Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

O bluzganiu słow kilka. Z kulturą i werwą.

gawithpl
 
 
Uwaga poniższa treść nie jest przeznaczona dla dzieci i młodzieży poniżej 21 roku życia, kobiet w ciąży, śmiertelnie bądź obłożnie chorych, zwierząt domowych i kretynów skończonych. Tak sobie wywnioskowałem, że więcej osób przeczyta jak jakiś wstęp fajny przypierdolę, a co mi tam szkodzi.

Tym samym inauguruje na blogasku kącik osobisty. Nie mylić z kącikiem kulturalnym, bo kultura i osobista to dwa różne światy. A trzeba ruszyć z kopyta, żeby nie wylądować w gettcie dla fanów telenowel, bo przez te wszystkie wpisy serialowe już mam wrażenie, że bezwolnie się lansuję na jakąś rozmemłaną memeję, która wieczorami wysmarkuje karton husteczek przy nowych segmentach tasiemców, jumanych zza wielkiej wody. Czyli mówiąc po ludzku urozmaicamy tematykę. Ale najpierw mały disclaimer, bo tymże, bądź co bądź jest chyba ten wpis. Bez stresu, nie będę wam pisać, że wczoraj poszedłem na manikiur, dziś rano mydło mi się skończyło, a jutro mnie kobieta porzuci, więc chcę umrzeć. Wiem, że gówno was to obchodzi, tak jak mnie gówno obchodzą te wszystkie blogi kalendarzowe i wysrane kątem dupy zwierzenia samotnych frustratów. Sam kącik potraktujmy bardziej rozrywkowo niż ekspresyjnie, choć i bez tego pewnie się nie obejdzie. Rzeczonym zaś wpisem inauguracyjnym, chcę pewną rzecz i pewne zjawisko wam wytłumaczyć, sprostować, zagiąć i wperswadować wam takim, jakie jest, bez ściemniania.

Otóż otrzymuję rozmaitymi kanałami, w rozmaitych formach i okolicznościach, rozmaite zapytania, czy jestem w stanie stworzyć składną notkę/wpis/wypowiedź/odpowiedź/whatever bez używania kuszącego bogactwa języka polskiego, jakim są bluzgi. Czy jestem w stanie się wysłowić, bez wysławiania słów "kurwa", "chuj", "pierdolić" - odmieniane przez wszystkie osoby i przypadki oraz "jebać" - takoż. Zagwozdka to nie lada, proszę państwa. Nie zamierzam udowadniać, że potrafię, bo udowodniłem to już w szkole, zaliczając maturę, egzaminy i wszelkie inne pisenne wyprawki na haczyk, komunikując się z ludźmi tzw. "autorytetu", którzy mnie nie znają i nigdy do czynienia nie mieli oraz wypowiadając się w różnych kulturalnych miejscach w internecie, gdzie cenzura wciąż panuje i rozporządza. Zamierzam natomiast podjąć heroiczny trud wykazania, że "kurwa" "chujowi" nie równa, a bluzgać, tak jak wszystko w życiu, to trza umić. Możesz mnie nie zrozumieć, ale proszę nie zrozum mnie źle.

W erze neostrady każdy ciul przed kompem jest pisarzem, w epoce blogasków każdy użytkownik bloxa czy tam blogspota jest dziennikarzem. W dobie onetu umiera ortografia i kona w mękach kultura. A teraz spójrzcie na ten wielki, koszmarny przemiał jakim jest polska społeczność internetowa i powiedzcie sami czy internauta internaucie równy. A chuja tam równy. Szufladkowanie to rzecz zła, niedobra. Osoby na padołku mamuni uchowane, które z wyjebaną w kosmos emfazą deklamują wszem i wobec, przy stosownej lub niestosownej okazji, że "ludzie kulturalni nie przeklinają" popełniają błąd założycielski. Przekleństwo nie raz, nie dwa, solidnie się należy i pasuje w sam środek zdania jak dupa w fotel. Tak, tak moi drodzy. Może szok to dla was i trzęsienie ziemi, ale pospolita kurwa, najpiękniejsze z polskich słów, może nie raz, nie dwa, być takim samym środkiem wyrazu, jak metafora, onomatopeja, czy inne trudne słowo.

No, to teraz muszę tylko wyplątać się ze stwierdzenia, że dresy spod bramy, pizgająca "kurwami" na lewo i prawo gównażeria i żule zza Żabki to de facto werbalni poeci i oratorzy, jak się patrzy. Klasyfikacja nie powinna być skomplikowana. Użycie bluzgu musi być świadome i adekwatne. Bo widzicie, dresa życie i proces komunikacyjny nie są skomplikawane, obliczone dokładnie tak, żeby nie przeciążać połączeń mózgowych odpowiedzialnych za produkcję słów. I jak kurwa napierdalasz z ziomami to jest kurwa chuj i nie ma problemu. Jak ruchasz swoją świnię, to też nie ma problemu, bo słowa nie są zaangażowane w proces. Najwyżej jebniesz kurwę w ryj, jak ci zacznie marudzić. I tyle. Kwestia rozróżnienia i okazjonalnego świadomego zastosowania bluzgów zaczyna się na wyższym stopniu ewolucyjnym. Wtedy możesz sobie stosować podświadomie kurwy, jako przecinki, kiedy łoisz procenty z kumplami na barze, bo ich to nie rusza, ale zaczynasz się hamować, a przestajesz chamować, kiedy rozmawiasz z kobietą, w obawie coby się za chama z obory nie wzięła. I to jest podziwu godna inicjatywa, bo angażuje wysiłek intelektualny wymierzony w skontruowanie zdania, bez domyślnych "przecinków" oraz odnalezienie salonowych odpowiedników "pierdolenia" i "jebania", wtedy przestajesz napierdalać, a zaczynasz mówić, zaś wykurwisty film bądź kawałek staje się jeno kawałkiem fajnym ,tudzież świetnym. To jest pierwszy krok do świadomego i pełnoprawnego stosowania bluzgania. Kiedy napotykam w środku komunikacji miejskiej młodzież gimnazjalną, przerzucającą się tekstami "Ale kurwa się najebaliśmy", załączam sobie zen i odwracam wzrok od ich tępych ryjów. Kiedy słyszę, jak podobna młodzież stosuje przecinki, wyśmiewając między sobą prosty świat dresów i mowę na trzy paski, to myślę sobie, że będą z nich ludzie może. Czujecie różnicę, prawda? Bluzgów używają dresy, żule i kretyni domyślnie. Bluzgów używają pisarze, mówcy, erudyci, salonowe lwy i literaci dla podparcia tezy, wzmocnienia akcentu i przyjebania z grubej rury, ogólnie rzecz biorąc. Dlatego stwierdzenia, że dżentelmani nie klną skwituję ponurym śmiechem. Nie klną gejki leśne i ludzie, którym nie przystoi, z racji okoliczności. U kobiet klasyfikacja może być trudniejsza, ale chyba każdy kto ma mózg wyczuje jakoś ten subtelny złoty środek, między prostą szmatą z poziomu ewolucyjnego dresa, a półzakonnicą i grzecznie wychowaną pensjonarką.

Więc mówię wam, nie opłaca się być dżentelmunem z pensjonarskich wyobrażeń. Co ci po tym, że zachowasz wtrzemięźliwość języka i kobietę w drzwiach przepuścisz, kiedy zawsze możesz trafić na jakąś popierdoloną feministkę, z mentalnością bakterii beztlenowej, która oskarży cię i tak o chamstwo, świństwo, dysrespekt i gwałt analny od razu. Bo niby po co miałbyś ją puszczać przodem, co? Dobra, trochę szowinistyczna dygresja mi się tu wywiązała, ale w końcu jestem chamem i dzięki temu mogę sobie kurwami rzucać w swym kąciku kiedy mam ochotę. Kurwa mać. Dobranoc.

Thrill me, kill me..

gawithpl
Ale film wczoraj w nocy widziałem. Nie genialny, nie oryginalny, chyba nawet nie świetny, a jednak coś w sobie miał, że pomyślałem sobie tylko: "wreszcie". Wreszcie jakiś fajny dreszczowiec, wreszcie naprawdę solidny horror, w którym element grozy nie polega wyłącznie na brzydkich i parszywych stworach, które z hukiem znienackiem wyskakują w kadr, wprowadzając kontrolowane palpitacje serca. Wreszcie film, który grozę czerpie z mozolnie budowanego klimatu, a napięcie od pierwszej do ostatniej minuty jest tak gęste, że można kroić je nożem, bo niemal rozsadza czerep. Aha, mówię o filmie Nieznajomi. To coś, jakby Funny Games, tylko że fabułę można streścić w jednym zdaniu podrzędnie złożonym. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że jankescy filmowcy horrorowi w końcu się przełamali i wykręcili coś, co nie jest daremną kopią japońskiej produkcji i bez tanich, bombastycznych efektów grozy trzyma się kameralnej atmosfery. Lubię takie filmy. Lubię kiedy straszy się mnie poprzez umiejętne dawkowanie napięcia, straszenie samym strachem, który to kryje się w skrzypiącej szafie, starej płycie gramofonowej, ciemnym lesie, albo pukaniu do drzwi w środku nocy. Z niekłamaną przyjemnością ogląda mi się takie rzeczy, po seansach z gównem typu amerykańskiego Oka, którego konstrukcja opiera się na takiej samej zasadzie, jak tych hoax stronek internetowych, które żartowni kumple wysyłają ci z subskrybcją "Znajdź pięć różnic na obrazku. Aha i włącz głośniki". Doskonale przewidywalny zawał serca. I do tego gówniarze na sali, którzy histerycznie drą mordę przy każdym strasznym duchu, który z zaskoku wpieprzy się w kadr. Filmowy koszmar, czyli rutyna. Tu wracamy trochę do korzeni horroru, czyli lęku, jako takiego. Nie śmiem twierdzić, że The Strangers to jest film idealny, bo nie jest. Pęczki są podobnych fimów, utworów o tym, że pojebańce wszelkiej płci i maści są wśród nas i czyhają na każdym kroku. Wiem. Ale dobrego thrillu nigdy nie za dużo, moim zdaniem. Tymbardziej, że dopadało mnie ostatnimi czasy wrażenie niewiarygodnej indolencji śród amerykańskich horror makerów. Po tym filmie odetchnąłem trochę z ulgą. Trzeba wszak pamiętać, że jest to reżyserski debiut Bryana Bertino. I jest to debiut całkiem, całkiem udany, stąd zaryzykuję stwierdzenie, że będą z pana Bryana ludzie i być może jeszcze nie raz wystraszy z nas gówno (Fuck, czemu nie mamy normalnych, polskich odpowiedników takich fajnych określeń, jak scare shit out of me?). Pod warunkiem, że pan Bryan nie zacznie wiercić dramatów obyczajowych i nie rozmieli talentu na drobne, jak nie przymierzając M. Night Shyamalan. Zdobył u mnie kredyt zaufania świetnym Szóstym zmysłem, a potem ów kredyt przepieprzył na duperele i nigdy go nie spłacił. Stąd kondycja horroru mnie zamartwiała od czasu do czasu. Nie żebym nie miał większych zmartwień, ale taka figura stylistyczna mi tu pasiła. Gdyby Stephen King nie żył, mógłby przekręcić się w grobie, na widok tego, co filmowcy robią z jego książkami. Ale żyje, ma się chyba jeszcze całkiem dobrze, więc przekręca się najwyżej w bólu pleców, kiedy dostaje czek za wpływy z adaptacji swoich dzieł. Gdzie się zapodziały dziś takie perełki jak Lśnienie albo Misery. Nie ma żadnego nowego Kubricka, który oczyściłby imię horroru, zbrukane w ostatnich latach holyłódzkimi podróbkami dalekowschodnich patentów? Nieznajomi tchnęli we mnie taką małą nadzieję. Chociaż po takiej rekomendacji możecie się spodziewać nie wiadomo czego, a cholera wie co dostaniecie. Zatem sprostuję, że nie jest to żaden przełom, ale bardzo przyzwoity dreszczowiec, jakiego nie widziałem od dłuższego czasu. Dreszczowiec, który straszy przez pobudzanie wyobraźni. Im bogatsza ona, tym zabawa lepsza. Straszy przez budowę klimatu, nie przez makabreskę, czy improwizowane ataki serca. Jak dla mnie nigdy nie za wiele takich filmów. Dobry horror pozostanie dobrym horrorem, choćby wiele z jego założeń było fabularną kliszą. The Strangers robi dobre wrażenie, w towarzystwie kompostu, który zatruł ten gatunek. Wreszcie dostałem film, który przetrzymał mnie w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty, a nie tylko w końcówce, jak niedawne [REC]. I ogólnie polecam Nieznajomych, jeżeli ktoś jeszcze nie zrozumiał przesłania tej notki.

Umieranie zmienia wszystko

gawithpl
Wiedziałem, że House mnie nigdy nie zawiedzie. Pierwszy odcinek piątego sezonu jest wielki! Jak do tej pory każdy kolejny sezon doktorka podobał mi się bardziej od poprzedniego. Zobaczymy, czy fala wznosząca się utrzyma. Ale zacznijmy od początku. Dlaczego tak bardzo kochamy Doktora House'a...
Nie, no. To taki żart oczywiście. Cytowanie jego genialnych one-linerów i cynicznych złośliwości to jak próba streszczenia historii wszechświata w trzech zdaniach. Umówmy się po prostu, że wszyscy House'a uwielbiamy. Jeżeli nie lubicie House'a... to skąd się tu wzięliście? Jeżeli House'a jeszcze nie znacie... to co tu jeszcze robicie? House to serial tak prosty niby, a skomplikowany zarazem. Medyczne zagadki, w prawdziwie kryminalnym stylu mieszają się z codzienną obyczajowością, a komedia z dramatem. I ten drugi mix lubię chyba najbardziej, bo kiedy odpalam kolejny epizod House'a nie wiem nigdy czego się spodziewać, nawet wbrew pozornej wtórności wewnętrznej serii. Epizody humorystyczne i przeładowane optymizmem poprawiacze nastroju sąsiadują z odcinkami wyjątkowo smutnymi i depresyjnymi. Jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, czy trafisz słodkie likierowe nadzienie, czy gorzki kawałek. Grunt, że nigdy w tym pudełku nie trafiały się wyroby czekoladopodobne, czy inne półprodukty. Gdybyście mieli wątpliwości, czy wciąż mówimy o serialu, dodam że stałym gwarantem jakości jest Hugh Laurie, który uczynił z House M.D teatr jednego aktora, kreując niezapomnianą postać i z wszech miar słusznie zgarniając glob za globem. Cynizm oraz życiowa filozofia House'a, sprowadzająca się przeważnie do braku życiowej filozofii i doszczętnego wydrwienia tejże, jest mi bardzo bliska. Ze wszystkich bohaterów filmowych, książkowych itd. Greg House jest mi postacią najbliższą mentalnie. I ogólnie House rządzi, jakby ktoś nadal nie rozumiał przesłania tego tekstu.
Powiedzmy, że jak nie mam w zwyczaju płakać w kinie, przed srebrnym ekranem, whatever, tak finał 4 sezonu całkowicie mnie rozstroił i uruchomił aktywność spojówek. Odbieranie filmu na poziomie fizjologii osobiście wiele dla mnie znaczy. Ale dosyć tego rozmemłanego pierdolenia pensjonarki. Każdy ma swoje czułe punkty. Po tamtym dramatycznym finale main pointem piątej serii powinna być oczywiście relacja House - Wilson. I pierwszy odcinek fantasycznie nas wprowadza w ciąg zmian, jakie szykują się na tej linii. Świetnie napisany i skonstruowany odcinek, w oparciu na trzech kontrapunktowych historiach: nowej pacjentki, Trzynastki i Wilsona. Historie, które przeplatają się, tworząc wielopłaszczyznową analogię, na ostatniej prostej rozbiegają się i tworzą totalnie niekonsensualny protokół rozbieżności. Pośród tych historii House pozostaje sam, zmuszony do przedefiniowania swojej życiowej filozofii, by ocalić to, co kocha, a do czego nigdy się nie przyznaje. Strasznie poetycki bełkot stworzyłem, wiem, ale jesteście mądrzy ludzie, więc pewnie się domyślicie o co mi chodzi. Dokładnie tak się robi świetne scenariusze. "Almost dying changes nothing. Dying changes everything."

Orzeły i Anieły.

gawithpl
Nowy odcinek PB jest bardzo, bardzo zły. Jest tak zły, że już nawet nie śmieszy. To po prostu boli. Nie wierzę, dosłownie nie wierzę, że to pisali ludzie odpowiedzialni za poprzednie sezony. No bo jak, wytłumaczcie mi proszę jak można pisać tak gówniane scenariusze i tak żałosne dialogi? Chyba za wcześnie pochwaliłem ich tydzień temu, bo przy tym epizodzie odwalili taką manianę, że dosłownie brak mi słów. Od pierwszej do ostatniej minuty nie było tam nic dobrego. Nie dość, że głupota, to jeszcze nuda, nuda, płycizna fabularna oraz umysłowa i jeszcze raz nuda, nuda, nuda. Nuda.
Scena pierwsza. Sara i Michael. Bardzo zła scena. Myślałem, że szczyt irytacji przeżyłem już przy Kate i Jacku z Losta, którzy w każdej wspólnej scenie zachowują się jak para gówniarzy na pierwszej randce. Myliłem się. Sara opowiada Budyniowi i przy okazji niestety nam też, jak to na studiach lubiła przywalić w kocioł i potem budziła się zarzygana na środku jeziora. Michael robi się smutny, bo on w colledge'u się uczył i nie miał takich atrakcji. Tak cholernie romantycznie się zrobiło, że aż Sucre musiał skosić to całe napięcie erotyczne, oznajmiając że chłopaki mają kolejny przełom w żmudnym procesie jumania Bardzo Ważnych Dyskietek. Mongolski haker zajął się obrabianem filmiku o Bardzo Złych Ludziach z Firmy, który to filmik Budyń przyłapał w minionym odcinku swoją gadżeciarską motorolą. I nagle ku ogólnemu zdumieniu wszyscy odkrywają to, co śmiałem zauważyć już tydzień temu. Na filmie gówno widać. Ale cóż to za przeszkoda dla naszej dzielnej załogi. Haker robi mega zoom fotoszopem i odkrywają rejestrację samochodową. Numerów nie widać, ale jest malutka flaga. Turecka flaga. Szoda, że przy tym powiększaniu nie znaleźli napisu "Jeśli możesz to przeczytać - jesteś za blisko". Większe jaja by były. Oczywiście niezbędna okazuje się znowu pomoc Mahone'a. Gdyby nie on, pewnie przez pół odcinka zastanawiali by się co to za flaga i co to za kraj ta Turcja. No to wywnioskowali bardzo mądrze, że kolejną dyskietkę musi mieć turecki ambasador. Mądre z nich chłopaki. Jadą śledzić ambasadora. Jak zwykle bardzo dyskretnie. Odkrywają, że ambasador wcale nie ma Ważnej Dyskietki, tylko ma ją jego żona. Ta Dam! Pierwszy wielki zwrot akcji za nami. Reszta rozmywa mi się w oceanie bezsensu tego odcinka. Żeby ukraść dane z Ważnej Dyskietki chłopaki muszą przebrać się za panów policjantów. Oczywiście stroje muszą ukraść z jakiejś supertajnej bazy, zamiast sobie kupić w sex shopie, ale grunt, że podołali. Dzielne, dzielne chłopaki. Budyń, Lincoln i Alex idą na imprezę dla policjantów. I wbrew pozorom nie jest to wieczór panieński, tylko memorial. Na memioralu jest pani z Ważną Dyskietką w kieszeni. Musi to być rzeczywiście bardzo ważna dyskietka, skoro nigdy się z nią nie rozstaje. Na memorialu jest też sześć tuzinów policjantów. Oczywiście żaden z nich nie rozpoznał w tłumie dwóch najbardziej poszukiwanych zbiegów Ameryki. Good job LAPD. Good job!
W między czasie pani doktor Luz Sarita dowiaduje się, że przyjaciel jej taty, pan Bruce przyćpał za dużo magicznych grzybków w poprzednim odcinku i szlag go trafił. Sara dochodzi to jakże słusznego wniosku, że nie jest nikomu do niczego potrzebna w operacji jumania dyskietkiek, więc idzie do baru najebać się wodą sodową. Zwierza się tam bardzo brzydkiej i starej barmance ze wszystkich okrutnych i traumatycznych historii swojego dzieciństwa. Scena ta wycisnęła ze mnie łzy goryczy, tak gorzkiej, że musiałem ją przewinąć. Jak można pisać takie koszmarne dialogi? Jak można tak fatalnie grać? To była kolejna bardzo zła scena, której nie chcę oglądać nigdy więcej. Dlaczego nie mogli zostawić głowy tej kobiety w pudełku? No dlaczego?!
Na policjantowym przyjęciu udało się chłopakom zajumać zawartość ważnej dyskietki. Sztuczką służącą budowie napięcia były ponownie procenty downloadu na monitorze. Żeby podgrzać to napięcie do czerwoności zaserwowano nam scenę z paskiem downloadu aż trzy razy! Cholera, też nie lubię jak mi na rapidzie przerywa połączenie, przy 99% . Niestety Lincoln trochę skopał sprawę, bo przypakiem zabił jednego ze złych panów policjantów. Dawno nikogo przypadkiem nie zabił, więc rączki świerzbiły. Ale na szczęście to zły policjant był, więc nie ma grzechu, a bozia wybaczy. O wpadce Linc oznajmia bratu przepełnionym poczuciem winy głosem dziecka, które właśnie ukradło cukierek ze stołu, przed obiadem: "Znowu to zrobiłem, Mike." "Znowu, niedobry chłopiec Linc, niedobry. Ale nie martw się tatuś z mamusią wszystko naprawią". Agent przełożony załatwił im zgrabny coverup, puszczając famę, że pana policjanta zabili Ormianie. Pewnie się zastanawiacie, czemu nie Haitańczycy, albo rozpędzone nosorożce. A to dlatego, że to takie oczko do mądrych widzów, zaznajomionych z historią I Wojny Światowej. Strasznie mądrzy ci scenarzyści, co rusz to jakieś głębokie i chytre aluzje nam sprzedają. Normalnie, kurwa postmodernizm.
Wydaje się, że wszystko w odcinku potoczyło się ładnie, pięknie. Niestety, kiedy Sara upijała się w barze, długo i intensywnie wpatrując się w kieliszek, jakiś obwieś zakosił i wypróżnił jej kartę kredytową. W ten sposób namierzył ją Wielki Straszny Murzyn. Który. Nadal. Mówi. Bardzo. Mono. Tonnym. Głosem. Ale teraz będzie draka. Normalnie już się boję.
A teraz poproszę o wiadro.
Beznadzieja. Na szczęście już jutro na odtrutkę rusza piąty sezon najlepszego serialu FOX TV. New House in da House!

Jesienna ofensywa z Showtime

gawithpl

 

Showtime robi najlepsze seriale na świecie. Bądź, co bądź to stacja prywatna i może sobie pozwolić na znacznie więcej niż wszystkie FOX-y i ABC. Cycki i genitalia płci obojga przemykają w kadrze tu i ówdzie, rozczłonkowane zwłoki walają się po kątach, krew srogim leje się strumieniem. I jak tu, przy takim doborze środków zrobić zły show?

Showtime ma także jeszcze jedną zaletę, która objawia się na początku jesieni, tuż przed startem każdego sezonu. Ichnia baza danych jest szczelna jak iracka marynarka wojenna. Nie wiem czy to jakaś zmyślna strategia marketingowa jest, czy niedopilnowanie, ale cieszy mnie bardzo, że nowe odcinki Dextera i Californication hulają sobie po odmętach internetu, na parę tygodni przed własną premierą. Zakładam, że większość z was zna wspomniane twory popkultury, jednak kultura czytelnicza wymaga ode mnie wprowadzenia pewnego backgroundu, w kwestii tych produktów serialowych.

Dexter jest jednym z najlepszych seriali jakie znam. Dexter jest także jedną z najlepszych adaptacji filmowych jakie znam. Scenarzyści wzięli na warsztat sympatyczne, ale jednak krótkie i trochę chropowate czytadło Jeffa Lindsaya i zrobili z tego prawdziwy cukierek. Przewrotne, perwersyjne arcydziełko. Dexter to psychopatyczny, socjopatyczny morderca, przedstwawiony nam w taki sposób, że wprost nie da się go nie lubić. Niektórzy mają w związku z tym jakieś dylematy moralne, ja łyknąłem dwie serie bez mrugnięcia. Do trzeciej podchodziłem już z poważnym dystansem. Trzeba bowiem zaznaczyć, że scenarzyści z Showtime nie są jakimiś złotymi bożkami i dotyka ich ten sam problem, co wszystkich śmiertelnych rzemieślników-artystów. Nie wiedzą kiedy przestać doić jedną krowę i wziąć się za drugą. A niestety po pewnym czasie, z nawet najbardziej dojnej krowy przestaje płynąć mleko, a zaczyna... nie wiem co, ale jeśli chcecie tego spróbować najrzyjcie nowy sezon Prison Break. Bałem się w nowym sezonie Dextera przesytu. Ileż można ciągnąć wątek o zabijaniu? Wypada już, w takim razie zakończyć to wprowadzenie i odpowiedzieć, czy moje obawy się potwierdziły, czy wprost przeciwnie. Otóż ani to, ani to.

Rozczarowania nie było, bo odcinek 3x01 całkiem przyzwoitym odcinkiem jest, jeno jakiś taki on, bo ja wiem... nijaki. Nowa seria powinna zaczynać się tak, że o ja pierdolę, kurwa mać. Ciosem prosto między oczy. A tu niestety zapowiada się trochę wtórnie. Dex znowu wpadł i musi prowadzić śledztwo w sprawie własnego morderstwa. Tylko tym razem wpadł naprawdę poważnie. Nie dość, że nie zatarł śladów na miejscu zbrodnii, to jeszcze zabił niewłaściwą osobę. Po raz pierwszy w życiu złamał kodeks Harry'ego. Straszny gnój ponownie zapanował w jego życiu, tym razem jednak Dex reaguje na to wszystko podejrzanie spokojnie. Tak, jakby definitywne zerwanie z drogą Harry'ego odciążyło mu kamień z serca. Więcej nie powiem, żeby ewentualnie nie zdradzić komuś za dużo, a także dlatego, że specjalnie nie ma o czym pisać. Muszę tylko wspomnieć o trzech wątkach, które na razie zostały delikatnie nakreślone, a w kolejnych epizodach mogą się bardzo ciekawie rozwinąć:

- Wątek pana prokuratora (cieszy Jimmy Smits AKA Bobby Simone w tejże roli)
- Wątek Śledczego Quinna i jego zatargów z Wydziałem Spraw Wewnętrzych
- Dear Daddy Dexter.
Zwłaszcza tego ostatniego jestem bardzo ciekaw. To będzie dla Dextera prawdziwe starcie ze złem i najokrutniejszymi siłami ciemności. Wyobraźcie sobie jaki to punkt wyjścia dla nowych genialnych monologów. Może wreszcie Deksio zmieni płytę i przestanie pierdolić w kółko i bez końca, w myślach, jakim to jest strasznym potworem bez uczuć i zmieni płytę na bardziej psycholiczno-rodzicielską. Motyw śledztwa sam w sobie jest dla mnie wątpliwy. Ale czekam. Zdecydowanie czekam.

Californication. Przy tym serialu nie epatuje takim zachwytem, jak przy innych produkcjach Showtime. Lubię pierwszę serię, owszem. Obejrzałem ją jednym ciurkiem, bez większego niesmaku, zaśmiewając się od czasu do czasu. Zdaje sobie jednak sprawę, że ten serial jest kompletnie o niczym. Estetyczna wydmuszka i nic więcej. Jeśli ktoś nie wie, to głównym bohaterem jest Hank Moody, brawurowo zagrany przez Davida Duchovnego. Hank to pisarz i podtatusiały playboy, który cierpi na twórczą impotencję, ale tylko w tym pisarskim aspekcie, więc brak nowych książek rekompensuje sobie pykaniem kolejnych lachonów. I do tego, z grubsza sprowadza się akcja pierwszego sezonu. Formuła ta, moim zdaniem, się na tym właśnie sezonie wyczerpała. Zwłaszcza po przesłodzonym zakończeniu, które nam zaserwowano w finalnym odcinku. Ale jednak pienądz nie śmierdzi, więc kolejna powstała. I z przykrością muszę powiedzieć, że ta nowa seria zaczyna się dramatycznie słabo. Pierwszy odcinek nowego sezonu zniechęcił mnie na razie do tego stopnia, że drugiego jeszcze nie widziałem. Już uzasadniam, proszę państwa. Jego zarys fabularny przedstawia się następująco. Haniek idzie do weterynarza, bądź męskiego ginekologa, żeby się dobrowolnie ubezpłodnić i w ten sposób przyoszczędzić na prezerwatywach. Może w życiu każdego mężczyzny przychodzi taki dzień, kiedy wstaje rano i mówi sobie: "Od dziś chcę strzelać ślepakami". Nie wiem, wszystko jeszcze przede mną. Potem Haniek idzie na imprezę, gdzie przypadkiem wali minetę nie tej lasce, co trzeba, dlatego że ciemno było w pokoju, a on smaku nie rozpoznał w porę. Wybaczcie, ale z takich rzeczy to ja się mogę śmiać na American Pie, po trzech setkach i wypalonych lolku, a nie kiedy oglądam ponoć inteligentny serial. Od inteligentnej produkcji oczekuję jednak czegoś więcej, ponad to, co dostałem. Czegoś w stylu Weeds przykładowo. Sprośne to to przecież także, a jednak inteligentne jak diabli. Twórcy Kalifornizacji idą na jakąś łatwiznę, podczas kiedy Trawka ciągnie już czwarty zajebisty sezon.

Miejmy nadzieję, że Hank się podniesie po tej wpadce, a Dexter zacznie czarować jak kiedyś. Bo inaczej trzeba będzie sobie zrobić kolejną przerwę od tych wszystkich tasiemców. Póki co czekam na Doktora House'a. Przynajmniej wiem, że on mnie nie zawiedzie.

Włamanie do Internetu

gawithpl

 

Kontynuujemy rewizję Prisona. Tydzień szybko zszedł i kolejna odsłona przygód niezłomnego Budynia i jego średnio wykwalifikowanej załogi ujrzała światło dzienne.

Odcinek zaczyna nam Michael swoim kozackim wejściem do agenta Ostatniego Sprawiedliwego. Michael wkurwiony, bo go w chuja nieźle zrobili. Miała jedna dyskietka być, a jeszcze pięć trza zodbyć. Zonk. No to Scofield z mordą na agenta przełozonego. Jednak charyzma trochę stopniała, bo agent przełożony tupnął nogą i od razu cisza. "Tak panie agencie, prepraszam panie agencie, znajdziemy panu dyskietki, zachowałem się jak gówniarz. Może panu okna w domu umyć?". Wszystko gra. Dream Team wraca do pracy. Michael wyraźnie pozazdrościł dedukcji doktórowi House'owi, bo załatwił sobie identyczną tablicę i markery. Team porozsadzany na stołkach, pacjent gotowy, można zaczynać proces diagnostyczny. Michael zapisuje na tablicy różne supertajne rzeczy, które mają zniszczyć Firmę, tylko że nikt ich nie rozumie, więc wszyscy cicho siedzą. Dopiero Mahone wchodzi na scenę i robi nam przełom w śledztwie. "Spróbuj podkreślić na czerwono pierwsze litery w wyrazach, drogi Michaelu". "Och, dziękuję, drogi Aleksie. Bez Ciebie nie wpadłbym na ten supertajny kod". Oczywiście bez cienia złośliwości i z całą miłością świata. Teraz chłopaki wiedzą już gdzie, wiedzą co, nie wiedzą tylko kto i właściwie to gówno wiedzą, ale liczą, że po omacku gdzieś tam trafią. Jadą do Internetu, żeby ukraść maile Bardzo Bogatego Człowieka . A gdzie jest Internet, pytacie? Internet jest dobrze ukryty gdzieś na pustyni i tylko wojsko i prezydent znają lokalizację. Ale to zdolne chłopaki są, więc im się udało. Michael i Haker włamują się do Internetu, Lincoln patrzy przez lornetkę, a Sara zarywa do woźnego. Niestety woźny zrobił się zbyt natrętny jak na pierwszą randkę, więc Michael musi ratować Sarę od kontaktu z obleśnym okruchem. W tym celu Michael używa swojego genialnego planu awaryjnego, który sprawdzał się już wielokrotnie, w każdym sezonie i w każdej sytuacji. Włącza alarm. Pamiętajcie dzieci, taką lekcje Prison Break wam niesie, gdy dzieje się źle, trzeba włączyć alarm. Haker ukradł maile z Internetu, jednak powstał nagle problem niesłychany. Drzwi się zamknęły, a Michael i Haker utknęli w Internecie. Żeby tego było mało, z Internetu zaczęło wysysać tlen. U Budynia słabo z wydolnością ostatnio, u Hakera jeszcze gorzej, więc dzwonią do Lincolna, żeby przyszedł im okno wybić i uratować. Linc juma siekierkę, robi JEB i jest git. Wracamy do bazy. Okazuje się, że ukradli tylko reklamy powiększania penisa i wiagry. Czyli na jedno wychodzi. Okazuje się też, że Haker jedyny ma w tym środowisku instynkt samozachowawczy, jako że oświadcza wszem i wobec, że spierdala i dalej się nie bawi. Mahone robi mu kuku, więc geek wraca obrażony do kąta i idzie sobie pograć w Tibie. I wtedy źle się dzieje, za prawdę wam powiadam, dzieje się źle. Komp się zawiesza, co zwiastuje jedno. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego obcięła chłopakom środki trwałe. Nagle wszyscy tak przestraszyli się pierdla, że zaczęli w popłochu spierdalać we wszystkie strony. Nie pomyśleli żeby zdjąć z siebie mikroczipy z namierzaniem satelitarnym, ale spieszyli się, więc im wybaczę. Uciekają, uciekają i kiedy tak uciekają to Michael łamie kolejny supertajny kod z reklamy viagry. Chyba sam zacznę się swoim mailom przyglądać. No więc uciekają dalej, a policja goni ich aż do samej siedziby Firmy. Tam wszystkich łapią i zamykają. Koniec . The end.

A nie, sorry. Nie ma tak dobrze. Budyń robi telefonem komórkowym filmik. Na filmiku gówno widać, ale umówmy się, że widać Bardzo Złych Ludzi z Firmy. Agenta przełożonego zadowala taki obrót spraw i przedłuża operację na kolejne 10 ocinków. W między czasie widzimy też, jak rzeczony agent spogląda tęsknie na zdjęcie ukochanej, w związku z czym możemy być absolutnie pewni, że w którymś z kolejnych epizodów rzeczona ukochana zostanie zabita, porwana, uprowadzona et consortes.

Poza wątkiem dystkietkowym dzieje się w odcinku niewiele. T-Bag buchnął Świstakowi książkę, teraz buchnął mu mieszkanie i zamierza buchnąć robotę. Wielki Straszny Murzyn przez cały odcinek imprezę sobie urząda i przyćpawa jakiś syf z kolegą taty Sary. Ten przygłup już dwa razy dał dupy, kiedy miał swoje cele na muszce, a teraz zamiast się ratować to jakieś pikniki i strzykawy mu w głowie. Niech już go ktoś sprzątnie albo nauczy mówić więcej niż jednym tembrem głosu, bo dłużej kretyna nie zniesę. To chyba tyle. Jak na czwarty sezon to odcinek całkiem znośny był. Reunię Lincolna i Mahone'a nawet kupiłem. Jadą teraz na jednym wózku, cały czas jechali i Lincoln wreszcie to pojął.

Miałem wrzucić także notkę o nowym Dexterze i Californication, co uczynię w przeciągu najbliższych godzin/dni.

Wrześniowe wejście serialozy

gawithpl

Wróciłem z dalekiej podróży wreszcie, alegorycznie w każdym razie bądź. I akurat zbiegło się to ładne z nowym sezonem serialowym. Serialoza jest doprawdy chorobą straszną, bo jak raz cię wtopi, to przez kolejne dni masz łącze zawalone transferem kolejnych odcinków i później głowisz się gdzie to całe cholerstwo upychać i kiedy to oglądać. Ale na razie sezon jesienny zaczyna się lajtowo, od Prison Breaka. Nawał kolejnych rzeczy przyjdzie za parę tygodni, ale do tego czasu można spokojnie zająć chwile nowym przygodom Budynia.

PB jest serialem szczególnym, który darzę uczuciem podobnym, jak polską reprezentację piłkarską. Będę szitexa oglądać, bez względu na to jak mocno się stoczy. Obejrzę Budynia do końca i już. Choćbym miał sobie wydłubać oczy z indolencji twórców. Za dużo wspólnych lat nas z Prisonem łączy, żeby tak teraz zrywać. Po fatalnej trzeciej serii niczego dobrego się nie spodziewałem. I nic dobrego nie dostałem. Przynajmniej nie było rozczarowania.

Disclaimer: poniższa notka powstała pierwotnie jako pisany literalnie na kolanach i na gorąco post na forum o serialu. Stąd się wzięła przykra ilość błędów, analny banityzm autora i ogólna cepelia.

Odcinek pierwszy zaczyna się się od tego, że Michael przedstawia nam się z imienia i nazwiska. Na wypadek gdyby ktoś ich zapomniał. Potem celem dalszego przypomnienia strzeszcza nam niezbyt skomplikowaną, jak na 13 odcinków story z Whistlerem. Usuwa ze ściany swój mistrny plan zemsty. Plan zabicia agentki Gretchen strzałem w głowę wymagał miesięcznych przygotowań i ogarnięcia wielkiej tajemnicy pistoletu automatycznego, dotąd przez Michaela nie zgłębionej. Wielki plan angażował także obecność makulaturalnej ilości wycinków z gazet i zdjęć planowanych do odstrzałów tajnych agentów, które to zdjęcia Budyń prawdopodobnie ściągnął z oficjalnej strony internetowej Firmy, z działu KADRA. Tuż przed wyjściem Michael podpisuje list pożegnalny, skierowany prawdopodobnie do sprzątaczki hotelowej, która przy sprzątaniu uroniłaby łzę nad smutną historią jego życia. Michael wychodzi z pokoju łaknąc zemsty. W kolejnej scenie widzimy jak tajna agentka Gretchen próbuje zmolestować Whistlera w samochodzie. Wątek niestety nie został pociągnięty ze względu na rzekomą śmierć obojga. Ale o tym później. Whistler idzie do pokoju kupić Bardzo Ważną Dyskietkę. I tak w ciągu dwóch minut wyjaśnia się o co chodziło w poprzednim sezonie i po co komu obdarty rybak z Panamy. Otóż miał kupić Dyskietkę. Dyskietka jest bardzo Ważna. Tak samo jak Bardzo Ważny był wcześniej Whistler. Dlaczego Dyskietka jest taka Bardzo Ważna? Nie wiadomo. Nie sądzę, żeby scenarzyści mieli także pojęcie. Whistler jednak nie ma ochoty płacić za ważną Dyskietkę, więc zabija dwóch ludzi. Po co i dlaczego właściwie? Nie wiadomo.

Ale czekajcie jeszcze, bo dalej mamy takie akcje, że boki zrywać.
Michael idzie zabić Gretchen i Whistlera z zimną krwią, jak to sobie mozolnie zaplanował. Jak to każdy romantyczny mściciel wygłasza długą diatrybę przed strzałem, na co Gretchen mu odparowuje, że jest fajansem i nabrał się na inną głowę na jego Sara żyje. Michael, w wyniku głębokiego wzruszenia kupił deklarację bez kłopotu i pozwolił agentce Gretchen odejść w tejże tylko wiadomym kierunku, w bólu serca powtarzając imię ukochanej. Na na geniusza, którym rzekomo jest zachował się troszeczkę, delikatnie mówiąc, naiwnie. Ale dobra. Michael dzwoni do brachola, który dalej ukrywa się w Panamie, chociaż nie ma przed czym. Pyta się co słychać u rodziny i przyjaciół, gadają sobie o pogodzie, dupach i spalonym więzieniu, aż wreszcie Michael pyta braciaka, czy na pewno Sara nie żyje. Lincoln mówi, że na pewno, ale Michael woli wierzyć tajnej agentce, która chciała go zabić. Jak się potem okazuje słusznie. Minus dwa punkty inteligencji dla Lincolna. O ile można mieć poziom ujemny w tej grze. Żeby upewnić się czy Sara żyje Michael sprawdza forum internetowe dla hodowców ptaszków. Forum ma widocznie słabych moderatorów albo wcale, bo Majkol znajduje pomienione info. Okazuje się, że to Mahone pod fałszywym nickiem spamował forum o szczygiełkach. Powinni go tam zbanować! Ale do rzeczy.

Mahone i Whistler spotykają się z Michealem i przekonują, że oni są ci dobrzy i proszą, żeby im pomógł. Buduniowi już prawie serduszko miękło, kiedy Whistler dostaje kulkę w łeb. Ale nie smutajcie się! Jeśli napiszecie do scenarzystów odpowiedną petycję, to w następnym sezonie się okaże, że to była kulka od paintballa, a pan Whistler żyje. To by wyjaśniało dlaczego wtedy Wielki Murzyn nie rozprawił się Michaelem i Alexem, których też podług rozkazu miał zabić. Innym wytłumaczeniem które tylko dopuszczam była krótkowzroczność celownicza. Tylko proszę, nie osłabiajcie mnie i nie piszcie, że mu się naboje skończyły. Na pewno miał zapasowe w torebce.

Akcja jednak trwa dalej.

Lincoln zabija na ulicy jakiegoś pana, który próbował do niego strzelać. W ciągu ostatnich paru tygodni robił to niemaże hobbystycznie, ale teraz postanowił skończyć i poddał się policji, ktora pojawiła się nie wiadomo skąd. Dokładnie w tym samym czasie, jak w zegarku, dają się złapać policji wszystkie pozostałe postacie. Część właściwie bez żadnego specjalnego powodu, w końcu to policja i może sobie łapać kogo chce. Budyń spotyka się z agentem Ostatnim Sprawiedliwym, który oferuje mu tłusty deal. "Zrób pan za mnie całą robotę, to nie wrócisz do pierdla". Majkol odmawia, bo po ostatnich doświadczeniach już żaden pierdel mu nie straszny.

Budyń spotyka się z braciakiem, po długim rozstaniu i oboje olewają ofertę i wychodzą za kaucją. Majkol znajduje cudownie zmartywchwstałą Sarę. Rekin został przeskoczony. Przełknijmy tą żenadę z godnością i przewińmy do następnej sceny.

Budyń i Sara delikatnie zabawiają się ze sobą, w ubraniach, żeby nie było za ostro. Kiedy dochodzi do zbliżenia mamy off screen, bo dzieci oglądają. To co nastąpiło potem sprawiło, że prawie przepona mi już pękła. Kiedy kobieta płacze po seksie to może oznaczać dwie rzeczy. Syndrom złego dotyku, to jedna a tej drugiej sami się domyślcie z doświadczenia albo odpowiednich materiałów.

Tymczasem celem genialnej wprost strategii odstraszania Wielki Murzyn, o aparycji małpy z Konga Południowego, na zlecenie Firmy strzela w okno. W tym momencie poważnie zaczynam się o niego martwić i zastanawiać czy jest

a)ślepy
b)skończonym kretynem.

Jednak strzał podziałał, bo braciaki Michael i Lincoln, w obawie przed wstawianiem kuloodpornych szyb w oknach, albo ciągłym chowaniem się pod łóżko, postanowili przyjac tłusty deal Ostatniego Sprawiedliwego agenta. Tym samym Michael ocalił nas od katowania się kolejną ucieczką z więzienia. Dzięki Ci Michaelu, Budyniem zwany!
Agent Blondie przydziela Budyniowi dream team, złożony z co najmniej trzech przygłupów, których obecność w dalszej fabule jest dla mnie kompletną zagadką i zaczyna się quest.

Przed drugim odcinkiem (a bo FOX zaszalał i nam w premierę dwa zapodał, ot co!) musiałem przełknąć gorycz minionego epizodu i dojść do siebie po atomicznej dawce niezamierzonego absurdu.

Drugi odcinek zaczynamy od szefa wszystkich szefów zwanego papą smerfem, Generałem, Padmanem lub niemową. Przez dwa sezony nie doczekaliśmy się jego imienia, a to dlatego, że to super tajny szef jest i nie wolno nikomu zwracać się do niego po imieniu ani spoglądać mu w oczy. Tylko "Panie Generale" i wzrok w podłogę śmieciu. Szef szefów jest tak ściśle tajny, że przez całe dwa sezony się nie odzywał. A właściwie to w drugiej serii powiedział trzy słowa, a w trzeciej trzy zdania. No a teraz słuchajcie, bo się paranormalne zjawiska, normalnie zaczynają. On mówi! Nie lata co prawda, ale mówi! Wcześniej to z agentem Kimem musiał się na środku jeziora umawiać na kawuchę i pogaduchy, bo paranoicznie bał się, że ktoś go nagra, a teraz praktycznie morda mu się nie zamyka. Ale co ja się dziwię, w końcu PiS obalony, koniec z podsłuchami, braci Weasleyów szlag trafił z ich uszami dalekiego zasięgu, no to można gadać głośno supertajnie i do woli. Spoko luz. Kogo obchodzi taki durny szczegół jak konsekwencja, która podcina skrzydła najlepszym scenarzystom. Zapomnijmy o tym i przejdźmy dalej. Padman mówi Wielkiemu Murzynowi to samo, czym wcześniej dupę truł Billowi Kimowi. "Zabić Skofilda" i "Zabić Skofilda", płyta się dziadkowi zacięła, ale dobra tam. Wielki Murzyn na pewno da radę. W końcu tak skutecznie strzelił im w okno, że sprzysięgli się zniszczyć Firmę raz na zawsze. Co gorszego mógłby jeszcze zrobić?

Tymczasem na tym samym wybrzeżu trwa quest. Dream team Scofielda zostaje zaobrączkowany obrożami z czipem, żeby przypadkiem nie uciekli za daleko (ach Ziobro byłby dumny) i alklimatyzuje się w swoim nowym przytulnym gniazdku, gdzie mają wspólnymi siłami wymyśleć jak zniszczyć Firmę, wynaleźć colę bez cukru, wylądować na marsie przed Chińczykami i przywrócić pokój na świecie... a nie, wróć, tylko to pierwsze. Będzie im pomagał mongolski haker, który jest mądry, dobrze umie grać w komputer i ogólnie jest nawet całkiem fajną i sympatyczną postacią. Ekipa zaczyna głośno myśleć, z podziałem na role, Bellick i Sucre wtrącają się, jakby ich to obchodziło, chociaż jeden chuj wie, co oni tam właściwie robią. Lincoln siedzi cicho w kącie i udaje, że rozumie. Burza mózgów przynosi rezultaty. Decydują, że muszą się włamać do domu pewnego Bardzo Bogatego Człowieka, żeby zajumać mu dane z Bardzo Ważnej Dyskietki. Oby nie miał firewalla, bo jak się okaże, że jakieś lewe pornole na niej zapisywał to będzie zonk.

Tymczasem na drugim froncie Wielki Straszny Murzyn robi postępy. Licząc więźniów w słupku (nie zapomnij przenieść jedyneczki, pamiętaj, kurwa o jedyneczce!) dochodzi do wniosku, że Michaela i Lincolna nie ma wcale w więzieniu. Bystrzak z niego, że ho ho.
W Meksyku, T-Bag wraca z buta przez pustynię. Ale na pustyni mało wiewiórek, więc T-Bag głodny. Zatem zjada najpierw książkę, a potem zjada grubego Meksykanina. Do syta i bez grzechu. Do US and A podwożą go jacyś kolesie na quadach. Skąd się wzięli na środku putyni w Meksyku? Nie pytajcie, bo nie wiem.

Nasz dream team robi postępy w jumaniu Bardzo Ważnej Dyskietki. Wciągnęli w operację sprzątaczkę i ostatecznie podołali z koksem. Tylko, kurwa problem, bo się okazuje, że jedna ważna dyskietka nie wystarczy, żeby pokonać Firmę i potrzeba jeszcze pięć.

Michael tak się od tego wszystkiego zestresował, że aż okresu dostał i mu jucha nosem pociekła.
Przez kolejne 20 odcinków będą gonić za dyskietkami, aż na końcu pewnie dadzą dupy trafią do więzienia.

Ale za to kochamy Prisonka. Ja się nawet nie zdziwię, jak na końcu Michael i T-Bag uciekną razem zakochani. Byle tylko ten koniec kiedyś nastąpił.

Bojkot Olimpiady

gawithpl

 

Gdyby mnie w jakimś tam znaczącym, godnym odnotowania, stopniu obchodziły osiągnięcia polskich skoczków przez konia, rzucaczy kulą, machaczek rożnem i tym podobnych wyczynowców, musiałbym wzorem wszystkich tendencyjnych, zmanierowanych komentatorów - pizdeczek pierdolić nad fatalnym występęm polskich sportowców w Pekinie i biadolić, jak to kiedyś było zajebiście, jaka świetność, bo Atlanta i Barcelona przecież, a teraz wstyd i hańba i cały świat się śmieje. Wyszło kurewsko długie zdanie mi tutaj, i w dodatku równie bezsensowne jak owe pierdolenia odświętnych kibiców, którzy oglądają sobie wieczorkiem skrót wiadomości i załamują ręce nad brakiem medali. Ostatnio trochę się krążków posypało co prawda, więc trochę umilkli, ale to nie terminuje pomienionego zjawiska. Zjawiska, którego nie pojmuję. Na olimpiadę całościowo leję sikiem parabolicznym, ale coś tam najrzę czasem. Jakiś mecz siatkarek, czy innych szczypiorniaków, z ogromu tak interesującego repertuaru, jak skok tyczką, albo przez tyczkę, tudzież płot, czy płotki. Ale ja nie o tym, w zasadzie. Oglądałem mecz siatkarek, z kim - trudno powiedzieć, ale chyba z Japonią. Wygrywają tam sobie Japończynki 2:0. W studio załamka oczywiście, ale żyje nadzieja w złotka, no i złotka się odradzają i dopierdalają dwa sety na swój rachunek. Cała Polska wstrzymuje dech oczywiście, a złotka w tie-breaku przejebują 23:25. Czy coś takiego. I nagle ze złotek robią się tombaki, mamy w rejestrze rzeczoną klęskę narodową i kataklizm i ogólnie chuj ci w dupę Marcu Bonito i cała rzeszto sportowców jebanych. Szczegóły powyższego wydarzenia mogą w pewnym stopniu odbiegać od rzeczywistości, ale generalnie chodzi o tendencję. Co z tego, że obejrzeliśmy właśnie fajny, emocjonujący mecz z ich udziałem. Liczy się się tylko zwycięstwo albo klęska. System zerojedynkowy. Nie ma w sporcie not za styl. Wyjątkiem, rzecz jasna, łyżwiarstwo figurowe, ale umówny się, że drylowanie szparek w lodzie sportem nie jest.

Jednym z milej wspominanych przeze mnie widowisk sportowych był mecz Polska - Niemcy z Mundialu 2006. Tak, ten mecz i te mistrzostwa, gdzie te beztalencia nieloty zaznały sromotnej porażki, a winny wszystkiemu teh one, Janas, który tak owych zdemoralizował, słusznie zapłacił za tą porażkę wielkokrotnym zhańbieniem. Co z tego, że mecz był jak grecka tragedia i obrona Częstochowy, skoro te cechy antycypuje się jako negatywne. Mecz jest widowiskiem i dramatyzm jest cechą widowiska. Pewnie, że miło jest patrzeć na spektakularne zwycięstwo i cieszyć się sukcesami małymi, ale nie rozumiem jebania z automatu każdego, kto nie podpada pod tą kategorię. To tak, jakby gnoić każdy film, w którym główny bohater umiera na końcu, bo przecież musiał być miękką fają, że dał się zabić. Trochę z dupy ta analogia, przyznaję, ale nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, że coś jest na rzeczy.

Krytycy zawsze mogą użyć argumentu, że sportowcy się nie starali i stąd takie wyniki. I jest to argument sensowny, tylko, że większość napinaczy pozbawia się prawa do takiego sądu, nie przyglądając się wcale pracy rzeczonych sportowców, lub nie przyglądając się ze zrozumieniem. Większość kliknie w tabelę medalową i przeklnie skurwysynów, przez których jesteśmy trzy pozycje za trzecim światem w klasyfikacji. I tu się pojawia pytanie widmo "wiadomo" - dla kogo te sukinkoty grają/skaczą/biegają/rzucają? Dla widzów, czy dla sędziów.

Wspomnienia zginą w czasie, jak łzy w deszczu, a statystyki pozostaną, więc wychodzi na to, że liczy się tylko zwycięstwo, nie walka. Czy świat polubi teraz Chiny, bo natrzaskają sobie 180 nowych medali. Sami je naprodukowali, to niech mają. Ale i tak w dupę im tępym drutem z tymi medalami. Nie z zawiści bynajmniej. Tak po prostu, żeby nie było zbyt patetycznie na koniec.

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci