Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

Just cats being assholes

gawithpl

Dzień dobry po przerwie.

Jutube wie, że po obejrzeniu "BoJacka Horsemana" i doskonałej "Zootopii" (jeśli już nawet Disney, ledwie 30 lat po niewinnie rasistowskim "Oliverze i Spółce", robi film o napięciach rasowych na tle wielkiego miasta, to wiedz, że coś się dzieje) chcę oglądać więcej antropomorfizowanych zwierzątek, więc podsuwa mi taki teledysk. Też o problemie koegzystencji w zróżnicowanym środowisku.

 

Czy to wina kotów, że prowokowały, czy psów, że zaatakowały?

Ogólnie to problem, że można iść do klubu i dostać w ryj za bycie X, nie jest zupełnie niczym nowym. Szokuje tylko, że koleś siedzący bezpiecznie w didżejce nie zatrzymuje muzy, tylko gra dalej, podrygując odnóżami i zaśmiewając radośnie. Ale może już nie powinno.

Zapisz

Chłopiec, który przeżył lata dwutysięczne

gawithpl

Harry Potter kończy właśnie 36 lat. J.K. Rowling wskrzesiła z tej okazji martwy chyba od stuleci rodzaj literacki (tzn. wiem, że teatr ciągle jest popularny, ale kojarzycie, żeby za jakąś sztuką w druku formowały się kolejki przed księgarniami?). Stówka, Harry Potter!

HarryPotter

Bardzo miło wspominam dziś wszystko związane z Harrym Potterem. Całe pokolenie, które jest dziś jedyną nadzieją dla świata, nauczyło się czytać na tych książkach, a mi po pierwszych dwóch tomach pozostał nawyk czytania nocą z latarką pod kołdrą. Środkowe części wychodziły akurat wtedy, kiedy wpadłem w ten krnąbrny wiek, w którym wypada gardzić wszystkim,co popularne, więc przyjaźniłem się z Harrym szorstko i po kryjomu. Na "Insygnia śmierci" za to czekałem już tak niecierpliwie, że całą powieść przeczytałem w pirackim tłumaczeniu Armii Świstaka na ekranie komputera i byłem pod wrażeniem, jak wspaniale zostały pozamykane wszystkie wątki. Zgadzam się, że rozdział wspominkowy Profesora Snape'a to jeden z najpiękniejszych kawałków współczesnej literatury oraz jedna z najlepiej poprowadzonych wolt.

Ale przede wszystkim te książki przypominają mi dziś prostsze czasy, w których "Nasz Dziennik" był jedyną istotną gazetą narodowo-katolicką, a fikcyjny czarodziej był największym wrogiem naszej narodowo-katolickiej kultury (no była jeszcze Unia, Polskę rada zgnieść, ale kto to wtedy brał na poważnie). Może zamiast ciągle wzdychać do lat osiemdziesiątych i filmować rzeczy typu "Stranger Things", czas już nostalgizować 00'sy? Wtedy to były historie! Wtedy się żyło!

BoJack Horseman

gawithpl

Zapraszam na notkę o koniu. Strona nie ma jeszcze wersji mobilnej, więc notkę można też przeczytać bez wychodzenia, tutaj.

 

 

Jak już oswoicie się z tym, że głównym bohaterem jest gadający koń, który okazyjnie uprawia seks z ludźmi i robi kilka innych rzeczy, porzucicie słabe skojarzenia z zoofilią i furrysami, zaakceptujecie fakt, że w tym uniwersum wszystkie antropomorfizowane zwierzęta żyją na jednym poziomie ewolucyjnym, jak w multigatunkowej komunie, też przyznacie, że „Bojack Horseman” to jeden z najbardziej błyskotliwych i przenikliwych seriali na Netflixie. Słowo.

Włączyłem „Bojacka” w żałobie po konsumpcji siedmiu sezonów „Archera” (innego wybitnego odkrycia), oczekując kopniętej kreskówki w typie „Family Guya” na łagodzenie bezsenności. I wpadłem jak turysta szukający stand-upu na spotkaniu AA, bo trafiłem na szokująco realistyczne od strony psychologicznej studium depresji. Gorzką powieść o fetyszyzacji smutku i teoretycznej koncepcji szczęścia. O tym, jak błędnie szczęście bywa utożsamiane z miłością i sukcesem. Scena po scenie serial odkrywa swoje kolejne warstwy, odzierając bohaterów z powłok i pancerzy przywdzianych na potrzebę społecznych gierek pozorów. Wrażliwie zszywa wątki „Californication” i „Birdmana”, przekazując znacznie więcej niż te filmy kiedykolwiek mogły lub chciały, topiąc mamidła showbiznesu w wielkim smutku życiowej pustki. A przy tym omija zręcznie nieznośne banały, od jakich pękają cautionary tales o utracjuszach, szczędzi morałów, a telewizyjne receptury na spełnienie bezlitośnie depcze. To jest show doskonale postmoralistyczny i na przekór swojej krzykliwej kolorystyce dławiąco mroczny, niczym toń na wpół zlodowaciałej rzeki. A przy tym bywa wściekle zabawny i celny w swojej ironii, jak solidnej tragikomedii wypada.

bojackhorseman2
Back in the 90’s I was in a very famous TV show

To pierwsze słowa piosenki przewodniej „Bojacka” wykonywanej przez sympatyczną kapelę indie rockową Gruplove. Nawet bez znajomości muzycznego podkładu i kontekstu fabularnego, możemy wyczuć, że ten wers uderza w jakąś żałośnie depresyjną nutę. Lata dziewięćdziesiąte to dekada, którą ciągle wspominamy z rozbawieniem i wywrotką w oczodołach. Inaczej niż w kultowych dzisiaj, pesymistycznych latach osiemdziesiątych, wszystko było wtedy naiwne, czułe, radosne i familijne. Podyktowane optymizmem płynącym z „końca historii” oraz pierwszym, pozornym powodzeniu polityki raeganomiki i tachteryzmu. Przez te kilka lat muzyka, film i telewizja karmiły nas ułudą, że od teraz wszystko będzie dobrze, bo przyszłość jawi się otwartą drogą i każdy może odnieść sukces, jeśli się odpowiednio postara. Przyjaciele i rodzina to najwyższe instancje, a pozytywne nastawienie przepiłuje kłody, które życie ciska pod nogi. Jakby wszyscy zachłysnęli się coachingowymi bredniami, a cynizm zszedł do niszy dla ponuraków pijących czarną kawę o północy w przydrożnym barze. Seriale z tamtej epoki wspominamy nostalgicznie, ale trudno znieść dzisiaj ich cukierkową niewinność. „Pełna Chata”, „Przyjaciele”, „Bajer z Bel Air”, „Roseanne” złapane przypadkiem w paśmie powtórkowym na Comedy Central przełączamy z przekąsem po kilku minutach hipnozy. Jeśli więc ktoś zaczyna swoją introdukcję od faktu, że w dwadzieścia lat temu występował w telewizji, to znak, że jego życie prawdopodobnie nie jest całkiem spełnione.

„Dawno temu, w latach w dziewięćdziesiątych grałem w pewnym bardzo znanym serialu…”. Tak mogliby falsetować John Stamos, Matthew Perry albo Fred Savage. Na wieść, że nie wiedzie im się dziś najlepiej, na pewno posmutnielibyśmy od razu. Na kilka sekund. A potem kliknęlibyśmy kolejnego newsa o ciąży Natalie Portman albo anoreksji Angeliny. No lubiliśmy kiedyś tych kolesi, ale nie wykrzesamy dla nich więcej niż odrobinę przelotnego sentymentu, za dużo się dzieje wkoło, karuzela newsów nie przestaje się kręcić, wiecie sami. Bojack, sardoniczny koń o głębokim głosie Willa Arnetta, jest właśnie jak te Chandlery i Tomy Arnoldy. Wyblakła gwiazda ze starego, naiwnego sitcomu o koniu wychowującym trójkę sierot. Kiedyś bawił miliony, dziś jest obumierającą szarą komórką masowej pamięci popkulturowej. Aktor jednej roli, zaczepiany czasem przez obcych pytaniem „Ej, czy to nie ty byłeś Koniem w Rozbrykanych dwadzieścia lat temu?”. Spędzający dni na oglądaniu starych odcinków swojego hitu, przepijaniu tantiem i niepisaniu autobiografii, za którą zapłaciło mu wydawnictwo. Już w scenie otwierającej serial Bojack defensywnie tłumaczy radiowemu prezenterowi przebrzmiały fenomen sitcomów lat dziewięćdziesiątych. „Słuchaj no, dla większości ludzi życie jest niekończącą się serią mocnych kopniaków w mosznę i czasami, kiedy wracasz do domu po intensywnej sesji takich kopów, chcesz obejrzeć serial o dobrych, sympatycznych ludziach, którzy kochają się nawzajem, w którym każdy problem rozwiązuje się w przeciągu 30 minut.”.

Chociaż „BoJack Horseman” też przyjął postać dwudziestominutowego serialu komediowego, to intencjonalnie wypowiada wojnę wyżej streszczonemu formatowi, odmawiając widzowi satysfakcji szybkiego i gładkiego rozwiązania konfliktu każdego odcinka. Konsekwencje są ważne na wszystkich planach. Dom zniszczony po szalonej libacji nie restauruje się automatycznie w czasie przerwy na reklamę, jak miałoby to miejsce w klasycznym sitcomie, a spalonych mostów nie można odbudować kilkoma linijkami dialogów. Każda gówniana decyzja nabija rozpędzoną kulę śnieżną, jaką jest życie głównego bohatera.

Wszytko, czego Bojack pragnie, to szczęście, którego nie potrafi zdefiniować. Potykając się co rusz, ściga rozpaczliwie różne cele, które rzucają w jego ciemną przestrzeń przebłysk radości. Raz będzie to książka, która pokaże światu jego prawdziwą, wrażliwą stronę, kolejnym razem krytycznie aklamowana rola w oscarowej przynęcie, jeszcze innym miłość utracona, a potem znów wóda i narkotyki. Każdy skok na szczęście, który ma być kolejnym przełomem, kończy się dla BoJacka nowym upadkiem w otchłań apatii, lęku i odrazy. Pytania „No i co z tego”, „Co dalej”, „Po co właściwie to wszystko” wyglądają za zakrętem jak demony kolejnych poziomów bezcelowej gry. Nikt nie nazywa rzeczy po imieniu, ale BoJack cierpi na kliniczną depresję. I nie jest to bzdurna depresja telewizyjna, która objawia się katatonią, zmarniałą miną i mariażem z łóżkiem i dresem, ale najprawdziwsza manifestacja jednej z największych współczesnych chorób cywilizacyjnych. Każdy, kto z nią wygrał lub wciąż walczy, dojrzy w „BoJacku” znajome wątki, zawsze niepokojąco autentyczne jak na kreskówkę o koniu.

Recepcja serialu na przestrzeni czasu udowadnia, że ocenianie rozbudowanych historii po kilku pierwszych odcinkach jest wyjątkowo próżne. Pierwszy sezon wyrobił na Rotten Tomatoes tylko 56%. Krytycy, których większość nie przeskoczyła pewnie Pilota, uznali, że „BoJack” jest w istocie „sporadycznie zabawny, ale blednie w porównaniu z konkurencją”. Dwa kolejne sezony zdobyły już 100% pozytywnych recenzji, a krytyczny konsensus określa produkcję „dojrzałą i ambitną czarną komedią, która z delikatnością łączy absurdalny humor z mrocznym i zniuansowanym dramatem”. Z tym serialem jest jak z prawdziwymi ludźmi zmagającymi się z depresją. Oni też z wierzchu wydają się zwyczajni i bledną w tłumie, sporadycznie mogą rzucić jakimś zabawnym żartem, nawet się uśmiechnąć. Trzeba spędzić z nimi trochę czasu sam sam, żeby dostrzec ich smutek i naprawdę dobrze poznać, żeby jeszcze pojąć jego źródła. Depresja nie musi oznaczać dna rozpaczy i kręgu myśli samobójczych, jak stereotypowo wyobraża to często kultura. Dla mas zwyczajnie funkcjonujących ludzi to takie codzienne i oswojone uczucie oderwania psychiki od społecznej tkanki otoczenia. Bierne uczestnictwo w ciągu zdarzeń, poczucie braku kontroli i wpływu. Opóźnienie między wypowiadaniem zdań na głos, a ich przemyślanym formowaniem. Natrętne pytanie podcinające skrzydła: „kim jestem i co właściwie robię”. W serialowym intro życie przewija się za głównym bohaterem jak taśma filmowa, ale kamera wciąż przyklejona jest do jego zobojętniałej twarzy. Frasunek narasta w oczach BoJacka, aż wreszcie koń wpada do basenu i tonie. I nawet wtedy trudno mu wejść w interakcję ze światem. Tak wygląda życie w apatii.

Ta historia to scenariuszowe złoto. Gdyby nie kreskówkowe gagi i absurdalna otoczka, mógłby być nagradzaną powieścią albo oscarowym dramatem. Humor płynący ze zjadliwej satyry na narcystyczny Hollywood (właściwie Hollywoo – widzowie skumają) jest jednak potrzebny, żeby rozrzedzić nieco mrok, a zarazem spotęgować życiowe upadki bohaterów. Choć BoJack jest zawsze w centrum uwagi scenarzystów, to nie jest tylko jego opowieść. Dwójka najbardziej godnych empatii postaci drugoplanowych pojawia się początkowo w serialu jako zapalnik dla sprawdzonych żartów z branży filmowej. Pan Peanutbutter to głupawy, nadpobudliwy i nadmiernie entuzjastyczny labrador, samozwańczy najlepszy kumpel BoJacka, który spędził młodość, grając w ewidentnym plagiacie „Rozbrykanych”. Księżniczka Carolyn to sprytna kocica, pazurzasta agentka głównego bohatera, tudzież kumpela „z benefitami”. Prawdopodobnie najlepszy running joke serialu powiązany jest właśnie z nią i dotyczy jej chłopaka Vincenta Adultmana, który w rzeczywistości jest trzema chłopcami, jeden na ramionach drugiego, ukrytymi pod szarym płaszczem, czego nikt prócz cynicznego BoJacka wydaje się nie zauważać. Dialogi rozgrzebują jednak ten gag aż do drugiego dna. Księżniczka Carolyn nie jest idiotką, po prostu rozpaczliwie potrzebuje w życiu przyjaciela, kogoś, kto ją wysłucha. A w zapatrzonym w siebie Los Angeles wytwór wyobraźni małego chłopca może być jedyną taką szansą.

Psia żarliwość i optymizm Pana Peanutbuttera też okazują się czymś więcej niż emanacją naiwnej głupoty. Są jego w pełni świadomym wyborem, przemyślaną strategią przetrwania w zgorzkniałej rzeczywistości, sposobem na uniknięcie goryczy, która konsumuje BoJacka.

Po co właściwie brnąć w serial, który zapowiada się na beczkę dziegciu? Bo mimo znajomych tropów, całokształt oferuje coś zupełnie oryginalnego, gęstą karmę dla umysłu. Poznaliśmy już na przestrzeni lat całą rzeszę filmowych i telewizyjnych mizantropów i cyników, Doktor House przewodzi pochodowi. W każdym jednak z tamtych przypadków fabuła przekonywała nas, że w głębi duszy wszyscy oni są dobrymi ludźmi, którzy krzywdzą innych tylko dlatego, że sami cierpią. Długie zbliżenia na na ich pełne smutku oczy manipuluje naszym współczuciem. „BoJack” zrywa z tymi tanimi chwytami narracyjnymi. W kluczowych punktach każdego sezonu ktoś zawsze wygarnia najważniejszemu mizantropowi tego serialu prawdę. Nie ma żadnego „w głębi w duszy”. Tylko to, co robisz określa, kim jesteś. Jeśli jesteś kutasem dla innych, bo trudne dzieciństwo, ból nogi czy depresja mogą cię usprawiedliwiać, ale nie zmieniają faktu, że ciągle jesteś kutasem. Fakt, że samotnie cierpisz z powodu krzywdy, którą zadajesz innym też nie czyni cię lepszym człowiekiem.

Dwa osiowe odcinki serialu mają największy wpływ na jego ton oraz tożsamość głównego bohatera. Pierwszy to „Escape from L.A.”, w którym BoJack porzuca wszystko, żeby odnaleźć swoją dawną miłość, „tę jedną, która się wymknęła”, a drugi „That’s too much, man!”, gdzie smętny koń wyciąga swoją przyjaciółkę, małą dziewczynkę, której ojcował w „Rozbrykanych”, dziś gwiazdkę pop Sarę Lynn, ze światła kilkumiesięcznej trzeźwości w ciemność nałogu. W obu BoJack kończy pokonany, niemal już pogodzony z własną ohydą moralną. Scenarzyści konsekwentnie odmawiają mu szansy na odkupienie win i rozwój. Czasem wydaje się, że odnalazł swój spokój ducha i cel, ale zaraz wszystko okazuje się kolejną iluzją, zasłoną dymną, picem i kolejnym gwoździem do trumny. Depresja to prawdziwa dziwka, której nie odpędzi żaden pojedynczy rozbłysk szczęścia. Trzeba się z niej wygrzebać mozolną pracą. Małymi krokami i dzień po dniu. Tak jak pewien pawian mówi głównemu bohaterowi o joggingu: „Z czasem jest łatwiej, ale musisz starać się codziennie. To najtrudniejsza część tej zabawy, na której większość ludzi przepada. Codziennie dawać z siebie wszystko”.

Trzeci sezon „BoJacka Horsemana” dostępny jest na Netflixie od 22 lipca.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Maximum Security

gawithpl

Od dziecka nawiedzają mnie sny, którym przewodzi pewien straszny motyw. Historyjka bywa różna. A to przy pracach wyburzeniowych przez pomyłkę wysadzam w powietrze blok, w którym ciągle są ludzie. Czasem źle wypełniam formularz i firma traci szansę na dotację, od której zależała cała przyszłość. Kiedy indziej rozbija mi się na chodniku fiolka z zabójczym wirusem. Nieważne okoliczności. Liczy się te uczucie zaraz po przebudzeniu i metaliczny posmak w ustach. Właśnie coś niewyobrażalnie, potwornie zjebałem, tylko konsekwencje jeszcze nie zdążyły do mnie dobiec, żeby odgryźć dupę, ale lada moment. Ciekawe, czy tak się czuje w ostatnich dniach David Cameron, bogaty chłopiec z dobrego domu, który w biznesowym zamyśle za kilka procent w wyborach rozbił dwie unie, w tym jedną trwającą ponad 200 lat.

davidcameronhummingmusicalanalysis1468256220custom0

TAMCI, którzy też pewnego dnia pójdą śladem Camerona, mówią teraz, że ratunkiem dla Europy jest poluzowanie relacji i obrona przed multikulti, odbudowa granic, powrót do wspólnot narodowych. No właśnie, wspólnoty narodowe dziś mnie nie przekonują, bo to oczywiste, że więcej mam wspólnego na przykład ze studentem z Turcji, który szuka stażu i ma bardzo religijną babcię, niż z warszawskim bankierem albo podkarpackim rolnikiem, którzy tylko mówią tym samym językiem. Świat który TAMCI kreślą już w swoich planach przypomina więzienie, w którym biali suprematyści siedzą w jednym sektorze, czarnoskórzy homies w kolejnym, Latynosi w jeszcze innym, a Arabowie w izolatkach i kruchy pokój polega na kratach, które ich dzielą oraz sadystycznych klawiszach z paralizatorami. Oni konflikty wszczęte przez ekstremistów ekstrapolują na całe społeczeństwo, wmawiając mu, że to wojna cywilizacji. Nieodpowiedzialnym słowem i czynem sprawiają, że osoby, które nie chciały mieć z nią nigdy nic wspólnego grawitują ku swoim wspólnotom plemiennym w strachu i gniewie. Osoby jak ten robotnik z angielskiego przedmieścia, któremu bogaci chłopcy wmówili, że okradają go imigranci. Jak ten polski kasjer, któremu wściekli Anglicy podpalili mieszkanie. Jak ten Syryjczyk sprzedający kebaby, którego Polacy skatowali w ciemnej alejce bez powodu i jak ten Francuz, który wybiera Front Narodowy, bo jego ziomkowie wylecieli w powietrze za sprawą zradykalizowanych Syryjczyków.

Tym władcom europejskim (przyszłym i obecnym) o mentalności nocnego portiera z filmu Kieślowskiego oraz ich pretorianom i szydercom nazywającym wszystkie ofiary i ostatnich entuzjastów otwartości owieczkami idącymi na rzeź, odpowiem szczerze. Kiedy świat waszych marzeń zostanie już ulepiony z prawdziwej gliny i nie będzie żadnego wyboru, ja też pewnie w plemiennym odruchu pójdę siedzieć na stołówce z tymi łysymi białasami ze swastyką na czole, wyliczywszy swoje szanse na przetrwanie. Na razie, póki jeszcze mogę, chciałbym zgłosić zdanie odrębne co do kształtu przyszłego świata.

Ale że Dudka nie wziął

gawithpl

"I fell asleep in american flag" śpiewa Lana Del Rey i za każdym razem kiedy to śpiewa, przypomina mi jak mój kolega Kubito zasnął otulony w polską flagę. A było w domku letniskowym w Sierakowie, w trakcie Mundialu 2006, po niepamiętnym meczu Polska-Ekwador, w trakcie którego wypiliśmy jakieś kilkanaście piw na głowę. Zdruzgotani tamtą straszną kompromitacją chcieliśmy robić dobrą minę do złej gry (literalnie) i odśpiewaliśmy kilkukrotnie hymny Ekwadoru - "Bo nie ma białego" oraz "Equador Manieczki Jazda", a potem ktoś przez chwilę w desperacji i oburzeniu lansował talibowski pomysł spalenia polskiej flagi. To znaczy właściwie nie flagi, tylko tej białej szmaty, którą Tyskie dodawało wtedy do czteropaków. W obronie symbolu narodowego stanął Kubiszcz. Owinąwszy się nim jak kocem termicznym, zbiegł z pola widzenia i znaleźliśmy go dopiero po godzinie, zmożonego ciężkim dniem i znaczną ilością wypitego alkoholu, dalej opakowanego w tyską włókninę. To był chyba ostatni raz, kiedy mnie na serio ekscytował jakiś mecz futbolowy. 

Piłka nożna ogólnie była dla mnie zawsze w kategorii Gayest Things Ever. Nie dlatego, że mam zamerykanizowany mózg, a w USA soccer jest propozycją sportową skierowaną głównie do dziewczynek (no może trochę). Nie dlatego, że piłkarze muszą płakać i wić się na trawie po urazach, po których futbolista wyplułby zęby z krwią, posłał uśmiech publiczności i biegł grać dalej (no może trochę). Nawet nie przez te reklamy telewizorów, w których żony próbują zachęcić mężów do prokreacji, ale oni nie chcą odrywać się od widoku chłopców w szortach na boisku (no może bardzo). Przede wszystkim dlatego, że reklamuje się nachalnie te sportowe widowiska jak jakiś festyn jedności, wesołą zabawę. "Wszyscy razem, lalala, oleole".

Ale tak to jest tylko w reklamach Coca-Coli. W rzeczywistości boli hipokryzja tych najbardziej obnoszących się fanów futbolu. Wiem, że zawsze byli kibole, pseudokibice, hooligansi czy jak tam ich sobie semantycznie wydzielicie, raz nawet w Hondurasie rozpętali wojnę, ale od paru lat mam wrażenie, że już po prostu zagarnęli całą, nazwijmy to tak, kulturę piłkarską. "Wszyscy różni, wszyscy biali", obowiązkowa napierdalanka rasioli jednego kraju z naziolami innego kraju i antyterroryści obstawiający wszystkie ulice, bo mecz. Przecież te blubry o Wielkim Święcie Sportu wyglądają przy tym coraz bardziej groteskowo.

Czy mistrzostwo dla polskiej reprezentacji zjednoczyłoby Polaków? Śmiem twierdzić, że jeszcze mniej niż śmierć Naszpapieża. Nie ma się czym ekscytować, na drugi dzień ciągle bylibyśmy assholami.

 

Muddy Waters

gawithpl

"Orange is the new black", który półtora roku temu nazwałem optymistycznym serialem o wynajdywaniu siebie na nowo i który z lekkością zdobywał nagrody w kategoriach komediowych, przepoczwarzył się w ostatnich dwóch sezonach, prawie jak jakaś wielka amerykańska powieść, w tę mroczną i potężną alegorię napięć rasowych i narodowych w społeczeństwie dławionym przez interesy bezwzględnych korporacji. I jeszcze nastąpiło to wszystko bardzo gładko i organicznie. Szanuję. Błotniste wody, prawda. 

Szkoda, że trochę jakby potonęły w nich tak pięknie wcześniej pomyślane i unikalne tożsamości wielu postaci. Ale coś w tym jest, że można ambitnie opowiadać albo o wielkich ideach albo o ludziach, rzadko o jednym i drugim.

Chopping onions

gawithpl

W ramach kolejnej reanimacji tego bloka odpowiem na kolejny łańcuszek, do którego mnie powołała kol. Hołka. Chodzi o to, żeby zdradzić swój popkulturalny sekret, a że nie do końca wiem co to znaczy (oglądanie hentaiów? To chyba już mainstream), to również pójdę tropem filmów, które sprawiają, że płaczę jak dziecko, któremu szampon wpłynął do oczu.

Pominąwszy oczywiste przypadki, które nie powinny nikogo wstydzić (kto nie wydalił chociaż jednej łzy na "Pokoju", może od razu zgłosić się na policję jako potencjalnie niebezpieczny socjopata).

Jest jeden motyw fabularny, który w dobrym wykonaniu zawsze mnie porusza i wywołuje tę samą smutno-ucieszną emocję, którą odkrywa na końcu główna bohaterka "Inside out". Szlochy, patos, tragedie i heroizm mogą po mnie spływać, ale coś mnie tyka, kiedy na ekranie choćby cząstkę człowieczeństwa (słabość, odruch ludzki) pokaże postać, po której się tego wcale nie spodziewamy.

Futurama. To taka lekkostrawna komedia z inteligentnym humorem, ale ma kilka odcinków uniwersalnie uznanych za emocjonalne bomby atomowe. Na odcinku z pieskiem płakał każdy, ale mnie bardziej nawet sponiewierał epizod "Luck of the Fryish". Krótko tłumacząc: Fry i jego starszy brat dorastali w relacji przypominającej relację mięso-tłuczek. Starszak lubił młodszemu dokuczać, co w braterskiej relacji chyba w sumie niezwykłe nie jest. Punkt startowy serialu jest taki, że Fry wpada do zamrażarki w Sylwestra 1999 i zostaje uwolniony dopiero 1000 lat później. W tym odcinku bohater dowiaduje się o swoim niesfornym, nieżyjącym już od setek lat bracie czegoś, co silnie wytrąca go z równowagi i pogłębia urazę. A potem następuje twist, który stawia odkrycie w innym świetle i uzmysławia Fry'owi, jak głęboko brat przeżył jego zniknięcie. Moment, który bierze z zaskoczenia, jak ładunek gazu łzawiącego wrzucony przez okno.

Podobnie wzruszył mnie degenerat Frank w ostatnim sezonie "Shameless". Najgorszy ojciec świata, który okazał się nagle jedynym wsparciem dla samotnej, ciężarnej Debbie.

Tragiczna śmierć jednego z głównych bohaterów "Good Wife" nie zrobiła na mnie wrażenia, aż do momentu, kiedy usłyszał o niej największy serialowy cynik i oportunista David Lee i z kamienną twarzą przemaszerował całą kancelarię, żeby dopiero w zaciszu własnego gabinetu wydać pojedynczy szloch.

Finał "Breaking bad" też raczej zniosłem dzielnie, aż tu Walt o pustych oczach wykrzesał w sobie resztkę współczucia dla Jessiego i ocalił mu życie.

Takie momenty w filmach są jak pęknięcie tamy, awaria zaworu, uderzenie hydrauliczne. Może po prostu udowadniają, że łatwo wybaczyć chamowi, jeśli choć raz na jakiś czas okaże się człowiekiem.

Zapisz

Wyższy poziom blogowania

gawithpl

Jak może zauważyliście, nie piszę ostatnio za często. Plan jest taki, żeby pisać więcej, tylko pod nowym adresem. Ciągle trwają, hm, intensywne prace nad wyglądem strony głównej i treściami, ale trochę mi smutno, że od czasu uruchomienia wersji beta kilka moich wpisów zdezaktualizowało się, nim ujrzały je tysiące użytkowników, więc w ramach sneak peaku linkuję je tutaj.

Tu ja o tym, dlaczego szósty sezon "Gry o tron" był najlepszy ze wszystkich.

Tu o tym, że Szkoci chyba zarobili na niepodległość (to się akurat stało bardziej aktualne).

Tu o ostatnich rewelacjach na temat teczek Kapitana Ameryki.

Tu o książce "Ready Player One" i przyszłości kapitalizmu.

Tu o "Civil War" i o tym, czemu w tym roku superbohaterowie tak się kłócą.

Oczywiście feedback na temat wyświetlania strony też mile widziany.

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci