Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

Muddy Waters

gawithpl

"Orange is the new black", który półtora roku temu nazwałem optymistycznym serialem o wynajdywaniu siebie na nowo i który z lekkością zdobywał nagrody w kategoriach komediowych, przepoczwarzył się w ostatnich dwóch sezonach, prawie jak jakaś wielka amerykańska powieść, w tę mroczną i potężną alegorię napięć rasowych i narodowych w społeczeństwie dławionym przez interesy bezwzględnych korporacji. I jeszcze nastąpiło to wszystko bardzo gładko i organicznie. Szanuję. Błotniste wody, prawda. 

Szkoda, że trochę jakby potonęły w nich tak pięknie wcześniej pomyślane i unikalne tożsamości wielu postaci. Ale coś w tym jest, że można ambitnie opowiadać albo o wielkich ideach albo o ludziach, rzadko o jednym i drugim.

Chopping onions

gawithpl

W ramach kolejnej reanimacji tego bloka odpowiem na kolejny łańcuszek, do którego mnie powołała kol. Hołka. Chodzi o to, żeby zdradzić swój popkulturalny sekret, a że nie do końca wiem co to znaczy (oglądanie hentaiów? To chyba już mainstream), to również pójdę tropem filmów, które sprawiają, że płaczę jak dziecko, któremu szampon wpłynął do oczu.

Pominąwszy oczywiste przypadki, które nie powinny nikogo wstydzić (kto nie wydalił chociaż jednej łzy na "Pokoju", może od razu zgłosić się na policję jako potencjalnie niebezpieczny socjopata).

Jest jeden motyw fabularny, który w dobrym wykonaniu zawsze mnie porusza i wywołuje tę samą smutno-ucieszną emocję, którą odkrywa na końcu główna bohaterka "Inside out". Szlochy, patos, tragedie i heroizm mogą po mnie spływać, ale coś mnie tyka, kiedy na ekranie choćby cząstkę człowieczeństwa (słabość, odruch ludzki) pokaże postać, po której się tego wcale nie spodziewamy.

Futurama. To taka lekkostrawna komedia z inteligentnym humorem, ale ma kilka odcinków uniwersalnie uznanych za emocjonalne bomby atomowe. Na odcinku z pieskiem płakał każdy, ale mnie bardziej nawet sponiewierał epizod "Luck of the Fryish". Krótko tłumacząc: Fry i jego starszy brat dorastali w relacji przypominającej relację mięso-tłuczek. Starszak lubił młodszemu dokuczać, co w braterskiej relacji chyba w sumie niezwykłe nie jest. Punkt startowy serialu jest taki, że Fry wpada do zamrażarki w Sylwestra 1999 i zostaje uwolniony dopiero 1000 lat później. W tym odcinku bohater dowiaduje się o swoim niesfornym, nieżyjącym już od setek lat bracie czegoś, co silnie wytrąca go z równowagi i pogłębia urazę. A potem następuje twist, który stawia odkrycie w innym świetle i uzmysławia Fry'owi, jak głęboko brat przeżył jego zniknięcie. Moment, który bierze z zaskoczenia, jak ładunek gazu łzawiącego wrzucony przez okno.

Podobnie wzruszył mnie degenerat Frank w ostatnim sezonie "Shameless". Najgorszy ojciec świata, który okazał się nagle jedynym wsparciem dla samotnej, ciężarnej Debbie.

Tragiczna śmierć jednego z głównych bohaterów "Good Wife" nie zrobiła na mnie wrażenia, aż do momentu, kiedy usłyszał o niej największy serialowy cynik i oportunista David Lee i z kamienną twarzą przemaszerował całą kancelarię, żeby dopiero w zaciszu własnego gabinetu wydać pojedynczy szloch.

Finał "Breaking bad" też raczej zniosłem dzielnie, aż tu Walt o pustych oczach wykrzesał w sobie resztkę współczucia dla Jessiego i ocalił mu życie.

Takie momenty w filmach są jak pęknięcie tamy, awaria zaworu, uderzenie hydrauliczne. Może po prostu udowadniają, że łatwo wybaczyć chamowi, jeśli choć raz na jakiś czas okaże się człowiekiem.

Zapisz

Wyższy poziom blogowania

gawithpl

Jak może zauważyliście, nie piszę ostatnio za często. Plan jest taki, żeby pisać więcej, tylko pod nowym adresem. Ciągle trwają, hm, intensywne prace nad wyglądem strony głównej i treściami, ale trochę mi smutno, że od czasu uruchomienia wersji beta kilka moich wpisów zdezaktualizowało się, nim ujrzały je tysiące użytkowników, więc w ramach sneak peaku linkuję je tutaj.

Tu ja o tym, dlaczego szósty sezon "Gry o tron" był najlepszy ze wszystkich.

Tu o tym, że Szkoci chyba zarobili na niepodległość (to się akurat stało bardziej aktualne).

Tu o ostatnich rewelacjach na temat teczek Kapitana Ameryki.

Tu o książce "Ready Player One" i przyszłości kapitalizmu.

Tu o "Civil War" i o tym, czemu w tym roku superbohaterowie tak się kłócą.

Oczywiście feedback na temat wyświetlania strony też mile widziany.

All Hail The Underdogs!

gawithpl

Z tego, co się orientuję, amerykańskie prawybory praktycznie już pozamiatane, a mój ulubieniec ostatnich miesięcy Bernie Sanders ma już tylko, jak to mówią nasi komentatorzy soccera, matematyczne szanse na nominację. Szkoda. Nie moja sprawa, nie ma co się podniecać, można by wręcz rzec, a jednak naprawdę mnie jakoś tak podnosił na duchu widok tego siwego dziadka porywającego tłumy dzieciaków, które nie chcą całe życie tonąć w gigantycznych długach za wykształcenie.

CassidyBernieSanders1200

Cztery lata temu pisałem, że wyścig Obamy i Romneya był wyjątkowo ciekawy. Oh boy, jak w takim razie nazwać to, co dzieje tam za wielką kałużą teraz? Tłumacząc koślawo te prawybory na polską politykę, można by powiedzieć, że frajersko pokonany Ted Cruz to Andrzej Duda, triumfujący Donald Trump to Kukiz z częściowym poparciem PiSu, reprezentująca opcję status quo Hillary to Ewa Kopacz, a Bernie Sanders to taka Partia Razem w jednej osobie.

Ostatnie sondaże pokazują, że Donald Trump ma większe szanse wygrać z Clinton niż miałby z innym kandydatem rewolucjonistą, czyli Sandersem. Może to znak, że demokracja podąża tą drogą ożywienia, którą wskazuje Chantal Mouffe - powrotu do wielkiego sporu radykalnie przeciwstawnych idei zamiast suchej debaty w obszarze realpolitik. Zasiejmy ferment na najwyższych szczeblach!

Argumentacja wyborców Trumpa jest naprawdę bardzo podobna do tłumaczeń osób, które głosowały na Pawła Kukiza i jego ferajnę. "Żeby to wszystko rozpierdolił!". Dostrzegam jakąś pokusę w tej wizji, ale wyborców nie rozumiem, bo już bardziej mnie porywa narracja "Stick it to the man!" w wersji Berniego czy Razem, u której podstawy leży społeczny solidaryzm zamiast pustej frustracji. Jak mamy naprawdę coś zmieniać, to ja wolę wcisnąć ten guzik reset, a nie escape.

Ale cóż, underdodzy tak już mają, że mają pod górkę.

 

Nie jest dobrze, ale nic to...

gawithpl

W czasach szkolnych kilku moich kolegów faktycznie lubiło mesjanistyczne pierdolety Mezo, cwaniackie rymy Tedego albo łopatologiczne wynurzenia Donia, a dla mnie jedynym polskim hip-hopowcem, którego dało się słuchać, był Łona. Lubię go właściwie za dwie kultowe piosenki - tę o jechaniu po zioło i tę o Ojcu Rydzyku.

Ci przeklęci urzędnicy z Brukseli chcą rdzennie polski hip-hop na pył zmielić. Chcą nas zniszczyć, każde dziecko wie to o nich. Parszywi cykliści i wstrętni masoni. Chcą zrobić kuku naszej narodowej wierze przez szatańskie wersety ukryte w "Harrym Poterze".

Jeśli zignorujemy na chwilę Prawo Poego, to z komentarzy na jutube pod tym sycącym, ironicznym utworem można sobie indukować dwa nierozłączne trendy społeczne. Oczywiście młodzieżowy nacjonalizm i śmierć poczucia humoru. Jak ktoś muzyka nie wyzywa od lewackich kurew, to wykrzykuje triumfalnie: "On już wtedy wiedział, że dokładnie tak będzie!".

Kiedy teraz z kolei słucham nowej płyty artysty, zwłaszcza tego kawałka,

to znajduję potwierdzenie dla innej, tak niezrozumiałej dla polityków głównego nurtu diagnozy społecznej. Całą tę wynikłą z frustracji, narodowo-patriotyczną narrację kukizowców, korwinistów i innych winniczków, można by z powodzeniem podmienić na narrację klasową. I Łona właśnie to całkiem dyskretnie i sprawnie robi.

Optymizmu!

gawithpl

Pesymizm uskrzydla prawdziwie utalentowanych autorów, a mnie uniemożliwia tworzenie pogodnych i wesołych notek, jakie chciałbym pisać. Bo co wesołego może wydarzyć się w roku, który zaczął się powrotem do księgarń Mein Kampf? Polska nam brunatnieje w oczach, Europa obumiera rozczłonkowana, Ameryka też brunatnieje, jesienią pociąg historii dojedzie do zwrotnicy i ciągle nie wiemy, jak się zachowa motorniczy. I do tego od dwóch lat codziennie czekam godzinę na autobus do pracy.


68. Czasem czekam na przystanku i myślę już, że prędzej zobaczę tę liczbę we własnej metryce niż na czole nadjeżdżającego mobilu. Rozkład rozkładem, on będzie jeździł po swojemu. Bo są remonty. Rzeczywiście są. Rozumiecie - od dwóch lat. Na pętli nieraz obserwujemy w doraźnie zawiązanej, zziębniętej i wkurwionej komitywie pasażerskiej, jak sześćdziesiątki ósemki nadjeżdżają stadami i zatrzymują w bezpiecznej od elementu przewozowego odległości. W nagłówku każdego autobusu pojawia się napis Uszkodzony, a kierowcy solidarnie blokują drzwi i wybywają na socjalnego papierosa. Spróbuj podbiec i nakrzyczeć. Że godzina spóźnienia, że zimno, że skandal, że do prokuratury. Możesz zostać otrąbiony lub prawie rozjechany i jeszcze zapewnisz innym przystankowiczom aquapark, kiedy urażony autobusownik z impetem wjedzie w głęboką kałużę przed przystankiem. Rzadko więc ktokolwiek się wychyla. Chcieliście Unii, to macie Unię!, krzyknął ktoś raz do pozostałych przystankowiczów, obnażając kolejny grzech niewydolnej brukselskiej biurokracji.

Komunikacja werbalna z kierowcą autobusu przypomina zaś rozmowę z przebudzonym zimą niedźwiedziem. Spróbuj zapytać go, dlaczego przyjechał tak późno, spróbuj zażądać jego numeru identyfikacyjnego. Usłyszysz pogwar i burczenie, przerywane czytelnymi zwrotami "MPK", "ZTM" i "Kurwa". Dla poznaniaka to norma, ale dla przyjezdnego szok kulturowy. Wsiądzie taki z przystanku bez biletomatu do wehikułu bez biletomatu i w dezorientacji albo nabytym odruchu zwróci się po bilet do kierowcy. Przy farcie wyłowi z oburzonego burczenia informację, że bilety sprzedaje ZTM, a to jest przecież zupełnie, kompletnie inna firma niż ta, która wozi. Równie dobrze możesz pytać o kilo koksu.

Dlatego w błogie uniesienie wprawiła mnie surrealistyczna sytuacja, której byłem świadkiem kilka tygodni temu. Na pętli 68 wsiadła do autobusu kobieta bez biletu. W swojej nieświadomości zwróciła się do kierowcy, wedle opisanego wyżej schematu. Ten zaś oto, pewnie totalna świeżynka za kółkiem, nieobyty w tutejszych zwyczajach, mówi jej wyraźną prozą: Niestety nie sprzedajemy, ale wie Pani co, zatrzymam się na następnym przystanku, gdzie będzie biletomat i tam Pani kupi. I tak zrobił! Dwa stopy dalej - drzwi otwarte, uprzejmie czeka 30 sekund aż klientka nabędzie kupon na legalny przejazd i wsiądzie z powrotem.

A ja patrzę na zajście i w ciągu tych trzydziestu sekund czuję straszną dumę, bo nagle myślę, że żyję w jakimś kulturalnym kraju, a nie na dzikim wschodzie. I wydaje mi się, że zamiast wielkich historycznych projektów, takie małe coś wystarczy czasem, żeby być częścią tej tak zwanej zachodniej cywilizacji.

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci