Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

All Hail The Underdogs!

gawithpl

Z tego, co się orientuję, amerykańskie prawybory praktycznie już pozamiatane, a mój ulubieniec ostatnich miesięcy Bernie Sanders ma już tylko, jak to mówią nasi komentatorzy soccera, matematyczne szanse na nominację. Szkoda. Nie moja sprawa, nie ma co się podniecać, można by wręcz rzec, a jednak naprawdę mnie jakoś tak podnosił na duchu widok tego siwego dziadka porywającego tłumy dzieciaków, które nie chcą całe życie tonąć w gigantycznych długach za wykształcenie.

CassidyBernieSanders1200

Cztery lata temu pisałem, że wyścig Obamy i Romneya był wyjątkowo ciekawy. Oh boy, jak w takim razie nazwać to, co dzieje tam za wielką kałużą teraz? Tłumacząc koślawo te prawybory na polską politykę, można by powiedzieć, że frajersko pokonany Ted Cruz to Andrzej Duda, triumfujący Donald Trump to Kukiz z częściowym poparciem PiSu, reprezentująca opcję status quo Hillary to Ewa Kopacz, a Bernie Sanders to taka Partia Razem w jednej osobie.

Ostatnie sondaże pokazują, że Donald Trump ma większe szanse wygrać z Clinton niż miałby z innym kandydatem rewolucjonistą, czyli Sandersem. Może to znak, że demokracja podąża tą drogą ożywienia, którą wskazuje Chantal Mouffe - powrotu do wielkiego sporu radykalnie przeciwstawnych idei zamiast suchej debaty w obszarze realpolitik. Zasiejmy ferment na najwyższych szczeblach!

Argumentacja wyborców Trumpa jest naprawdę bardzo podobna do tłumaczeń osób, które głosowały na Pawła Kukiza i jego ferajnę. "Żeby to wszystko rozpierdolił!". Dostrzegam jakąś pokusę w tej wizji, ale wyborców nie rozumiem, bo już bardziej mnie porywa narracja "Stick it to the man!" w wersji Berniego czy Razem, u której podstawy leży społeczny solidaryzm zamiast pustej frustracji. Jak mamy naprawdę coś zmieniać, to ja wolę wcisnąć ten guzik reset, a nie escape.

Ale cóż, underdodzy tak już mają, że mają pod górkę.

 

Nie jest dobrze, ale nic to...

gawithpl

W czasach szkolnych kilku moich kolegów faktycznie lubiło mesjanistyczne pierdolety Mezo, cwaniackie rymy Tedego albo łopatologiczne wynurzenia Donia, a dla mnie jedynym polskim hip-hopowcem, którego dało się słuchać, był Łona. Lubię go właściwie za dwie kultowe piosenki - tę o jechaniu po zioło i tę o Ojcu Rydzyku.

Ci przeklęci urzędnicy z Brukseli chcą rdzennie polski hip-hop na pył zmielić. Chcą nas zniszczyć, każde dziecko wie to o nich. Parszywi cykliści i wstrętni masoni. Chcą zrobić kuku naszej narodowej wierze przez szatańskie wersety ukryte w "Harrym Poterze".

Jeśli zignorujemy na chwilę Prawo Poego, to z komentarzy na jutube pod tym sycącym, ironicznym utworem można sobie indukować dwa nierozłączne trendy społeczne. Oczywiście młodzieżowy nacjonalizm i śmierć poczucia humoru. Jak ktoś muzyka nie wyzywa od lewackich kurew, to wykrzykuje triumfalnie: "On już wtedy wiedział, że dokładnie tak będzie!".

Kiedy teraz z kolei słucham nowej płyty artysty, zwłaszcza tego kawałka,

to znajduję potwierdzenie dla innej, tak niezrozumiałej dla polityków głównego nurtu diagnozy społecznej. Całą tę wynikłą z frustracji, narodowo-patriotyczną narrację kukizowców, korwinistów i innych winniczków, można by z powodzeniem podmienić na narrację klasową. I Łona właśnie to całkiem dyskretnie i sprawnie robi.

Optymizmu!

gawithpl

Pesymizm uskrzydla prawdziwie utalentowanych autorów, a mnie uniemożliwia tworzenie pogodnych i wesołych notek, jakie chciałbym pisać. Bo co wesołego może wydarzyć się w roku, który zaczął się powrotem do księgarń Mein Kampf? Polska nam brunatnieje w oczach, Europa obumiera rozczłonkowana, Ameryka też brunatnieje, jesienią pociąg historii dojedzie do zwrotnicy i ciągle nie wiemy, jak się zachowa motorniczy. I do tego od dwóch lat codziennie czekam godzinę na autobus do pracy.


68. Czasem czekam na przystanku i myślę już, że prędzej zobaczę tę liczbę we własnej metryce niż na czole nadjeżdżającego mobilu. Rozkład rozkładem, on będzie jeździł po swojemu. Bo są remonty. Rzeczywiście są. Rozumiecie - od dwóch lat. Na pętli nieraz obserwujemy w doraźnie zawiązanej, zziębniętej i wkurwionej komitywie pasażerskiej, jak sześćdziesiątki ósemki nadjeżdżają stadami i zatrzymują w bezpiecznej od elementu przewozowego odległości. W nagłówku każdego autobusu pojawia się napis Uszkodzony, a kierowcy solidarnie blokują drzwi i wybywają na socjalnego papierosa. Spróbuj podbiec i nakrzyczeć. Że godzina spóźnienia, że zimno, że skandal, że do prokuratury. Możesz zostać otrąbiony lub prawie rozjechany i jeszcze zapewnisz innym przystankowiczom aquapark, kiedy urażony autobusownik z impetem wjedzie w głęboką kałużę przed przystankiem. Rzadko więc ktokolwiek się wychyla. Chcieliście Unii, to macie Unię!, krzyknął ktoś raz do pozostałych przystankowiczów, obnażając kolejny grzech niewydolnej brukselskiej biurokracji.

Komunikacja werbalna z kierowcą autobusu przypomina zaś rozmowę z przebudzonym zimą niedźwiedziem. Spróbuj zapytać go, dlaczego przyjechał tak późno, spróbuj zażądać jego numeru identyfikacyjnego. Usłyszysz pogwar i burczenie, przerywane czytelnymi zwrotami "MPK", "ZTM" i "Kurwa". Dla poznaniaka to norma, ale dla przyjezdnego szok kulturowy. Wsiądzie taki z przystanku bez biletomatu do wehikułu bez biletomatu i w dezorientacji albo nabytym odruchu zwróci się po bilet do kierowcy. Przy farcie wyłowi z oburzonego burczenia informację, że bilety sprzedaje ZTM, a to jest przecież zupełnie, kompletnie inna firma niż ta, która wozi. Równie dobrze możesz pytać o kilo koksu.

Dlatego w błogie uniesienie wprawiła mnie surrealistyczna sytuacja, której byłem świadkiem kilka tygodni temu. Na pętli 68 wsiadła do autobusu kobieta bez biletu. W swojej nieświadomości zwróciła się do kierowcy, wedle opisanego wyżej schematu. Ten zaś oto, pewnie totalna świeżynka za kółkiem, nieobyty w tutejszych zwyczajach, mówi jej wyraźną prozą: Niestety nie sprzedajemy, ale wie Pani co, zatrzymam się na następnym przystanku, gdzie będzie biletomat i tam Pani kupi. I tak zrobił! Dwa stopy dalej - drzwi otwarte, uprzejmie czeka 30 sekund aż klientka nabędzie kupon na legalny przejazd i wsiądzie z powrotem.

A ja patrzę na zajście i w ciągu tych trzydziestu sekund czuję straszną dumę, bo nagle myślę, że żyję w jakimś kulturalnym kraju, a nie na dzikim wschodzie. I wydaje mi się, że zamiast wielkich historycznych projektów, takie małe coś wystarczy czasem, żeby być częścią tej tak zwanej zachodniej cywilizacji.

Tu chodzi o etykę w superbohaterstwie

gawithpl

Zack Snyder został zapisany w słowniczku krytyków jako antonim subtelności, ale wszystko, co dobre i piękne w jego filmie o Batmanie i Supermanie jest ukryte w niuansach, nienachalnych intertekstualnych nawiązaniach i polega silnie na przedsądach.

Marvel kręci swoje śmieszki według sprawdzonej receptury, joke-punchline-punch-oneliner, która najwyraźniej znowu przedefiniowała gatunek. Ja też je lubię, ale to nie znaczy, że muszę nie lubić czegoś odwrotnego. Choć lanie, jakie "Batman v Superman" przyjmuje od recenzentów jest w większości zrozumiałe, to sam tekst o "zamało humoru", którym ciska się w film jak głazem narzutowym, jest nietrafiony. Ekranizacje Marvela (z paroma wyjątkami - "Zimowy żołnierz", seriale Netflixa) to po prostu niedzielne kreskówki z lat sześćdziesiątych przetłumaczone na filmowy język i podrasowane oryginalnym dowcipem. Seria Zacka Snydera toczy się na zmianę w podbrzuszu grzesznych miast i pożodze wojny. Welcome to DC Universe. Zainstalowany tu wszechświat może być równie kreskówkowy, ale potwory, które w nim czyhają, są prawdziwe. Na przykład szajbnięty miliarder, który rozgrywa społeczne lęki i nieufność wobec autorytetów, żeby gromadzić władzę we własnych rękach.

Do tego świata nie pasują niestety idealiści jak Steve Rogers, żartownisie jak Tony Stark, ani zimni profesjonaliści jak Czarna Wdowa. Będzie w nim wielu mruków targanych wewnętrznymi sprzecznościami, niepewnością, uporczywą mantrą Carrie z piątego sezonu "Homeland" - "całe to cierpienie i nic się nie zmienia". Superman jest tu słusznie wyalienowany i postludzki prawie jak Doktor Manhattan z innej, całościowo trochę bardziej udanej, komiksowej adaptacji Zacka Snydera. Jego heroizm nie płynie z czystości serca, ale tego samego poczucia odpowiedzialności, które dręczyło Chrisa Kyle'a w "Amerykańskim snajperze". Inaczej niż w kanonie, rodzina Kentów od dziecka próbuje go chronić przed społeczeństwem, jak rodzice Elsy. Conceal, don't feel. A Superman na to "jak ze sobą żyć, nie podejmując odpowiedzialności za ludzkość?". Trudny moralny obowiązek, nie chęci. Kiedy więc świat wyklina swojego niechętnego zbawiciela, ciężar niepewności pociąga w niemoc, z którą trzeba sobie poradzić. 

Batman jest nawet ciekawszym przypadkiem. Bruce Wayne jako postać zostaje w tej serii przedstawiony po raz pierwszy, więc każdy element jego story arc powinien zostać teoretycznie wyłożony od zera. Zack zasadnie zakłada jednak, że Batmana wszyscy znamy jako archetyp, skoro jako bohater - w tej czy innej formie - towarzyszy nam od dziecka. Buduje więc jego wątek w sposób hipertekstualny, dokonuje dekonstrukcji mitu. Batman w wykonaniu Bena Afflecka porzucił swoje zasady, bo "tyle cierpienia i nic się nie zmienia". Spojrzenie, jakie wiesza na naznaczonym farbą kostiumie Robina (otwartym nawiązaniu do komiksu "Śmierć w rodzinie", w którym Joker zabija odwiecznego sidekicka nietoperza) mówi o tej postaci więcej niż powiedziałyby flashbacki i linijki dialogów. To jest Batman psychicznie rozchwiany, gniewem maskujący swój przytłaczający lęk i nieufność wobec reszty świata i wszystkiego, co obce. To Batman, który już nie wierzy w drugie szanse.

"Batman v Superman" jest więc filmem o spirali konfliktu, u podłoża którego leży wzajemne niezrozumienie, stare urazy i niepokój nakręcany przez żądnych władzy szaleńców. Nie wiem, co wy na to, ale dla mnie to brzmi bardzo współcześnie, jakkolwiek infantylne i sentymentalne może się wydawać podejście Zacka Snydera do tematu. Nie wiem jednak, czy to braku zrozumienia czy  wyrozumiałości doszukiwać się w kpinach z dwóch najbardziej poruszających fragmentów "Człowieka ze stali" i "Batman v Superman".

W przypadku "Man of steel" z niechęcią spotkała się scena, w której Clark z bólem serca zabija Zoda. Był to dla postaci moment definiujący. Superman właśnie zniszczył ostatnią żywą cząstkę własnego świata, żeby chronić wciąż obcą sobie ludzkość. Jego mrukliwość i podejście do zawodu superbohatera to w dużym stopniu psychiczne konsekwencje tamtej decyzji. Odpowiednikiem tej sceny w "Batman v Superman" jest moment szorstkiego pojednania tytułowych bohaterów. Wbrew memes jak ten powyżej, we fragmencie tym nie chodzi o to, że "nasze stare chodziły do tej samej szkoły = coś nas łączy = let's be buddies". To po prostu chwila, w której Batman po raz pierwszy spogląda na Supermana i dostrzega w nim człowieka. Czyjegoś syna, nie zagrożenie. Kogoś, komu mama śpiewała do snu i kochała ponad wszystko, a nie broń masowego rażenia. Wtedy Bruce Wayne, wobec wybudzonych z mroku własnej duszy wspomnień, przypomina sobie też dlaczego został Batmanem. Żeby żadne dziecko nie zostało pozbawione rodziców, jak on. Wtedy puszcza gniew i wraca rozsądek. Dla mnie była to mocna i emocjonalna scena, która trafia do sedna humanizmu opowieści o superbohaterach.   

Wszyscy skończymy w zupie

gawithpl

Po co te swary, i tak wszyscy skończymy w zupie.

W dawniejszych, niewinnych czasach, kiedy internet jeszcze nie umiał w jedną dobę przekabacić bezbronnej botki na stronę nazistów, widywałem na grupach dyskusyjnych ten kawałek wierszyka Brzechwy jako balsamik łagodzący co bardziej zażarte flejmy. Takie przypomnienie o marności od czasu do czasu dobrze zrobi każdemu.

Trailer komedii "Sausage Party" Setha Rogena najpierw bawi, jak stonerska rozmowa dwóch zjaranych ziomków (bo taka pewnie jest geneza tego błyskotliwego scenariusza), a potem okazuje się alegorią kryzysu wiary, podobnie jak jedna z najbardziej pamiętnych animacji mojego dzieciństwa - "Dzielny mały toster".



W "Tosterku" porzucone w leśnej chatce klunkry przeżywają egzystencjalny kryzys z powodu przekonania, że "Pan domu" je opuścił na zawsze, wyruszają więc w daleką podróż, by go odnaleźć, a wraz z nim światło życia. W "Sausage Party" widzimy ciekawszą perspektywę. Parówka Frank odkrywa straszną prawdę o sensie istnienia i wieczności, ale kiedy przychodzi, by ostrzec resztę jedzenia o marności, zostaje uznany za heretyka. Jak wielu z tych ludzi, którzy przypominają słowem i czynem, że też wszyscy kiedyś skończymy jako pasza, ale dla robaków.

Każdy sobie wyznaje, co chce i wyznacza własne cele, tylko dlaczego mam wrażenie, że ci, którzy pamiętają o marności są często po prostu bardziej przyzwoitymi ludźmi niż ci, co marzą o wieczności?

#OscaryTakieBiałe #LeoMusisz

gawithpl

640

Jeśli chodzi o kandydatów do nagrody dla Najlepszego Filmu, to nie zdążyłem obejrzeć "Brooklynu" i "Pokoju", ale jak Janusz Polskiej Blogonautyki Filmowej mogę już ocenić, że pierwszy i tak jest pewnie nudnym romansidłem, a drugi raczej nie ma szans na nic więcej niż Oscara dla Brie Larson, który wydaje się pewny. Co do pozostałych tytułów, to mam tym razem swojego faworyta w filmie, który jest też w zasadzie pewnym przegranym, bo chyba jako jedyny z nominowanych nie ma w sobie krztyny sentymentu, tylko cięty żart, pazurzasty komentarz społeczny i postmoralistyczną warstewkę narracyjną. To Big Short, film o globalnej ekonomii.

Kiedyś wszystko, co związane z ekonomią odpychało mnie jak różniczkowanie, aż publicystyka pokryzysowa ocuciła mnie prawie jak ten szpon w "Matrixie" wyciągający Neo z wanny z różowym glutem. Wtedy jakoś do mnie dotarło, że ekonomia jest nauką społeczną, którą napędzają najbardziej pierwotne ludzkie cechy, głównie chciwość i głupota, a nie jakieś niezachwiane matematyczne prawa, krzywe i dogmaty, które zacięte jak stara płyta społeczeństwo poddaje masowo w swych głowach reifikacji. "Big Short" może stanowić zamknięcie nieformalnej trylogii kryzysowej, tworzonej razem z filmami "Margin Call" i "99 Homes". Pierwszy opowiada historię ekonomicznego meltdownu z perspektywy bankierów, drugi z pozycji najbardziej bezbronnych ofiar tego gargantuicznego przekrętu, czyli ludzi, których banki wykopały z własnych domów, żeby zalać nieruchomościami pęknięcie w kapitale, które same wykuły. Najważniejszym bohaterem w "Big Short" jest natomiast widz. Czyli ty. Rozproszony, niekumający wiele z wallstreetowego żargonu, którym sypią moralnie relatywistyczne postacie. Film kupił mnie całkowicie już w scenie finansowych negocjacji, którą Ryan Gosling przerywa odwrotem ku kamerze, żeby powiedzieć widzom: "Wiem, że nic z tego nie jarzycie, więc Margot Robbie w wannie wyjaśni wam w prostych słowach, co to są kredyty hipoteczne typu subprime". Mężczyzna o prawidłowo działającej hydraulice nie słyszy już nic po słowach "Margot Robbie w wannie". Tak ma działać rynek finansowy, niczym magik odwracający uwagę konsumenta jakimś ładnym świecidełkiem, żeby wolną ręką wyciągnąć mu portfel z kieszeni. Kiedy na koniec filmu wraz z piosenką "When the levee breaks" wytaczają napisy końcowe, zastanawiamy się tylko, jak to możliwe, że nikt oprócz głównych bohaterów "Big Short" nie zobaczył tej pęczniejącej finansowej bańki z daleka, przecież to było tak oczywiste! Byliśmy zbyt zajęci marzeniami o własnym domu, własnym biznesie albo Margot Robbie w wannie. 

Drugim filmem w moim rankingu nominowanych jest Spotlight. Niestety mieliśmy pecha oglądać go w jednym rzędzie kinowym z panią, którą do rozpuku śmieszyła co druga linijka dialogu tego dość ponurego thrillera. 90 księży gwałciło dzieci, haha. Co tam "Marsjanin", "Spotlight" powinien wygrać Złoty Glob za najlepszą komedię. Oczywiście możliwe, że kobieta była tak upalona, że pękłaby z beki na dźwięk kolejnych przystanków czytanych przez lektora w autobusie, ale lubiąc wysuwać naciągane diagnozy społeczne, już podejrzewam, że to wyraz tego, jak temat pedofilii w Kościele jest postrzegany dziś. Otóż mamy jeden margines, który czyta "Nie" oraz "Fakty i Mity" i cały ten ciemny wątek współczesnej historii sprowadza się dlań do sprośnego rysunku rozochoconego księdza ganiającego ministrantów z pałą na wierzchu. Potem mamy drugi margines, który cały fakt wypiera ze świadomości. I mamy resztę społeczeństwa, która dawno przeszła nad aferą do porządku dziennego, bo przecież "nie warto niszczyć sadu z powodu kilku zgniłych jabłek". "Spotlight" to taki film, który przypomina, że były kiedyś instytucje, które nie pozwalały nad pewnymi rzeczami przejść do porządku dziennego. Zaginiony świat, w którym prasa papierowa drukowała coś więcej niż wczorajszy internet, a redakcja mogła sobie pozwolić na coś tak dzisiaj absurdalnego jak utrzymywanie zespołu pracującego nad jednym tekstem przez okrągły rok. Ile dziś taki tekst musiałby mieć kilknięć, żeby to się zwróciło? Ponadto to pierwszy prawdziwy film o dziennikarstwie, bez żadnych sensacji, anonimowych tipów, korekt tekstu tuż przed północą i rozmów z informatorami w ciemnym garażu. Oczywiście wzięło mnie na nim pełne wzruszenie, stąd szczerze życzę mu wygranej w niedzielę.

Zjawa natomiast będzie zapamiętana jako przykład nieco ekscesywnego poświęcenia dla sztuki. Zimno, spanie w zdechłym koniu i jedzenie surowej wątroby bizona przemawiają do wyobraźni mocniej niż sam film. Film, który jest rzeczywiście piękną robotą reżyserską, który rzuca widza w sam środek wydarzeń - czy to brutalny atak niedźwiedzia, czy grad strzał amerykańskich natywów, ale przy tym nie oferuje wiele dla duszy. Spodziewałem się po nim albo niesamowicie naturalistycznej i brutalnej opowieści w stylu powieści McCarthy'ego albo jakiejś indiańskiej mistyki czy wręcz magicznego realizmu. Tymczasem "Zjawa" jest trochę taka i trochę taka, a w efekcie trochę nijaka, a jednak sama realizacja - praca kamery, aktorskie poświęcenie, wybór plenerów - wystarczy, żeby zaprzeć dech.

Marsjanin to komediowy popis Matta Damona, który niczym nie zaskoczy niestety kogoś, kto przeczytał wcześniej świetną książkę Andy'ego Weira. Most szpiegu typowo spielbergowski wysyp proamerykańskich sentymentów, który w żadnym calu nie jest złym filmem, ale nominację zdobył zdecydowanie z rozpędu. Mad Max to perełka wśród tegorocznych blockbusterów, na której inne letnie hity mogłyby się wzorować, zarówno jeśli chodzi o efekty specjalne i pracę kamery, jak i wdrażanie "ideologii gender". Osobiście bym go nie nagrodził, ale cieszę się, że został doceniony.

Moje typy:

Najlepszy film. Wygra: "Spotlight". Mój głos: "Big Short".

Najlepsza reżyseria. Wygra: "Zjawa". Mój głos: "Zjawa".

Najlepsza aktorka. Wygra: Brie Larson. Nie widziałem żadnego z filmów nominowanych w tej kategorii, ale skoro już sam trailer "Pokoju" sprawia, że łzy cisną mi się do oczu, to in blanco przyznam głos faworytce.

Najlepszy aktor. Wygra: #LeoMusisz. Zastanawiam się nad tym mitem, że DiCaprio jest zawsze okradany z Oscarów i uważam, że tak naprawdę jedyna niesprawiedliwość, która go spotkała to brak nominacji za rolę w "Django". Niemniej kampania na rzecz "odszkodowania" dla Leo jest w tym roku tak nachalna, że internet będzie gotów podpalić Hollywood, jeśli aktor nie wygra za swoje cierpienia na planie "The Revenant". Ja też mu życzę jak najlepiej, ale gdybym miał patrzeć fenomenologicznie na nominowane filmy, to zagłosowałbym na Fassbendera.

Koniec końców

gawithpl

Archiwum X zostało re-otwarte. Jack Bauer ciągle nie dostał urlopu. Michael Scofield wychodzi z grobu prosto do więzienia. Herosi odrodzeni. Chata pełniejsza. Park wreszcie przyjmuje gości. Mad Max wiecznie żywy. Podobnież Rocky (choć ledwo). Galaktyka wciąż w pożodze. Jestem pewien, że za chwilę ktoś na spotkaniu w pokoju z dużymi stołami wyciągnie z krainy bitter endu również Doktora House'a i Dextera. Popularną współczesną opowieść, która po bożemu ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie trudniej już znaleźć niż czarnego republikanina (albo nominowanego do Oscara). Ale nowe dokrętki to stara śpiewka - zawsze były i jedyne co mogą zrobić źle, to zaciągnąć historię po urwanym torze w przepaść. Uniwersa zaś, czyli nowy model franczyzowy, który zastąpił najmodniejsze 15 lat temu trylogie, to odmienna bajka, bo w tym rozkulanym przez Marvela trendzie żadna historia już nie jest zamkniętą całością, a każdy wątek wyrasta na nową gałąź, aż nie idzie już tych chaszczy objąć wzrokiem ani kosą. Nic się nie kończy, nic nie umiera, wszystko rozrasta we wszystkie strony. Jak to wszechświat, prawda. Przemysł kulturowy zamiast zwykłego rozciągania robi takie ekstremalne pompowanie klasycznej, dobrze funkcjonującej od tysięcy lat strukturze opowieści. Dlatego dobrze, że jest film jak "Deadpool", który ten nadęty balonik tak trochę dźga. Autorzy tego scenariusza nie udawali, że jest on o czymś innym niż o innych opowieściach. "Deadpool" magicznie sprawia, że nawet takie tytuły jak "Wolverine: Origins" albo "Zielona Latarnia" przestają być tylko dennymi filmami, a stają setupem dla puenty całkiem dobrego dowcipu. 

Największą supermocą Deadpoola jest przebijanie czwartej ściany, a coś jest takiego w tej sile, że zmienia zawsze opowieści w żarty. Jakby przyznanie racji istnienia zewnętrznemu obserwatorowi burzyło całą wewnętrzną integralność historii i każde jej święte prawidło sprowadzało do kilku heheszków. Skoro więc tak już postawiliśmy sprawę i wiemy, że tak zwane Kinematograficzne Uniwersum Marvela (i jego odnogi należące kapitałowo do innych wytwórni) nie jest żadną opowieścią, ale dowcipem, to myślę, że jego doskonałym panczlajnem będzie filmowa wersja tego komiksu, w którym fabułę plotą tylko nerdowskie rozmyślanki o tym, czy powiększony cząsteczkami Pyma Mjolnir mógłby zabić Thora, a każda kolejna śmierć jest tylko nowym śmieszkiem. Bo przecież każda tragedia powraca jako żart. Czy jakoś tak. 

lSqm2Um

 

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci