Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

I'm still here

gawithpl

Miałem sen. Byłem znowu w szkole, a facetka od polskiego kazała wyjąć kartki i napisać rozprawkę na zadany temat. Przez 45 minut skreślałem i pisałem na nowo pierwsze zdanie, a kiedy zadzwonił dzwonek musiałem oddać coś, co wyglądało na depeszę z Damaszku. Wymowne takie. Potem miałem inny sen. Napisałem już większość swojej fantastycznej space opery, w której bohaterowie przemierzają kosmos, żeby dotrzeć do odległego celu, ale pozostała jeszcze perspektywa opisania jakichś pięćdziesięciu stron powrotu do domu. Wtedy znajomy podpowiada mi, żeby po prostu zakończyć epopeję zdaniem "I wrócili szczęśliwie do domu". I nagle budzik podnosi raban.

Na nowej stronie staram się regularnie pisać od roku jakieś tematyczne eseje, piszę też za pieniądz masę rzeczy, które mnie nie obchodzą, ale brakuje mi blogaska. Takiego wysyłania listów w butelce, bez przejmowania się, czy w ogóle do kogoś dotrą. Może jeszcze to potrafię.

 

 

Rogue One

gawithpl

Sory, nie widziałem filmu. Dałem taki tytuł, żeby kilka więcej osób ze strony Bloxa kliknęło.

Myślę sobie o tych ostatnich scenach z "Miasta 44". Chłopcy i dziewczęta w najpiękniejszym wieku, kulawo brną przez gruzy i pożogę miasta donikąd, wszyscy straceni. Myślę o Terminatorze, który znajdzie swoją ofiarę w każdej dziurze i nie spocznie dopóki jej nie zlikwiduje, myślę o tym uczuciu osaczenia i beznadziei. Trudno mi wyobrazić sobie większy koszmar niż oddziały egzekutorów przemieszczające się od drzwi do drzwi, konsekwentnie eliminujące niedobitki ocalałych na szczątkach osiedli mieszkalnych.

Nie musisz myśleć o przedpieklu w Syrii, możesz otulić sumienie sensownymi racjonalizacjami. Tyle nieszczęścia na całym świecie, nic na to nie poradzę przecież, zacznę naprawiać świat od własnego podwórka i nakarmię bezdomne koty. Chociaż mnie kłuje ta myśl, że ludobójstwo in spe to jednak inna kategoria niż ubóstwo, głód, epidemie, klęski żywiołowe i otwarte konflikty zbrojne, a doczekaliśmy wreszcie czasów, w których przywódcy świata nic w tej sprawie nie zrobią. I to w najlepszym razie.

Możesz znowu napisać gniewny status o Błaszczaku i PiS, a potem odpowiedzieć z niesmakiem na komentarz jakiegoś rasiolka, a nawet zbanować go ze swoich znajomych. Ogólnie możesz zrobić bardzo niewiele, a w ramach tego niewiele na przykład dorzucić cegiełkę na PAH albo zrobić którąkolwiek z tych mało pomocnych, ale lepszych niż nic rzeczy i podać temat dalej.

Jeśli losy rebeliantów z jakiejś odległej galaktyki was przejmują, to możecie przejąć się też trochę tymi z nieodległego kraju (serio, weźcie spójrzcie raz na mapę, to nie jest inny świat, to jest odległość między kciukiem a palcem wskazującym, latalibyście tam Wizzairem na plaże, gdyby nie ta sytuacja), których sięgają promienie gwiazdy śmierci.

Goodbye horses

gawithpl

W tym smutnym roku przychodzi w końcu ten wesoły moment, że żegnam się z panem Bloxem (no, pewnie nie metodą grubej kreski, nie całkiem zupełnie, więc nie tak rzewnie).

Od teraz po nowe kawałki zapraszam TUTAJ. Mam nadzieję, że znacznie częściej niż do tej pory.

A na stronę główną tutaj: http://popamina.pl/

 

 

First we take Manhattan, then we take Berlin

gawithpl

To nie jest wrzutka o Leonardzie Cohenie, sorry, tylko tak mi się tytuł zrymował z tematem. Zmarłymi niech się zajmą lepiej dysponowani, od siebie szczerze mogę dodać, że jego piosenka z "True Detektywa" to był jeden z najpotężniejszych lirycznie kawałków w tym dziesięcioleciu co najmniej. Wracajmy tymczasem do tych, którzy dalej muszą żyć z fiaskiem historii.

Ryan Gosling. Ryan najlepszy jest w tym filmach, w których jest brzydki i aseksualny i taki właśnie jest w jednym z moich ulubionych filmów "Half Nelson". Gra tu nauczyciela historii, który na fajrancie popala krak i pisze książkę dla dzieci o dialektyce (czy to nie jest najsłodsza rzecz ever??!!). W tej scenie akurat próbuje tłumaczyć dzieciakom proces historyczny jako ciągłe ścieranie się przeciwieństw na tle różnic materialnych, w których to starciach zawsze nieuchronnie następuje turning point.




I nikt już chyba nie ma wątpliwości, że historia świata też właśnie znajduje się w punkcie zwrotnym. Wgląd w wykresy dotyczące wyborców Donalda Trumpa daje na to ciekawy pogląd. Biorąc te dane, można śmiele na potrzebę argumentu uznać, że siłą przetargową, która wyniosła tego ogra do władzy nie było "znudzenie polityczną poprawnością", jak uważa Donald Tusk ani niepowodzenie eksperymentów typu czarny prezydent, jak PODOBNO stwierdził jakiś pundyta w TV Reżimowej. Nie była to nawet tęsknota do tradycyjnych wartości, przynajmniej nie w takim rozumieniu, jak chce to widzieć Minister Śmieszków Zagranicznych. Owszem, trzonem elektoratu okazali się biali brachole usytuowani w klasie średniej średniej, którzy zasypiają, wspominając z nostalgią dobre czasy za Reagana, kiedy płcie były dwie, a w kolejce w markecie nie musieli słuchać meksykańskiego. Pewnie, cegiełkę dorzuciły też ich żony z habitusem przemocy symbolicznej. Jest w tym whitelashu, odrodzeniu KKK i fali wydestylowanego seksizmu oczywiście coś bardzo smutnego, można się jednak, być może naiwnie, pocieszyć myślą, że choć ludzie z takimi rezyduami się coraz bardziej zacietrzewiają, to liczbowo ich nie przybywa, raczej ubywa, patrząc historycznie. Przybywa za to tych niezadowolonych ze swojej sytuacji materialnej i to oni przesądzili o wyniku amerykańskich wyborów. Nie rednecki z "Teskańskiej Masakry", tylko pracownicy, którzy stracili poczucie stabilności po tym, jak pracodawcy wynieśli produkcję do krajów drugiego i trzeciego świata, dłużnicy, którzy stracili domy po tym, jak rząd wykupił banki zbyt wielkie, żeby upaść itd. Ofiary neoliberalnych eksperymentów postępujących od lat dziewięćdziesiątych, które na ironię Trump chce pod swój własny interes podkręcać, a nie odkręcać.
 
Ale to ci ludzie stanęli przed wyborem między starszą panią, która okrągłymi zdaniami mówi, że jest dobrze i oby tak dalej, a trollem, który pokazał im palcem winnych i obiecał, że wszystkich pozamyka albo deportuje i zbuduje mur, którzy ochroni przed złodziejami pracy i destabilizatorami. Jak to mówił Ryan Gosling w innej brzydkiej i aseksualnej roli w "Big Short", na koniec każdej ekonomicznej katastrofy ludzie zawsze obwinią biednych i imigrantów. Dlatego Donald Trump. "Make America Great Again" to hasło, które nawiązuje, wydawałoby się, do lat sześćdziesiątych, pięćdziesiątych, kiedy amerykański sen był prawdziwy, pracownik fabryki Forda mógł mieszkać w takim samym domu jak Henry Ford, a polityka gospodarcza i społeczna była odwrotnością wszystkiego, co proponuje nowy prezydent. 
 
Teraz inne mądrale będą się puszyć zdaniami o kryzysie demokracji. Demokracja zawodzi, ale nie w sensie głosowania większościowego, ale w tym, że jedna za drugą elita słucha ekspertów i prezenterów zapełniających czas międzyreklamowy tą odgrzewaną ględą, zamiast słuchać wołania tamtych ludzi. I tak długo, jak słuchać nie będą, raz na kilka miesięcy świat będzie się budził się "w szoku i niepewności". Następna w kolejce chyba jest Francja, a potem Niemcy.
 
Pozostaje nadzieja, że w tych wszystkich miejscach, gdzie na niedożywionej tkance społecznej rozprzestrzenia się ropień nacjonalizmu i innych -izmów, w tym najczarniejszym momencie, po którym ma wedle maksymy nastąpić świt, nie zrobimy sobie zbyt dużej krzywdy.

 

Good Night and Good Luck!

gawithpl

Raczej nie kupuję pamiątek z wycieczek, wież Eiffla z zapałek i takich tam, ale kiedy we wieży Starej Poczty w Waszyngtonie ujrzałem figurkę Obamy za dwa dolary i Mita Romneya przecenionego na dolara kilka miesięcy po wyborach, wiedziałem, że chcę takiego suwenira i natychmiast wymieniłem baksa na Romneya z myślą, że jest w tym jakaś zabawna anegdotka. Oto więc ona. A tu Amerykański Mit na tle Lincolna.

IMG_1973

Trochę się pozmieniało od tamtych wyborów w geopolityce. Kiedy Romney powiedział w debacie, że Rosja jest dziś największym wrogiem Stanów, Obama odpyskował mu, że lata osiemdziesiąte dzwonią i chcą swoją politykę zagraniczną z powrotem. Burn. Dwa lata potem inwazja na Krym rzeczywiście cofnęła relacje mocarstw do zimnej wojny. Wtedy kandydat rebublikanów wyglądał na villaina z kreskówki, teraz wygląda na tle Trumpa jak mąż stanu.

Ach, Obama. Chyba nie tylko ja zacznę już za chwilę tęsknić za Obamą. Barack Obama nie był wielkim przywódcą, tylko dobrym prezydentem. Rozsądnym, charyzmatycznym i z klasą. Oczywiście możecie mnie zgasić tekstami o atakach dronami na Pakistan, Benghazi i czarnymi operacjami w Meksyku, rosnącym długiem publicznym, Obamacare i (sic!) brakiem wiz dla Polaków, a zamilknę i wymruczę jakiś frazes, ale wiem tyle, że gdyby dzisiaj w ziemskiej atmosferze pojawił się statek kosmiczny, to cieszyłbym się, że to Barack Obama wyjdzie powitać alienów.

Gdybym teraz był amerykańskim wyborcą, to byłbym rozczarowanym wyborcą Berniego, który głosuje na Hillary i robi przy tym minę, jakby wąchał bąka. Ale tym razem mój głos ma naprawdę tyle znaczenia, co ankieta internetowa, chociaż ten wynik wyjątkowo będzie także dla nas, żyjących na peryferiach świata, czymś znacznie więcej niż ciekawostką w dziale zagranicznym gazety i czerwonym paskiem w telewizji. Wszystko przez tę geopolitykę. Ziemowit Szczerek pisał w swoim niedawnym cyklu reportaży o Rosji, że kiedy świat na nowo zaczyna się interesować geopolityką, to już jest zły znak. Od kilku miesięcy, spełnia się w kolejnych punktach na mapie świata geopolityczny sen Putina, przydałaby się przerwa tej passy. Nie mówię tego przez rusofobię, ani przez obawę przed rosyjską ekspansją, która w obliczu upadku NATO wydawałaby się bardziej realna, ale wciąż odległa. Mówię to, bo nie chcę, żeby dalej wygrywał putinowski model państwa, a po wygranej Trumpa już nic nie powstrzymałoby jego rozprzestrzeniającej się zarazy.

W DC, między Monumentem Waszyngtona i Mauzoleum Lincolna jest piękny pas zieleni, sadzawka i memoriał bohaterów II wojny światowej. Jeśli należycie do tych ludzi, którym oczy pocą się w podniosłych momentach filmów wojennych, to tutaj od samego wdychania powietrza możecie się wzruszyć, bo wiatr wibruje patosem, a kąpiące się w słońcu marmury niosą historie bohaterów. Wpatrując się w skamieniałego Lincolna, twórcę najbardziej inspirujących przemówień w historii, zastanawiałem się, gdzie dzisiaj są wśród przywódców i polityków ci bohaterowie, którym następne pokolenia będą stawiać monumenty. Jest na to prosta odpowiedź - wielcy przywódcy mogą istnieć tylko w potwornych czasach. W dobrych czasach wystarczą dobrzy i rozsądni prezydenci. I tego dzisiaj życzę Ameryce i światu.

Times They Are A-Changin'

gawithpl

Z zamysłu głośnej premiery nowej strony i cichego pogrzebu tego bloka zrobiło mi się rozwlekłe relacjonowanie update'ów następujących w tempie przebudowy Ronda Kaponiera w Poznaniu, więc zawiadamiam, że na popamina.pl teksty i obrazki we wpisach już się skalują i można je czytać na wszystkim. Wrzuciłem z tej okazji kawałek o Black Mirror. W sam raz na 5 listopada.

netflixfoundaslightlycreepybutcleverwaytoreachviewerswhouseadblockers

Nights in White Satin

gawithpl

b1

Poza tym przemoc w przeciętnym "rozrywkowym" filmie osiągnęła apogeum. Żadnej sprawy na żadnym szczeblu nie da się załatwić bez kopania w szczękę i strzelania z pistoletów maszynowych. Nawet nowy Mesjasz rozwala komputerowych faryzeuszy, kumulując w sobie cechy Rambo i Bruce'a Lee (Matrix). XX wiek dogorywa nawet nie skomląc. Nie ma już rozrywek ani sensu życia. Skończyło się kino (filmy durne i wtórne, publiczność chamska i nienażarta). W dodatku następny Bond podobno ma być Murzynem!

Przy każdym czytaniu tego tekstu mam wrażenie, że gdyby Tomek Beksiński urodził się 20 lat później, byłby dość zwyczajnym internetowym skwaszeńcem, których miliony. Na swoim blogu, pożyczając setki literackich klisz, epatowałby bólem dupy na komercyjne filmy i upadającą kulturę. Z pasji wrzucałby napisy na napisy.pl, przetykając dialogi hermetycznymi żarcikami, a frustrację za uwięzienie we friendzonie upuszczałby memami na Kwejku.

"Fin de siecle", finalny felieton Tomka, spuentowany tąpnięciem w postaci samobójstwa, przeczytałem po raz pierwszy jakieś 10 lat temu, kiedy ktoś raczył zacytować go na forum internetowym w trakcie dyskusji o nowym Bondzie. "I do tego następny Bond ma być Murzynem!". Co za asshole, pomyślałem wtedy, gdyż uważam, że Idris Elba byłby wybitnym Bondem. Do tego te żale typowe dla dziesiątek tysięcy posępnych stausów na fejsie, przelewających się w każdej minucie bez echa przez bezlitośnie aktualizujący się feed, niewyobrażalne dzisiaj w druku, w wygładzonym przez grupy fokusowe kolorowym magazynie. Z perspektywy czasu widać, jak każdy wers tej niby uniwersalnej refleksji nad współczesną kulturą ocieka osobistym skamleniem ciężko chorego i cierpiącego człowieka.

Więcej światła na tę sprawę rzucił mi kilka lat później reportaż "Polityki" o rodzinie Beksińskich. W takim grubym wydaniu "Reportaży Polityki" z czerwoną okładką i rewolwerem. Coraz mocniej zwilgotniałymi oczyma chłonąłem każde słowo tej tragicznej opowieści o personalnych relacjach "przeklętej rodziny", przykładając sobie niektóre jej aspekty do własnych doświadczeń z rodzinnego mieszkania. Zdzisław Beksiński, wielki malarz. Nienawidził natury. Kwiatów w donicach, trawników, żywopłotów i zwierząt domowych. Nienawidził też uścisków dłoni, przytulania i innych odruchów, które wobec psychicznej zażyłości większość ludzi uznaje za naturalne. Kochał to, co syntetyczne. Beton, plastik, zapach farby, kamerę i komputery. "Syntetyczne". Tym słowem można też nazwać jego relacje z synem. Małgorzata Grzebałkowska określiła je najcelniej dwoma zdaniami. "Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna". W filmie "Ostatnie rodzina" oddaje to scena z rodzinnej wycieczki Państwa Beksińskich. "Nie mogę was zmieścić w jednym kadrze" mówi Zosia do męża i syna. Zawsze razem, a jednak na dystans.

"Portret podwójny" Grzebałkowskiej był dla mnie naturalnym rozwinięciem tamtego reportażu z "Polityki". Zabierał w immersyjną podróż przez życie tej rodziny. Od wczesnej młodości Zdzisława po jego dramatyczne zejście. Przez życie pełne dziwnych wydarzeń, nerwicy, psychotycznych wybryków, surrealizmu, ale też humoru, sukcesów, autentycznej, choć nieklasycznie okazywanej miłości, masy boleśnie zwykłej codzienności, ale przede wszystkim smutnego i niepokojącego piękna, które uderza też z hipnotycznych obrazów Zdzisława Beksińskiego i długich nocnych audycji radiowych Tomka. Przez zapośredniczone przywiązanie do tej rodziny, oczekiwania wobec filmu o Beksińskich zdążyły w moim przypadku narosnąć jeszcze zanim usłyszałem, że go kręcą.

Wbrew temu, co o "Ostatniej rodzinie" mówią w wywiadach i recenzjach, film nie traktuje wcale przede wszystkim o dynamice rodzinnych relacji, a przynajmniej nie oddaje ich faktycznego zaplątania tak ciekawie, jak mógłby. "Ostatnia rodzina" (to jej mocna i słaba strona) opowiada o umieraniu. O śmierci różnych twarzach i aspektach. Chwile radości i odprężenia przeciekają w nim jak woda przez palce. Śmierć, mówi film Matuszyńskiego, może przyjść po cichu i powitać cię jak starego przyjaciela. Tak było z babcią Beksińską. Używając słów Zdzisława, w przypadku jego matki życie i śmierć spotkały się jak pas lotniskowy z podwoziem samolotu w trakcie idealnego lądowania. Śmierć może nadjechać walcem, anonsując się uderzeniami w bęben i zabrać cię z okowów choroby. Przedwcześnie, a zbawczo i przy pełni świadomości zarazem, jak w przypadku Beksińskiej Zosi. Śmierć może przyjść na zamówienie i ululać cię do snu, jak pod numerem Beksińskiego Tomka. Wreszcie śmierć może być gwałtowna i brutalna, wedrzeć się do mieszkania kopniakiem i wyrwać cię z komfortu własnej przestrzeni ostrymi szponami. Jak u Zdzisława, na Sonaty 3. Niezależnie wszak od tego, którą opcję wylosujemy w zabójczej ruletce, umarcie to zawsze jedna i jedyna rzecz, którą wszyscy winni jesteśmy zrobić w tym świecie. Nie zmieni tego tabu, jakie stanowi w naszych rozmowach i kontemplacjach, a pojednanie ze śmiercią zawczasu to najlepszy sposób na zaznanie spokoju. Nie szczęścia, ale spokoju właśnie. "Pogodny nie jest, ale dlaczego od razu katastroficzny", mówi w filmie Zdzisław o jednym ze swoich obrazów. "Całe życie malował śmierć, a kiedy przyszła po niego, namalował ją kto inny", mówi o Zdzisławie mural jego bloku, który zawsze chcę zobaczyć, bywając w Warszawie, tylko nigdy nie mam czasu.

"Ostatnia rodzina" jednak, tyle szczerej uwagi poświęcając Beksińskich umieraniu, nie zostawia wiele miejsca, żeby opowiedzieć o ich życiu. Życiu, które z powodów tak dobrze wytłuszczonych przecież w książce, było fascynujące. A to przecież życie, jak bozon Higgsa cząsteczce atomowej, nadaje śmierci masę w metafizyce wszechświata. Przez ten niedostatek narracji, śmierć niechcący chyba staje się w filmie bardziej turpistycznym (albo i trupistycznym) fetyszem niż tematem do pogłębionej refleksji, jak np. w 5-sezonowej epopei o umieraniu pt. "Sześć stóp pod ziemią", do której opowieść Beksińskich mogłaby równać ciężarem.

Śmierci Beksińskich były różne, jak ich osobowości. Ciche i wymęczone, gwałtowne i nieobliczalne. Tomka i Zdzisława prawie wszystko różniło. Pierwszy był egoistą i egocentrykiem. Nawet z odpowiednią wiedzą i uprawnieniami nie diagnozowałbym go na podstawie listów, nagrań i relacji, ale kolaż, który się układa z tych okruchów życia ilustruje jakąś kombinację Aspergera i zaburzeń dwubiegunowych. A tę niestabilną chemiczną mieszankę podgrzał pewnie jeszcze eksperyment wychowawczy, który na Tomku podjęli rodzice, nie stawiając mu nigdy żadnych wyraźnych granic wolności. "Masz, rozbij misia", filmowy Zdzisław wręcza synowi butelkę, która zaraz dezintegruje się na podłodze dla rozładunku focha w jednej z pierwszych scen "Ostatniej rodziny". Ojciec Beksiński z powściągliwym uśmiechem oklaskuje destrukcję. Może to nie rozczarowanie światem zniszczyło Tomka, ale fizyczna niezdolność do odczuwania szczęścia zaklęta w neuroprzekaźnikach. Zdzisław był raczej flegmatykiem niż cholerykiem. Określał się sam typem ocaleńca, który w każdych okolicznościach się urządzi i z każdym gównem pod nosem nauczy żyć. Nie znaczy to jednak, że życie go nie bolało. Sam był niewolnikiem własnych natręctw, przeklęty fobiami, chorobliwym brakiem asertywności. Z przekory stawiał temu wszystkiemu czoła. Może nie przytulił nigdy syna, ale z pewnością go kochał. Szokujące z pozoru uszanowanie decyzji syna o samobójstwie, zaniechanie ratunku za wszelką cenę, to efekt właśnie cienkiej jak pajęczyna nici zrozumienia, która łączyła Zdzisława z Tomaszem.

Po śmierci Tomka pojawiły się wobec malarza oskarżenia. O "syntetyczne relacje", szorstkie ojcostwo i wychowanie wkoło obrazów śmierci, które miały powoli pchać dziennikarza w objęcia wiecznego mroku. Świetny skądinąd reporter Wojciech Tochman w tekście "Leży we mnie martwy anioł", cytując czyjeś słowa, stwierdził wprost, że Zdzisław Beksiński synem się brzydził, co ostygłego z emocji malarza głęboko wówczas dotknęło. Dramat człowieka, który odnosi prawdziwy artystyczny sukces, ale czuje, ze zawiódł w prawdziwie najważniejszej roli swojego życia, to dla mnie najsilniejszy aspekt historii o Beksińskich. "Ostatnia rodzina" go marginalizuje, mam wrażenie, podobnie jak całe ostatnie lata życia Zdzisława.

Nie chciałbym wcale, żeby to wyglądało na przemądrzałe "Gdybym ja był trenerem", ale gdybym ja miał talent, pieniądze, ludzi i wolę do nakręcenia filmu o Beksińskich, zacząłbym go gdzieś w 2003 roku. Kiedy Zdzisław poznaje Panią Puchalską, z którą na finiszu życiorysu połączyła go przyjaźń. Jego związki z żoną i synem poznawalibyśmy przez retrospekcje, bo to w retrospektywie często życie i śmierć nabierają większego sensu. Z takiego filmu mogłoby płynąć przesłanie, że nawet w żalu, depresji i natrętnym bólu, przy odleżynach i w ohydnym jaskrawym świetle wlewającym się przez szpary między roletami w smętny niedzielny poranek, życie nie przestaje się toczyć i wciąż ma coś do zaoferowania, a śmierć to tylko końcowy przystanek nieprzewidywalnej trasy. Zofia nie zdobyła na tej trasie wielkiego uznania współpasażerów, pozostając w cieniu swoich chłopców, ale to tylko dzięki takim osobom, gotowym wyjrzeć poza horyzont własnego ego, świat wciąż istnieje. Tych ludzi, których kultura ma zwyczaj nazywać Wielkimi, przeważnie nie byłoby wcale, gdyby nie ludzie Dobrzy. Jak Zofia. Ona w tej logice swój sens znalazła, syn i mąż wszakże życia tak nie ujmowali.

Obaj postrzegali świat przez zapośredniczenie. Malarz przyklejony do okularu kamery albo odklejony od rzeczywistości za ścianą, w wirze własnych wizji wylewanych na pilśniową płytę. Tomasz doświadczający ideałów w filmach, książkach i muzyce, przedkładający symulakra ponad realizm. Obaj zdolni w swoich dziedzinach, nie odnieśli sukcesu w najtrudniejszej sztuce życia. Co nie znaczy jednak, że ich żywoty były wędrówką ku śmierci po omacku, jak można by wynieść z "Ostatniej rodziny".

"Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998...". Nawet fizycznie niezdolny do czucia radości Tomek Beksiński wymienia w swoim pożegnalnym felietonie "rzeczy, dla których warto było żyć". Jest wśród nich promująca film piosenka "Nights in White Satin" The Moody Blues. Kultura wypełnia życie treścią. Może rozrywać, może nieść ukojenie albo refleksję - optymistyczną czy pesymistyczną skrajnie. Nie jestem przekonany, czy "Ostatnia rodzina" dokonuje którejś z tych rzeczy. Tak jak śmierć jej bohaterów nie jest poprzedzona odpowiednią dawką ich życia, tak jej okrutny finalizm nie jest podbudowany solidną dawką przemyślenia. Beksińscy może nie poradzili sobie nigdy ze sztuką życia, ale nie chcieli podpalać świata ani zarażać depresją. Raczej z szarych popiołów smutku wygrzebywali skrawki piękna.

20120321_122640

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Rozum i godność człowieka

gawithpl

Z tak zwanymi obrońcami życia jest taki paradoks, że bronią życia od chwili poczęcia, ale tylko do chwili narodzin, bo potem to życie ludzkie jest już pod względem jakości warte gówno. Dziecko może konać w bólu przez tydzień w inkubatorze otoczone tylko bezradnymi pielęgniarkami. Wydaje mi się, że średniowiecze było bardziej miłosierne pod tym kątem. Dziecko zgwałcone przez opiekuna nie może liczyć na pomoc prawa w odratowaniu resztek godności, szans na powrót do szkoły i normalnego życia, tylko przez każdy kolejny dzień przeżywać gwałt na nowo. Ryzykować życiem niebezpieczny poród i jeszcze uszanować ojcowskie prawa gwałciciela. Niewarte obrony jest życie kobiety, która cierpieć ma w bólu i niepewności w imię godności zaśniadu groniastego, który nabył prawa do inkubowania wraz z kodem DNA. To tylko te skrajne przykłady, które różnią się od skrajnych przykładów drugiej strony (typu: lesbijki robiące sobie aborcję dla przyjemności), że są prawdziwe. Wyobraziłbym sobie Ojca Terlika, który trzyma dwunastoletnią córkę za rękę i w przerwach między krzykami bólu i niezrozumienia tłumaczy jej, że Jezus byłby dumny. Ale nie... to byłaby jakaś realna pomoc. Łatwiej wysrać tweeta, wkleić link i patrzeć, jak się muchy zlatują.

Poniedziałkowy protest popieram słowem i kliknięciem, ale nie stawię się, wybaczcie. W tłumie czuję się, jakbym tonął.

czarny

Zapisz

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci