bondem. Do tego te żale typowe dla dziesiątek tysięcy posępnych stausów na fejsie, przelewających się w każdej minucie bez echa przez bezlitośnie aktualizujący się feed, niewyobrażalne dzisiaj w druku, w wygładzonym przez grupy fokusowe kolorowym magazynie. Z perspektywy czasu widać, jak każdy wers tej niby uniwersalnej refleksji nad współczesną kulturą ocieka osobistym skamleniem ciężko chorego i cierpiącego człowieka.

Więcej światła na tę sprawę rzucił mi kilka lat później reportaż "Polityki" o rodzinie Beksińskich. W takim grubym wydaniu "Reportaży Polityki" z czerwoną okładką i rewolwerem. Coraz mocniej zwilgotniałymi oczyma chłonąłem każde słowo tej tragicznej opowieści o personalnych relacjach "przeklętej rodziny", przykładając sobie niektóre jej aspekty do własnych doświadczeń z rodzinnego mieszkania. Zdzisław Beksiński, wielki malarz. Nienawidził natury. Kwiatów w donicach, trawników, żywopłotów i zwierząt domowych. Nienawidził też uścisków dłoni, przytulania i innych odruchów, które wobec psychicznej zażyłości większość ludzi uznaje za naturalne. Kochał to, co syntetyczne. Beton, plastik, zapach farby, kamerę i komputery. "Syntetyczne". Tym słowem można też nazwać jego relacje z synem. Małgorzata Grzebałkowska określiła je najcelniej dwoma zdaniami. "Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna". W filmie "Ostatnie rodzina" oddaje to scena z rodzinnej wycieczki Państwa Beksińskich. "Nie mogę was zmieścić w jednym kadrze" mówi Zosia do męża i syna. Zawsze razem, a jednak na dystans.

"Portret podwójny" Grzebałkowskiej był dla mnie naturalnym rozwinięciem tamtego reportażu z "Polityki". Zabierał w immersyjną podróż przez życie tej rodziny. Od wczesnej młodości Zdzisława po jego dramatyczne zejście. Przez życie pełne dziwnych wydarzeń, nerwicy, psychotycznych wybryków, surrealizmu, ale też humoru, sukcesów, autentycznej, choć nieklasycznie okazywanej miłości, masy boleśnie zwykłej codzienności, ale przede wszystkim smutnego i niepokojącego piękna, które uderza też z hipnotycznych obrazów Zdzisława Beksińskiego i długich nocnych audycji radiowych Tomka. Przez zapośredniczone przywiązanie do tej rodziny, oczekiwania wobec filmu o Beksińskich zdążyły w moim przypadku narosnąć jeszcze zanim usłyszałem, że go kręcą.

Wbrew temu, co o "Ostatniej rodzinie" mówią w wywiadach i recenzjach, film nie traktuje wcale przede wszystkim o dynamice rodzinnych relacji, a przynajmniej nie oddaje ich faktycznego zaplątania tak ciekawie, jak mógłby. "Ostatnia rodzina" (to jej mocna i słaba strona) opowiada o umieraniu. O śmierci różnych twarzach i aspektach. Chwile radości i odprężenia przeciekają w nim jak woda przez palce. Śmierć, mówi film Matuszyńskiego, może przyjść po cichu i powitać cię jak starego przyjaciela. Tak było z babcią Beksińską. Używając słów Zdzisława, w przypadku jego matki życie i śmierć spotkały się jak pas lotniskowy z podwoziem samolotu w trakcie idealnego lądowania. Śmierć może nadjechać walcem, anonsując się uderzeniami w bęben i zabrać cię z okowów choroby. Przedwcześnie, a zbawczo i przy pełni świadomości zarazem, jak w przypadku Beksińskiej Zosi. Śmierć może przyjść na zamówienie i ululać cię do snu, jak pod numerem Beksińskiego Tomka. Wreszcie śmierć może być gwałtowna i brutalna, wedrzeć się do mieszkania kopniakiem i wyrwać cię z komfortu własnej przestrzeni ostrymi szponami. Jak u Zdzisława, na Sonaty 3. Niezależnie wszak od tego, którą opcję wylosujemy w zabójczej ruletce, umarcie to zawsze jedna i jedyna rzecz, którą wszyscy winni jesteśmy zrobić w tym świecie. Nie zmieni tego tabu, jakie stanowi w naszych rozmowach i kontemplacjach, a pojednanie ze śmiercią zawczasu to najlepszy sposób na zaznanie spokoju. Nie szczęścia, ale spokoju właśnie. "Pogodny nie jest, ale dlaczego od razu katastroficzny", mówi w filmie Zdzisław o jednym ze swoich obrazów. "Całe życie malował śmierć, a kiedy przyszła po niego, namalował ją kto inny", mówi o Zdzisławie mural jego bloku, który zawsze chcę zobaczyć, bywając w Warszawie, tylko nigdy nie mam czasu.

"Ostatnia rodzina" jednak, tyle szczerej uwagi poświęcając Beksińskich umieraniu, nie zostawia wiele miejsca, żeby opowiedzieć o ich życiu. Życiu, które z powodów tak dobrze wytłuszczonych przecież w książce, było fascynujące. A to przecież życie, jak bozon Higgsa cząsteczce atomowej, nadaje śmierci masę w metafizyce wszechświata. Przez ten niedostatek narracji, śmierć niechcący chyba staje się w filmie bardziej turpistycznym (albo i trupistycznym) fetyszem niż tematem do pogłębionej refleksji, jak np. w 5-sezonowej epopei o umieraniu pt. "Sześć stóp pod ziemią", do której opowieść Beksińskich mogłaby równać ciężarem.

Śmierci Beksińskich były różne, jak ich osobowości. Ciche i wymęczone, gwałtowne i nieobliczalne. Tomka i Zdzisława prawie wszystko różniło. Pierwszy był egoistą i egocentrykiem. Nawet z odpowiednią wiedzą i uprawnieniami nie diagnozowałbym go na podstawie listów, nagrań i relacji, ale kolaż, który się układa z tych okruchów życia ilustruje jakąś kombinację Aspergera i zaburzeń dwubiegunowych. A tę niestabilną chemiczną mieszankę podgrzał pewnie jeszcze eksperyment wychowawczy, który na Tomku podjęli rodzice, nie stawiając mu nigdy żadnych wyraźnych granic wolności. "Masz, rozbij misia", filmowy Zdzisław wręcza synowi butelkę, która zaraz dezintegruje się na podłodze dla rozładunku focha w jednej z pierwszych scen "Ostatniej rodziny". Ojciec Beksiński z powściągliwym uśmiechem oklaskuje destrukcję. Może to nie rozczarowanie światem zniszczyło Tomka, ale fizyczna niezdolność do odczuwania szczęścia zaklęta w neuroprzekaźnikach. Zdzisław był raczej flegmatykiem niż cholerykiem. Określał się sam typem ocaleńca, który w każdych okolicznościach się urządzi i z każdym gównem pod nosem nauczy żyć. Nie znaczy to jednak, że życie go nie bolało. Sam był niewolnikiem własnych natręctw, przeklęty fobiami, chorobliwym brakiem asertywności. Z przekory stawiał temu wszystkiemu czoła. Może nie przytulił nigdy syna, ale z pewnością go kochał. Szokujące z pozoru uszanowanie decyzji syna o samobójstwie, zaniechanie ratunku za wszelką cenę, to efekt właśnie cienkiej jak pajęczyna nici zrozumienia, która łączyła Zdzisława z Tomaszem.

Po śmierci Tomka pojawiły się wobec malarza oskarżenia. O "syntetyczne relacje", szorstkie ojcostwo i wychowanie wkoło obrazów śmierci, które miały powoli pchać dziennikarza w objęcia wiecznego mroku. Świetny skądinąd reporter Wojciech Tochman w tekście "Leży we mnie martwy anioł", cytując czyjeś słowa, stwierdził wprost, że Zdzisław Beksiński synem się brzydził, co ostygłego z emocji malarza głęboko wówczas dotknęło. Dramat człowieka, który odnosi prawdziwy artystyczny sukces, ale czuje, ze zawiódł w prawdziwie najważniejszej roli swojego życia, to dla mnie najsilniejszy aspekt historii o Beksińskich. "Ostatnia rodzina" go marginalizuje, mam wrażenie, podobnie jak całe ostatnie lata życia Zdzisława.

Nie chciałbym wcale, żeby to wyglądało na przemądrzałe "Gdybym ja był trenerem", ale gdybym ja miał talent, pieniądze, ludzi i wolę do nakręcenia filmu o Beksińskich, zacząłbym go gdzieś w 2003 roku. Kiedy Zdzisław poznaje Panią Puchalską, z którą na finiszu życiorysu połączyła go przyjaźń. Jego związki z żoną i synem poznawalibyśmy przez retrospekcje, bo to w retrospektywie często życie i śmierć nabierają większego sensu. Z takiego filmu mogłoby płynąć przesłanie, że nawet w żalu, depresji i natrętnym bólu, przy odleżynach i w ohydnym jaskrawym świetle wlewającym się przez szpary między roletami w smętny niedzielny poranek, życie nie przestaje się toczyć i wciąż ma coś do zaoferowania, a śmierć to tylko końcowy przystanek nieprzewidywalnej trasy. Zofia nie zdobyła na tej trasie wielkiego uznania współpasażerów, pozostając w cieniu swoich chłopców, ale to tylko dzięki takim osobom, gotowym wyjrzeć poza horyzont własnego ego, świat wciąż istnieje. Tych ludzi, których kultura ma zwyczaj nazywać Wielkimi, przeważnie nie byłoby wcale, gdyby nie ludzie Dobrzy. Jak Zofia. Ona w tej logice swój sens znalazła, syn i mąż wszakże życia tak nie ujmowali.

Obaj postrzegali świat przez zapośredniczenie. Malarz przyklejony do okularu kamery albo odklejony od rzeczywistości za ścianą, w wirze własnych wizji wylewanych na pilśniową płytę. Tomasz doświadczający ideałów w filmach, książkach i muzyce, przedkładający symulakra ponad realizm. Obaj zdolni w swoich dziedzinach, nie odnieśli sukcesu w najtrudniejszej sztuce życia. Co nie znaczy jednak, że ich żywoty były wędrówką ku śmierci po omacku, jak można by wynieść z "Ostatniej rodziny".

"Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998...". Nawet fizycznie niezdolny do czucia radości Tomek Beksiński wymienia w swoim pożegnalnym felietonie "rzeczy, dla których warto było żyć". Jest wśród nich promująca film piosenka "Nights in White Satin" The Moody Blues. Kultura wypełnia życie treścią. Może rozrywać, może nieść ukojenie albo refleksję - optymistyczną czy pesymistyczną skrajnie. Nie jestem przekonany, czy "Ostatnia rodzina" dokonuje którejś z tych rzeczy. Tak jak śmierć jej bohaterów nie jest poprzedzona odpowiednią dawką ich życia, tak jej okrutny finalizm nie jest podbudowany solidną dawką przemyślenia. Beksińscy może nie poradzili sobie nigdy ze sztuką życia, ale nie chcieli podpalać świata ani zarażać depresją. Raczej z szarych popiołów smutku wygrzebywali skrawki piękna.

20120321_122640

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Rozum i godność człowieka

gawithpl

Z tak zwanymi obrońcami życia jest taki paradoks, że bronią życia od chwili poczęcia, ale tylko do chwili narodzin, bo potem to życie ludzkie jest już pod względem jakości warte gówno. Dziecko może konać w bólu przez tydzień w inkubatorze otoczone tylko bezradnymi pielęgniarkami. Wydaje mi się, że średniowiecze było bardziej miłosierne pod tym kątem. Dziecko zgwałcone przez opiekuna nie może liczyć na pomoc prawa w odratowaniu resztek godności, szans na powrót do szkoły i normalnego życia, tylko przez każdy kolejny dzień przeżywać gwałt na nowo. Ryzykować życiem niebezpieczny poród i jeszcze uszanować ojcowskie prawa gwałciciela. Niewarte obrony jest życie kobiety, która cierpieć ma w bólu i niepewności w imię godności zaśniadu groniastego, który nabył prawa do inkubowania wraz z kodem DNA. To tylko te skrajne przykłady, które różnią się od skrajnych przykładów drugiej strony (typu: lesbijki robiące sobie aborcję dla przyjemności), że są prawdziwe. Wyobraziłbym sobie Ojca Terlika, który trzyma dwunastoletnią córkę za rękę i w przerwach między krzykami bólu i niezrozumienia tłumaczy jej, że Jezus byłby dumny. Ale nie... to byłaby jakaś realna pomoc. Łatwiej wysrać tweeta, wkleić link i patrzeć, jak się muchy zlatują.

Poniedziałkowy protest popieram słowem i kliknięciem, ale nie stawię się, wybaczcie. W tłumie czuję się, jakbym tonął.

czarny

Zapisz

Just cats being assholes

gawithpl

Dzień dobry po przerwie.

Jutube wie, że po obejrzeniu "BoJacka Horsemana" i doskonałej "Zootopii" (jeśli już nawet Disney, ledwie 30 lat po niewinnie rasistowskim "Oliverze i Spółce", robi film o napięciach rasowych na tle wielkiego miasta, to wiedz, że coś się dzieje) chcę oglądać więcej antropomorfizowanych zwierzątek, więc podsuwa mi taki teledysk. Też o problemie koegzystencji w zróżnicowanym środowisku.

 

Czy to wina kotów, że prowokowały, czy psów, że zaatakowały?

Ogólnie to problem, że można iść do klubu i dostać w ryj za bycie X, nie jest zupełnie niczym nowym. Szokuje tylko, że koleś siedzący bezpiecznie w didżejce nie zatrzymuje muzy, tylko gra dalej, podrygując odnóżami i zaśmiewając radośnie. Ale może już nie powinno.

Zapisz

Chłopiec, który przeżył lata dwutysięczne

gawithpl

Harry Potter kończy właśnie 36 lat. J.K. Rowling wskrzesiła z tej okazji martwy chyba od stuleci rodzaj literacki (tzn. wiem, że teatr ciągle jest popularny, ale kojarzycie, żeby za jakąś sztuką w druku formowały się kolejki przed księgarniami?). Stówka, Harry Potter!

HarryPotter

Bardzo miło wspominam dziś wszystko związane z Harrym Potterem. Całe pokolenie, które jest dziś jedyną nadzieją dla świata, nauczyło się czytać na tych książkach, a mi po pierwszych dwóch tomach pozostał nawyk czytania nocą z latarką pod kołdrą. Środkowe części wychodziły akurat wtedy, kiedy wpadłem w ten krnąbrny wiek, w którym wypada gardzić wszystkim,co popularne, więc przyjaźniłem się z Harrym szorstko i po kryjomu. Na "Insygnia śmierci" za to czekałem już tak niecierpliwie, że całą powieść przeczytałem w pirackim tłumaczeniu Armii Świstaka na ekranie komputera i byłem pod wrażeniem, jak wspaniale zostały pozamykane wszystkie wątki. Zgadzam się, że rozdział wspominkowy Profesora Snape'a to jeden z najpiękniejszych kawałków współczesnej literatury oraz jedna z najlepiej poprowadzonych wolt.

Ale przede wszystkim te książki przypominają mi dziś prostsze czasy, w których "Nasz Dziennik" był jedyną istotną gazetą narodowo-katolicką, a fikcyjny czarodziej był największym wrogiem naszej narodowo-katolickiej kultury (no była jeszcze Unia, Polskę rada zgnieść, ale kto to wtedy brał na poważnie). Może zamiast ciągle wzdychać do lat osiemdziesiątych i filmować rzeczy typu "Stranger Things", czas już nostalgizować 00'sy? Wtedy to były historie! Wtedy się żyło!

BoJack Horseman

gawithpl

Zapraszam na notkę o koniu. Strona nie ma jeszcze wersji mobilnej, więc notkę można też przeczytać bez wychodzenia, tutaj.

 

 

Jak już oswoicie się z tym, że głównym bohaterem jest gadający koń, który okazyjnie uprawia seks z ludźmi i robi kilka innych rzeczy, porzucicie słabe skojarzenia z zoofilią i furrysami, zaakceptujecie fakt, że w tym uniwersum wszystkie antropomorfizowane zwierzęta żyją na jednym poziomie ewolucyjnym, jak w multigatunkowej komunie, też przyznacie, że „Bojack Horseman” to jeden z najbardziej błyskotliwych i przenikliwych seriali na Netflixie. Słowo.

Włączyłem „Bojacka” w żałobie po konsumpcji siedmiu sezonów „Archera” (innego wybitnego odkrycia), oczekując kopniętej kreskówki w typie „Family Guya” na łagodzenie bezsenności. I wpadłem jak turysta szukający stand-upu na spotkaniu AA, bo trafiłem na szokująco realistyczne od strony psychologicznej studium depresji. Gorzką powieść o fetyszyzacji smutku i teoretycznej koncepcji szczęścia. O tym, jak błędnie szczęście bywa utożsamiane z miłością i sukcesem. Scena po scenie serial odkrywa swoje kolejne warstwy, odzierając bohaterów z powłok i pancerzy przywdzianych na potrzebę społecznych gierek pozorów. Wrażliwie zszywa wątki „Californication” i „Birdmana”, przekazując znacznie więcej niż te filmy kiedykolwiek mogły lub chciały, topiąc mamidła showbiznesu w wielkim smutku życiowej pustki. A przy tym omija zręcznie nieznośne banały, od jakich pękają cautionary tales o utracjuszach, szczędzi morałów, a telewizyjne receptury na spełnienie bezlitośnie depcze. To jest show doskonale postmoralistyczny i na przekór swojej krzykliwej kolorystyce dławiąco mroczny, niczym toń na wpół zlodowaciałej rzeki. A przy tym bywa wściekle zabawny i celny w swojej ironii, jak solidnej tragikomedii wypada.

bojackhorseman2
Back in the 90’s I was in a very famous TV show

To pierwsze słowa piosenki przewodniej „Bojacka” wykonywanej przez sympatyczną kapelę indie rockową Gruplove. Nawet bez znajomości muzycznego podkładu i kontekstu fabularnego, możemy wyczuć, że ten wers uderza w jakąś żałośnie depresyjną nutę. Lata dziewięćdziesiąte to dekada, którą ciągle wspominamy z rozbawieniem i wywrotką w oczodołach. Inaczej niż w kultowych dzisiaj, pesymistycznych latach osiemdziesiątych, wszystko było wtedy naiwne, czułe, radosne i familijne. Podyktowane optymizmem płynącym z „końca historii” oraz pierwszym, pozornym powodzeniu polityki raeganomiki i tachteryzmu. Przez te kilka lat muzyka, film i telewizja karmiły nas ułudą, że od teraz wszystko będzie dobrze, bo przyszłość jawi się otwartą drogą i każdy może odnieść sukces, jeśli się odpowiednio postara. Przyjaciele i rodzina to najwyższe instancje, a pozytywne nastawienie przepiłuje kłody, które życie ciska pod nogi. Jakby wszyscy zachłysnęli się coachingowymi bredniami, a cynizm zszedł do niszy dla ponuraków pijących czarną kawę o północy w przydrożnym barze. Seriale z tamtej epoki wspominamy nostalgicznie, ale trudno znieść dzisiaj ich cukierkową niewinność. „Pełna Chata”, „Przyjaciele”, „Bajer z Bel Air”, „Roseanne” złapane przypadkiem w paśmie powtórkowym na Comedy Central przełączamy z przekąsem po kilku minutach hipnozy. Jeśli więc ktoś zaczyna swoją introdukcję od faktu, że w dwadzieścia lat temu występował w telewizji, to znak, że jego życie prawdopodobnie nie jest całkiem spełnione.

„Dawno temu, w latach w dziewięćdziesiątych grałem w pewnym bardzo znanym serialu…”. Tak mogliby falsetować John Stamos, Matthew Perry albo Fred Savage. Na wieść, że nie wiedzie im się dziś najlepiej, na pewno posmutnielibyśmy od razu. Na kilka sekund. A potem kliknęlibyśmy kolejnego newsa o ciąży Natalie Portman albo anoreksji Angeliny. No lubiliśmy kiedyś tych kolesi, ale nie wykrzesamy dla nich więcej niż odrobinę przelotnego sentymentu, za dużo się dzieje wkoło, karuzela newsów nie przestaje się kręcić, wiecie sami. Bojack, sardoniczny koń o głębokim głosie Willa Arnetta, jest właśnie jak te Chandlery i Tomy Arnoldy. Wyblakła gwiazda ze starego, naiwnego sitcomu o koniu wychowującym trójkę sierot. Kiedyś bawił miliony, dziś jest obumierającą szarą komórką masowej pamięci popkulturowej. Aktor jednej roli, zaczepiany czasem przez obcych pytaniem „Ej, czy to nie ty byłeś Koniem w Rozbrykanych dwadzieścia lat temu?”. Spędzający dni na oglądaniu starych odcinków swojego hitu, przepijaniu tantiem i niepisaniu autobiografii, za którą zapłaciło mu wydawnictwo. Już w scenie otwierającej serial Bojack defensywnie tłumaczy radiowemu prezenterowi przebrzmiały fenomen sitcomów lat dziewięćdziesiątych. „Słuchaj no, dla większości ludzi życie jest niekończącą się serią mocnych kopniaków w mosznę i czasami, kiedy wracasz do domu po intensywnej sesji takich kopów, chcesz obejrzeć serial o dobrych, sympatycznych ludziach, którzy kochają się nawzajem, w którym każdy problem rozwiązuje się w przeciągu 30 minut.”.

Chociaż „BoJack Horseman” też przyjął postać dwudziestominutowego serialu komediowego, to intencjonalnie wypowiada wojnę wyżej streszczonemu formatowi, odmawiając widzowi satysfakcji szybkiego i gładkiego rozwiązania konfliktu każdego odcinka. Konsekwencje są ważne na wszystkich planach. Dom zniszczony po szalonej libacji nie restauruje się automatycznie w czasie przerwy na reklamę, jak miałoby to miejsce w klasycznym sitcomie, a spalonych mostów nie można odbudować kilkoma linijkami dialogów. Każda gówniana decyzja nabija rozpędzoną kulę śnieżną, jaką jest życie głównego bohatera.

Wszytko, czego Bojack pragnie, to szczęście, którego nie potrafi zdefiniować. Potykając się co rusz, ściga rozpaczliwie różne cele, które rzucają w jego ciemną przestrzeń przebłysk radości. Raz będzie to książka, która pokaże światu jego prawdziwą, wrażliwą stronę, kolejnym razem krytycznie aklamowana rola w oscarowej przynęcie, jeszcze innym miłość utracona, a potem znów wóda i narkotyki. Każdy skok na szczęście, który ma być kolejnym przełomem, kończy się dla BoJacka nowym upadkiem w otchłań apatii, lęku i odrazy. Pytania „No i co z tego”, „Co dalej”, „Po co właściwie to wszystko” wyglądają za zakrętem jak demony kolejnych poziomów bezcelowej gry. Nikt nie nazywa rzeczy po imieniu, ale BoJack cierpi na kliniczną depresję. I nie jest to bzdurna depresja telewizyjna, która objawia się katatonią, zmarniałą miną i mariażem z łóżkiem i dresem, ale najprawdziwsza manifestacja jednej z największych współczesnych chorób cywilizacyjnych. Każdy, kto z nią wygrał lub wciąż walczy, dojrzy w „BoJacku” znajome wątki, zawsze niepokojąco autentyczne jak na kreskówkę o koniu.

Recepcja serialu na przestrzeni czasu udowadnia, że ocenianie rozbudowanych historii po kilku pierwszych odcinkach jest wyjątkowo próżne. Pierwszy sezon wyrobił na Rotten Tomatoes tylko 56%. Krytycy, których większość nie przeskoczyła pewnie Pilota, uznali, że „BoJack” jest w istocie „sporadycznie zabawny, ale blednie w porównaniu z konkurencją”. Dwa kolejne sezony zdobyły już 100% pozytywnych recenzji, a krytyczny konsensus określa produkcję „dojrzałą i ambitną czarną komedią, która z delikatnością łączy absurdalny humor z mrocznym i zniuansowanym dramatem”. Z tym serialem jest jak z prawdziwymi ludźmi zmagającymi się z depresją. Oni też z wierzchu wydają się zwyczajni i bledną w tłumie, sporadycznie mogą rzucić jakimś zabawnym żartem, nawet się uśmiechnąć. Trzeba spędzić z nimi trochę czasu sam sam, żeby dostrzec ich smutek i naprawdę dobrze poznać, żeby jeszcze pojąć jego źródła. Depresja nie musi oznaczać dna rozpaczy i kręgu myśli samobójczych, jak stereotypowo wyobraża to często kultura. Dla mas zwyczajnie funkcjonujących ludzi to takie codzienne i oswojone uczucie oderwania psychiki od społecznej tkanki otoczenia. Bierne uczestnictwo w ciągu zdarzeń, poczucie braku kontroli i wpływu. Opóźnienie między wypowiadaniem zdań na głos, a ich przemyślanym formowaniem. Natrętne pytanie podcinające skrzydła: „kim jestem i co właściwie robię”. W serialowym intro życie przewija się za głównym bohaterem jak taśma filmowa, ale kamera wciąż przyklejona jest do jego zobojętniałej twarzy. Frasunek narasta w oczach BoJacka, aż wreszcie koń wpada do basenu i tonie. I nawet wtedy trudno mu wejść w interakcję ze światem. Tak wygląda życie w apatii.

Ta historia to scenariuszowe złoto. Gdyby nie kreskówkowe gagi i absurdalna otoczka, mógłby być nagradzaną powieścią albo oscarowym dramatem. Humor płynący ze zjadliwej satyry na narcystyczny Hollywood (właściwie Hollywoo – widzowie skumają) jest jednak potrzebny, żeby rozrzedzić nieco mrok, a zarazem spotęgować życiowe upadki bohaterów. Choć BoJack jest zawsze w centrum uwagi scenarzystów, to nie jest tylko jego opowieść. Dwójka najbardziej godnych empatii postaci drugoplanowych pojawia się początkowo w serialu jako zapalnik dla sprawdzonych żartów z branży filmowej. Pan Peanutbutter to głupawy, nadpobudliwy i nadmiernie entuzjastyczny labrador, samozwańczy najlepszy kumpel BoJacka, który spędził młodość, grając w ewidentnym plagiacie „Rozbrykanych”. Księżniczka Carolyn to sprytna kocica, pazurzasta agentka głównego bohatera, tudzież kumpela „z benefitami”. Prawdopodobnie najlepszy running joke serialu powiązany jest właśnie z nią i dotyczy jej chłopaka Vincenta Adultmana, który w rzeczywistości jest trzema chłopcami, jeden na ramionach drugiego, ukrytymi pod szarym płaszczem, czego nikt prócz cynicznego BoJacka wydaje się nie zauważać. Dialogi rozgrzebują jednak ten gag aż do drugiego dna. Księżniczka Carolyn nie jest idiotką, po prostu rozpaczliwie potrzebuje w życiu przyjaciela, kogoś, kto ją wysłucha. A w zapatrzonym w siebie Los Angeles wytwór wyobraźni małego chłopca może być jedyną taką szansą.

Psia żarliwość i optymizm Pana Peanutbuttera też okazują się czymś więcej niż emanacją naiwnej głupoty. Są jego w pełni świadomym wyborem, przemyślaną strategią przetrwania w zgorzkniałej rzeczywistości, sposobem na uniknięcie goryczy, która konsumuje BoJacka.

Po co właściwie brnąć w serial, który zapowiada się na beczkę dziegciu? Bo mimo znajomych tropów, całokształt oferuje coś zupełnie oryginalnego, gęstą karmę dla umysłu. Poznaliśmy już na przestrzeni lat całą rzeszę filmowych i telewizyjnych mizantropów i cyników, Doktor House przewodzi pochodowi. W każdym jednak z tamtych przypadków fabuła przekonywała nas, że w głębi duszy wszyscy oni są dobrymi ludźmi, którzy krzywdzą innych tylko dlatego, że sami cierpią. Długie zbliżenia na na ich pełne smutku oczy manipuluje naszym współczuciem. „BoJack” zrywa z tymi tanimi chwytami narracyjnymi. W kluczowych punktach każdego sezonu ktoś zawsze wygarnia najważniejszemu mizantropowi tego serialu prawdę. Nie ma żadnego „w głębi w duszy”. Tylko to, co robisz określa, kim jesteś. Jeśli jesteś kutasem dla innych, bo trudne dzieciństwo, ból nogi czy depresja mogą cię usprawiedliwiać, ale nie zmieniają faktu, że ciągle jesteś kutasem. Fakt, że samotnie cierpisz z powodu krzywdy, którą zadajesz innym też nie czyni cię lepszym człowiekiem.

Dwa osiowe odcinki serialu mają największy wpływ na jego ton oraz tożsamość głównego bohatera. Pierwszy to „Escape from L.A.”, w którym BoJack porzuca wszystko, żeby odnaleźć swoją dawną miłość, „tę jedną, która się wymknęła”, a drugi „That’s too much, man!”, gdzie smętny koń wyciąga swoją przyjaciółkę, małą dziewczynkę, której ojcował w „Rozbrykanych”, dziś gwiazdkę pop Sarę Lynn, ze światła kilkumiesięcznej trzeźwości w ciemność nałogu. W obu BoJack kończy pokonany, niemal już pogodzony z własną ohydą moralną. Scenarzyści konsekwentnie odmawiają mu szansy na odkupienie win i rozwój. Czasem wydaje się, że odnalazł swój spokój ducha i cel, ale zaraz wszystko okazuje się kolejną iluzją, zasłoną dymną, picem i kolejnym gwoździem do trumny. Depresja to prawdziwa dziwka, której nie odpędzi żaden pojedynczy rozbłysk szczęścia. Trzeba się z niej wygrzebać mozolną pracą. Małymi krokami i dzień po dniu. Tak jak pewien pawian mówi głównemu bohaterowi o joggingu: „Z czasem jest łatwiej, ale musisz starać się codziennie. To najtrudniejsza część tej zabawy, na której większość ludzi przepada. Codziennie dawać z siebie wszystko”.

Trzeci sezon „BoJacka Horsemana” dostępny jest na Netflixie od 22 lipca.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci