Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

Koniec końców

gawithpl

Archiwum X zostało re-otwarte. Jack Bauer ciągle nie dostał urlopu. Michael Scofield wychodzi z grobu prosto do więzienia. Herosi odrodzeni. Chata pełniejsza. Park wreszcie przyjmuje gości. Mad Max wiecznie żywy. Podobnież Rocky (choć ledwo). Galaktyka wciąż w pożodze. Jestem pewien, że za chwilę ktoś na spotkaniu w pokoju z dużymi stołami wyciągnie z krainy bitter endu również Doktora House'a i Dextera. Popularną współczesną opowieść, która po bożemu ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie trudniej już znaleźć niż czarnego republikanina (albo nominowanego do Oscara). Ale nowe dokrętki to stara śpiewka - zawsze były i jedyne co mogą zrobić źle, to zaciągnąć historię po urwanym torze w przepaść. Uniwersa zaś, czyli nowy model franczyzowy, który zastąpił najmodniejsze 15 lat temu trylogie, to odmienna bajka, bo w tym rozkulanym przez Marvela trendzie żadna historia już nie jest zamkniętą całością, a każdy wątek wyrasta na nową gałąź, aż nie idzie już tych chaszczy objąć wzrokiem ani kosą. Nic się nie kończy, nic nie umiera, wszystko rozrasta we wszystkie strony. Jak to wszechświat, prawda. Przemysł kulturowy zamiast zwykłego rozciągania robi takie ekstremalne pompowanie klasycznej, dobrze funkcjonującej od tysięcy lat strukturze opowieści. Dlatego dobrze, że jest film jak "Deadpool", który ten nadęty balonik tak trochę dźga. Autorzy tego scenariusza nie udawali, że jest on o czymś innym niż o innych opowieściach. "Deadpool" magicznie sprawia, że nawet takie tytuły jak "Wolverine: Origins" albo "Zielona Latarnia" przestają być tylko dennymi filmami, a stają setupem dla puenty całkiem dobrego dowcipu. 

Największą supermocą Deadpoola jest przebijanie czwartej ściany, a coś jest takiego w tej sile, że zmienia zawsze opowieści w żarty. Jakby przyznanie racji istnienia zewnętrznemu obserwatorowi burzyło całą wewnętrzną integralność historii i każde jej święte prawidło sprowadzało do kilku heheszków. Skoro więc tak już postawiliśmy sprawę i wiemy, że tak zwane Kinematograficzne Uniwersum Marvela (i jego odnogi należące kapitałowo do innych wytwórni) nie jest żadną opowieścią, ale dowcipem, to myślę, że jego doskonałym panczlajnem będzie filmowa wersja tego komiksu, w którym fabułę plotą tylko nerdowskie rozmyślanki o tym, czy powiększony cząsteczkami Pyma Mjolnir mógłby zabić Thora, a każda kolejna śmierć jest tylko nowym śmieszkiem. Bo przecież każda tragedia powraca jako żart. Czy jakoś tak. 

lSqm2Um

 

Dziergając mordercę

gawithpl

Przerywam tę długą ciszę w eterze pod wpływem serialu, przez który o mało nie roztrzaskałem laptopa z frustracji.

Tytułem wstępu jedynie pochwalę Netflixa za eksport swoich usług do Polski, w ograniczonym faktycznie zakresie, ale za to w dobrej klasie. Nawet na skrajnie gównianym łączu Good Guy Netflix nigdy nie przeskakuje między klatkami, nie zaczyna buforować akcji w krytycznym momencie, czasem tylko płynnie obniża jakość obrazu, kiedy w kablu od internetu coś się zatka. Myślę, że kilkadziesiąt godzin contentu, który można tam zaczerpnąć miesięcznie za cenę dwóch biletów do kina albo jednego posiłku w Maku to godziwy dil. Ale przechodząc dalej do jądra ciemności...

Sumienie. Sumienie jest jak marska wątroba. Ciężko z nim żyć, nigdy nie zdrowieje i boli, kiedy dźgnąć je palcem. Dręczy i wypomina każde moralne potknięcie, niepewność, zawahanie i brak pokory. Taki przeciętnie polski Polak ma dosyć wątroby, żeby przepić swoje życie, ale czy ma dosyć sumienia, żeby sprawiedliwie przesądzić o życiu kogoś innego? Tyle się złorzeczy ten nadwiślański wymiar sprawiedliwości. Ja, przyznam się, nie miałem z nim na szczęście nigdy żadnej bezpośredniej relacji, ale mam regularną styczność z brytyjskimi i amerykańskimi thrillerami prawniczymi i dramatami sądowymi, więc zastanawiam się czasem, czy ten bardziej ekwilibrystyczny model prawny krajów z common law, oparty na decyzjach ławy przysięgłych, rzeczywiście jest... no wiecie, bardziej sprawiedliwy. 

"12 gniewnych ludzi" przekonuje człowieka, że rola ławnika to takie nobilitowane zajęcie, które polega na ważeniu faktów i opinii. Tymczasem mam przeczucie, że w prawdziwym sądzie wygląda to tak, że pięciu przysięgłych z sumieniem w końcu ulega siedmiu upartym Januszom, którzy chcą tylko przerwać deliberacje, żeby zdążyć do domu na mecz, a werdykt zapada prawie zawsze w sferze emocji, nie zawsze w koincydencji z prawdą.

Drugi sezon brytyjskiego kryminału "Broadchurch" robi oryginalną dla kryminałów rzecz i poświęca fabułę procesowi zabójcy ujętemu w pierwszej serii. Jako widz stoimy tu po stronie prokuratora, bo znamy prawdę i kłują nas szpile wbijane w oskarżycieli przez obronę, chociaż są obiektywnie uzasadnione zaniedbaniami policji. A błędy policji w tej sprawie i okoliczność zbrodni to dosyć, żeby zbudować w głowach nieznających prawdy ławników to, co w języku sądu nazywa się "zasadną wątpliwością". Inną perspektywę przyjmujemy w 10-odcinkowym dokumencie "Making a Murderer" Netflixa, który od paru tygodni wstrząsa Ameryką jak huragan. Jego autorki (co wyczuć już można po tytule) twardo stoją po stronie oskarżonego, ale jako widz musimy rozstrzygnąć sprawę we własnym sumieniu, tymczasem "zasadne wątpliwości" po prostu przeżerają duszę.

237200543 

W normalnych okolicznościach napisałbym, że taki serial najlepiej oglądać w ciemno i łykać kolejne twisty z szokiem i furią. Ale że chodzi tu o prawdziwych ludzi, którzy cały czas na drodze sądowej walczą o swoje życia, trochę nieprzyzwoite wydaje mi się traktowanie tematu w kategorii rozrywki. "Making a Murderer" to głównie prawdziwe nagrania z rozprawy sądowej, rozmowy z rodziną oskarżonego i prawnikami. Trudno to oglądać, bo kulisy zbrodni są brutalne, a popis niesprawiedliwości epicki, ale jednak nie można się od tego odkleić, a potem jeszcze przestać szukać po sieci nowych informacji o sprawie. A sprawa ma tyle zakrętów, że werdykt zmienia się w głowie z każdym kolejnym zdaniem.

Steven Avery, złomiarz z Wisconsin, czarna owca lokalnej społeczności, zostaje skazany za gwałt bez żadnych dowodów, pod naciskiem lokalnego biura szeryfa i 18 lat później całkowicie uniewinniony - tylko po to, żeby za chwilę, w trakcie procesu o milionowe odszkodowanie, znów zostać przez to samo biuro aresztowanym za morderstwo. Wszystko wydaje się jasne - wrobili go raz, wrobili kolejny, żeby pomścić zszarganą reputację i wywinąć od należności. Ale okoliczności rodzą podejrzenia. Steven był ostatnią osobą, która widziała ofiarę, młodą fotografkę Teresę Holbach żywą - wkrótce jej auto zostaje znalezione na jego złomowisku, a spalone szczątki kobiety za jego domem. Przy całej sympatii do Steve'a, trudno nam przyjąć, że policja posunęła się do zabójstwa, tylko po to, żeby się na nim odegrać, a inny scenariusz byłby zbyt naciągany, żeby ot tak go łyknąć. Steve musiał to zrobić, łatwo uwierzyć, że 18 lat w pierdelu namąciło mu dosyć w głowie. Ale. Okazuje się, że spalone szczątki zostały pod dom oskarżonego przywiezione z innego miejsca. Czemu morderca miałby sam sobie podkładać nogę? Steve niewinny. Ale. W aucie ofiary zostaje znaleziona jego krew. Zamknąć Steve'a. Ale. Okazuje się, że policja miała dostęp do fiolki z jego krwią pobraną przy okazji poprzedniej sprawy - prawnicy Avery'ego docierają do probówki w policyjnym magazynie, znajdują rozerwaną plombę i maleńką dziurkę od strzykawki na zakrętce. Wrobiony! I tak przez wszystkie odcinki. 

"Nie jestem przekonany, że Steven jest niewinny, ale liczy się tylko, że nie jestem przekonany, że jest winny" - mówi jeden z sympatycznych adwokatów głównego bohatera, trafiając do sedna dokumentu - ułomności amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, który zmusza oskarżonego do udowodnienia własnej innocencji, zamiast wymagać od prokuratury twardych dowodów winy. W tej sprawie media skazały Steve'a jeszcze na długo zanim zaczęła się pierwsza rozprawa. Stronniczość tego serialu do pewnego stopnia tłumaczy potrzeba zrównoważenia tamtej medialnej nagonki.

Największym problemem obrony w tym procesie był brak alternatywnych podejrzanych. Dokument też ich nie wskazuje, ale uważnie śledząc przebieg rozpraw i różne zeznania widz może wyrobić sobie kilka teorii. Internet furczy już od takich hipotez przekutych w jawne oskarżenia. Też mam swoje, ale gdybym podobnie zaczął strzelać zarzutami w oparciu o przeczucia, poszlaki i okoliczności, obnażyłbym, jak mało wyciągnąłem z moralistycznej warstwy "Making a Murderer". Kilka tygodni temu nad Wartą wydarzyła się nam całkiem podobna historia. Tłumek punisherów bardzo chciał zlinczować kolegę Ewy Tylman w trakcie eksperymentu sądowego, nakarmiony portalowym komentarzem, furczące emocje gotów przekuć w osąd. Drugi z sympatycznych prawników Avery'ego kończy swoją rolę w serialu nieszczególnie odkrywczym, a jednak porażająco mocnym w tym kontekście zdaniem. W sądzie można przy uporze wygrać, ale w społeczeństwie być oskarżonym już znaczy przegrać.

Frontiers

gawithpl

Choć dzień przed premierą "Przebudzenia mocy" zniesławiam publicznie sagę "Gwiezdne wojny", podając w wątpliwość jej wielkość, to już dzień po premierze siedzę w kinie w koszulce z Ewokami i mimowolnie wyłapuję wszystkie te jajka wielkanocne pochowane w filmie przez Dżej Dżeja dla die hard fanów. Od oczywistości takich jak Starkiller (nazwa nowej gwiazdy śmierci i imię, które w oryginalnej wersji scenariusza nosić miał Luke) po drobnostki jak cameo Wolfmana w nowej reinkarnacji baru na Mos Isley, będącej prztyczkiem w nos dla George'a Lucasa, który w odnowionej wersji "Nowej nadziei" zastąpił w kultowej scenie wiele postaci daremnymi animkami. Nie wiem, czy to siła sentymentu, czy siła marketingu. Ale wiem, że "Force Awakens" to zwyczajnie fajny egzemplarz, proszę wybaczyć określenie, współczesnego kina nowej przygody.

Toż tu nie ma żadnych wartości artystycznych, z pewnością się ktoś spina i zarzeka. To tylko stara melodia wiernie odegrana celem odgrzania nostalgii i zwiększenia obrotu. Czyż nie ma wobec tego żadnej wartości również Mona Lisa, wiernie przecież tylko odtwarzająca pędzlem wyrobnika rysy twarzy, które oryginalnie stworzyła Matka Natura, mieszając geny, chromosomy, allele i inne takie? Trolluję ja. Albo czy bezwartościowe jest ładne zdjęcie ulicy, architektonicznego tworu, który widujesz codziennie, wzbogacone jedynie ładnym filtrem, pomysłowym kątem? Ja powiem wam, że to właśnie jest czasem największa sztuka zagrać stare melodie tak, żeby na nowo wpadły w ucho.

A "Force Awakens" to fajny remake i dobry sequel. Dlaczego dobry sequel? Bo odpowiada starannie na pytanie, po co są w ogóle sequele. Bo nic się nigdy nie kończy, jak to powiedział Doktor Manhattan. Bo każda akcja ma nieplanowane konsekwencje, a każdy kamyczek kopnięty w przepaść, może wprawić w ruch mechanizm, który wywoła kiedyś lawinę.

Euforyczny finał "Powrotu Jedi" śmierdzi fałszem i "Przebudzenie mocy" właśnie ten fałsz obnaża. Związek Hana i Lei rozleciał się, kiedy ich obciążony brzemieniem przeszłości syn wyrósł na psychopatę, new age'owe marzenie Luke'a o przywróceniu równowagi mocy rozpadło się z hukiem (ten ledwo muśnięty wątek ciekawie rozwinie się, jak sądzę, w kolejnych częściach), a na ruinach Imperium wyrosła nowa sitwa, jak Państwo Islamskie na kompoście z przetrzebionej Al-Kaidy. Jedyny happyend spotkał tych mieszkańców Alderaan, którzy mieli szczęście spać w chwili zamachu na ich planetę.

Ale co najlepsze w "Przebudzeniu mocy", akcja filmu z kolorowych miast i ław parlamentu wróciła na rubieże. To się nawet ładnie rymuje ze starymi częściami. Pole bitewne, wybuchy, krew, ból i oderwane kończyny to tylko kawałek obrazu każdej wojny. Najtrwalej odciska ona piętno właśnie na tych wszystkich zadupiach świata jak Tattooine i Jakku, których mieszkańcy mogą jeszcze przez stulecia po oficjalnym zawarciu pokoju płacić za imperialne i new age'owe marzenia tych wszystkich Luke'ów Skywalkerów i Palpatine'ów. Najmocniej w nowej części uderzyła mnie taka niezauważona prawie przez nikogo scena, w której protagonistka Rey w trakcie swojej półniewolniczej pracy na podłej piaskowej planecie wtapia wzrok w starą kobietę mechanicznie szorującą metal po drugiej stronie stołu i z beznadzieją dostrzega w niej samą siebie za kilkadziesiąt lat.

Chociaż brawa w kinie rozlegały się wraz z introdukcją Hana Solo, Chewiego, Lei i C3PO, to oczywiście siłą tej trylogii będą nowe postacie. Nadmieniona Rey, którą od młodego Luke'a odróżnia przewaga sumienia nad ambicją (Skywalker na widok zwęglonych szczątków swojej rodziny w "Nowej nadziei" mówi ze wzruszeniem ramion "nie ma tu już czego szukać" i wio w kosmos, Rey trzyma się kurczowo zniszczonej planety z tęsknoty za rodzicami i z autentyczną nadzieją) oraz Ben, którego skrzywienie pewnie wiele ma wspólnego właśnie z przerostem ambicji i zuchwałością wujka Luke'a. Smutek w oczach Daisy Ridley, Adam Driver uderzający się w ranę tułowia, żeby z bólu czerpać gniew jak paliwo do walki i na koniec pełne winy i rozpaczy spojrzenie Marka Hamilla - dzięki takim niuansom "Force Awakens" ma więcej Mocy niż Stara Trylogia.

Coś się kończy, coś zaczyna

gawithpl

Wesołych i zasobnych Świąt!

Coś się zaczyna, coś kończy. Kończy się, jak sądzę, ten tu zakątek internetu. Przynajmniej w wersji znanej dotychczas. Teksty z tak zwanej popkultury zamierzam za niedługo wrzucać tylko na stronę naszego nowego magazynu (słowo portal jest brzydkie, więc nie będę go używać), a tego oto bloka ograniczyć do sporadycznych, kwartalnych wpisów z gatunku "Kochany pamiętniku". Myślałem, że może przed końcem roku zaproszę Was jeszcze na gotową stronę, ale na razie mogę pochwalić się jedynie landing pagiem i udawać, że to element kampanii buzz marketingowej.

DSC00035

W tle witryny przypadkowo-nieprzypadkowo wylądował taki kadr. Kolega, który na szybko zmontował mi stronę powitalną chciał, żebym rzucił mu tytuł swojego ulubionego filmu. Pierwszy do głowy przyszedł mi "Almost Famous"  Camerona Crowe'a. Historia o piętnastolatku z lat siedemdziesiątych, który podszywając się pod reporterskiego wygę zdobywa zlecenie z "Rolling Stone'a" na napisanie tysiąca słów z trasy koncertowej nowego rock bandu na fali wznoszącej. Reportaż wychodzi tak dziki i niesamowity, że prawie nie przechodzi weryfikacji u sceptycznych redaktorów. Jaka to słodka i irrelewantna fabuła w czasach, kiedy mogę się teoretycznie sam wypromować w sieci, a inne magazyny będą przedrukowywać i komentować moje bzdety bez jednego nawet telefonu weryfikacyjnego. Te lata siedemdziesiąte, wtedy nawet groupies miały klasę i znały zasadę don't kiss and tell. Teraz od razu blablają na Snapchacie.

Skoro tymczasem blog się jeszcze trzyma, postaram się częściowo wypełnić zadania z łańcuszka blogerskiego, do którego ponad miesiąc temu podłączyła mnie Hołka. Częściowo, bo chyba nie przytoczę aż jedenastu faktów na swój temat i nie puszczę łańcuszka dalej w świat, bo nie znam jedenastu blogerów, a mniej popularnych niż ja to w ogóle. Ale na pytania chętnie odpowiem. Są to odpowiedzi ironicznie brzmiące, ale tak naprawdę niestety tylko bezczelnie szczere.

1. Czy są ja­kieś sy­tu­acje (np. spa­ce­ro­wa­nie albo śpie­wa­nie pod prysz­ni­cem), w któ­rych szcze­gól­nie czę­sto przy­cho­dzą ci do głowy nowe po­my­sły (nie­ko­niecz­nie do­ty­czące bloga)?

Przerwa na fajek, ciekłą kofeinę w puszcze i wdech tlenu (tego z powietrza, nie butli). Nie praktykuję często, ale taka kombinacja chemiczna zwykle odblokowuje jakąś klapkę w mózgu.

2. Co mo­ty­wuje cię do pi­sa­nia?  

Deadline (haha, wiem, stary żart). Ale najmocniej chyba to samo, co w przypadku nauki. Chęć wykazania komuś, że się myli. 

3. Czy do two­rze­nia no­wych wpi­sów po­trze­bu­jesz ja­kiś spe­cjal­nych wa­run­ków (no wiesz, od­po­wied­niej pory dnia, ulu­bio­nej mu­zyki albo kota śpią­cego na ko­la­nach), czy też wy­star­czy, że bę­dziesz miał coś do pi­sa­nia i chwilę spo­koju, a reszta jest bez znaczenia?

Ostatnio kadzidełka. Ale obejdę się i bez.

4. Ile czasu (plus-​​minus) po­trze­bu­jesz na na­pi­sa­nie no­wego wpisu na blogu?

Godzinę na wyklepanie czegokolwiek. Pół miesiąca, jeśli mam być potem z tego chociaż trochę zadowolony. 

5. Pi­szesz i od razu pu­bli­ku­jesz, czy wcze­śniej jesz­cze re­da­gu­jesz albo zle­casz re­dak­cję ko­muś innemu?

Od razu. Potem poprawiam najbardziej obciachowe błędy w pośpiechu zanim ktoś zauważy.

6. Ma­rzysz o wy­da­niu wła­snej książki?

Tak. W idei bycia pisarzem zawsze podobało mi się to, że to jedyna praktycznie ścieżka kariery, na której ani jedna minuta życia nie idzie na marne. No bo wszystko jest researchem. Śpisz - może przyśni ci się coś, co za pięć lat ułoży się w jakąś fajną scenę. Jedziesz autobusem, może w przypadkowej rozmowie podsłuchasz dialog dla swoich postaci, ewentualnie własne odczucia przekujesz w przekonujący opis nudy. Zwijasz się z bólu w szpitalnej poczekalni, może będzie z tego kiedyś poruszająca eksplikacja cierpienia, która uwiarygodni twojego bohatera. Poza tym pisanie to jedyny pomysł na zbawienie świata, który wydaje się być w moim zasięgu. No bo nie nauczę się już chyba hakować serwerów wielkich korporacji jak Pan Robot.

7. Je­śli po­sia­dał­byś ma­szynę te­le­por­ta­cyjną i mógł za­miesz­kać w do­wol­nym miej­scu na świe­cie, bo czas do­jazdu do pracy (lub do cioci na imie­niny) prze­stałby mieć zna­cze­nie, to gdzie byś zamieszkał?

Nawet sto lat po upowszechnieniu teleportów bałbym się, że nieszczęśliwym wypadkiem przeniosą w miejsce docelowe na przykład tylko 3/4 mnie i będę musiał żyć bez ćwiartki siebie. Nie wierzę technologiom, póki nie zrozumiem jak działają (dzięki szczegółowemu rozpracowaniu samolotu nigdy nie bałem się na przykład latać). No ale hipotetycznie - zawsze podobały mi się te takie obskurne, ale przytulne mieszkanka na Manhattanie. Albo dla kontrastu jakaś samotnia z widokiem na jezioro. Może być w Islandii.

8. Jaki se­rial te­le­wi­zyjny za­brał­byś na bez­ludną wyspę?

"Modę na sukces". Bo starczyłoby odcinków do reszty życia.

9. Gdy­byś mógł po­wo­łać do ży­cia jedno z nie­ist­nie­ją­cych, fan­ta­stycz­nych stwo­rzeń, które byś wybrał?

Mogwaja. Takie słodziaki z nich.

10. Gdy­byś mógł na­pić się piwa (lub kawy albo her­baty), z ja­kimś fik­cyj­nym bo­ha­te­rem (nie­ważne, czy z filmu, se­rialu, książki, czy też z gry), to kogo byś wybrał?

Jak już pić z fikcyjnymi postaciami, to raczej tymi serialowymi. I tak spędzamy z nimi więcej czasu niż z prawdziwymi znajomymi. Najpierw pomyślałem szczeniackim odruchem o Hanku Moodym, ale z takiego picia raczej nie wynikłoby pewnie nic poza wstydliwą historyjką. Do głowy przychodzi mi więc tylko Jimmy McNulty z "The Wire". Pewnie nie pił bym z nim wespół, ale chętnie postawiłbym mu bronka z drugiego końca baru z dedykacją "Dzięki za to co robisz". Kiedy czytam donosy o nowych aktach policyjnej brutalności za oceanem, o wszystkich właściwie szaleństwach społecznej machiny, ratuje mnie myśl, że gdzieś tam są w tłumie ci reluctant heroes. Odlegli od wzoru cnót, ale z sumieniem we właściwym miejscu. Jakoś tak chcę się im wszystkim, ucieleśnionym w postaci McNulty'ego, podziękować kolejką w barze.

11. Co (poza cze­ko­ladą i al­ko­ho­lem) po­pra­wia ci humor?

Kiedy nagle różni zaufani opiniotwórcy zaczynają opiewać jakiś nowy film, to się często strasznie pompuję i ekscytuję z nimi. To prostu miło, kiedy ktoś od czasu do czasu zrobi coś z natchnieniem. Mało co mnie przygnębia jak kulturalna miernota. W przeciwieństwie do 9/10 recenzentów nie mam żadnej radości z pisania o filmach źle.

Pozostałe zadania łańcuszkowe postaram się wypełnić później.

 

 

Gwiezdne Wojny bez nostalgicznych gogli

gawithpl

Przed premierą "Przebudzenia mocy" (tą dla zwyczajnych proli, czyli piątkową) muszę wygłosić kilka herezji.

forceawakensjarjarposter

Z sześciu filmów, które tworzą kanoniczną serię tak naprawdę tylko jeden jest dobry. Jak to się stało, że światu odwala na punkcie takiej obiektywnie średniej serii? Wiadomo, nostalgia. "Star Wars" dla mnie to też ciepłe wspomnienie po pudle od pralki udającym kabinę starfightera i chemicznym zapachu taśmy VHS. Ale oglądając dziś "Nową nadzieję" nawet przez nostalgiczne zaślepki, trudno sobie nie pomyśleć, "rany, jaki to silly shit". Może z tego powodu sporo fanów nie chce rewidować swoich wspomnień powtórką z oryginalnej Trylogii (w szkole mnie uczyli, że trylogię piszemy z wielkiej tylko, kiedy chodzi o Trylogię Sienkiewicza, wie ktoś, czy coś się zmieniło?). Ja zrewidowałem w ostatnim miesiącu i ehm, no cóż. 

Skończyła się kilka tygodni temu obiektywnie bardzo dobra seria pod tytułem "Igrzyska śmierci". Sprawnie rozplanowana, inteligentnie napisana (myślę o filmach, w książkach mnie przerósł ten narracyjny wlot w umysł niekoherentnej nastolatki i nie doczytałem), zagrana w zasadzie bezbłędnie i przede wszystkim wypełniona tą jakże relewantną społeczną alegorią (a ostatnie zdanie o tym, że "There are much worse games to play" może być jedną z bardziej i pamiętnych i mocniejszych closing lines masowej kultury paru dekad). A jednak, jeśli powiem dowolnemu dojrzałemu, inteligentnemu i wykształconemu mężczyźnie, że "Igrzyska śmierci" są lepsze od "Gwiezdnych wojen", zostanę obśmiany albo dostanę w ryj rozbitą butelką.

Ale czy ktoś chce się ze mną kłócić, że taka "Nowa nadzieja" nie jest płytka jak kałuża łez wylana na pogrzebie tyrana? Że postaci ma wycięte z kartonu, a interakcje między nimi są niewiarygodne (Luke rozpaczający bardziej po Obi-Wanie, którego znał dwa dni niż po wuju i cioci, którzy go uchowali - no jak ja mam się utożsamiać z takim protagonistem?), albo że reżyseria jest pocieszna? I już nie mówię o tych zmianach, które Żorż naniósł z kolejnymi wydaniami (choć też były dla mnie niejakim szokiem), ale na przykład walce Obi-Wana z Lordem Vaderem, która wygląda jak kłótnia emerytów wyrywających sobie mopa. Albo, czy ktoś chce wybronić absurd całej finałowej sekwencji "Powrotu Jedi"? Chętnie wysłucham zwłaszcza tych, którzy obśmiewali bitwę w "Avatarze". Nawet najlepsze "Imperium kontratakuje" narracyjnie nie satysfakcjonuje w pełni. Relacja Luke'a i Yody wydawała mi się za młodu jakaś głębsza, tymczasem opiera się na dwóch-trzech scenach, owszem dość mistycznych i pięknych, ale za mało, żebym miał w to uwierzyć. I nade wszystko, czy ktoś mnie przekona, że wojny gwiezdne nie są tu jak potyczki podwórkowe? Że nie brak im opresji, strachu, jakiegoś poczucia zagrożenia?

I teraz palnę największe zaprzaństwo. To Nowa Trylogia (jak na nią teraz właściwie mówić?) nadaje sadze wielowymiarowości. Żaden z tych trzech filmów nie jest dobry, a "Mroczne widmo" rozczarowało mnie już, kiedy miałem 13 lat, ale to tam zaczyna się opowieść o politycznym kryzysie, który stoi u źródła każdej wojny. Historia przystająca do platońskiej teorii psucia się ustrojów, która mówi, że każde ciało polityczne zaklęte jest w pętli demokracji, oligarchii i tyranii, więc każde pokolenie suwerena będzie powtarzać błędy poprzedniego. Rozgoryczone demontażem państwa społeczeństwo wybierze sobie lidera, który najgłośniej będzie krzyczeć na wiecach o odparciu ofensywy szaleńców, a w dalszej kolejności tego, który powie im, że demokracja nie sprawdziła się jako ustrój i czas spróbować czegoś nowego. "Igrzyska śmierci" też opowiedziały to ładniej niż Nowa Trylogia, ilustrując autodestrukcyjny pęd ludzkości kilkoma scenami, które przejrzyście mówią o tym, dlaczego tak uwielbiamy ekstremę zwalczać tylko ekstremą. W "Przebudzeniu mocy" mam nadzieję zobaczyć właśnie taki aneks do fabuły Starej Trylogii - nie ma tak łatwo, że pluszowe misie o czystych sercach zaprowadzą porządek w galaktyce. Musiałyby to być niedźwiedzie o stalowych zębach. Bo za dużo jest między nami, inteligentnymi istotami niezrozumienia i złej krwi, żeby mogło być tak łatwo. Jasna strona, ciemna strona, ale szturmowcy muszą z czegoś żyć, bo przecież nie wyniosą się do lasu na Endorze.

Tell that to my Apple Watch

gawithpl

Co to było, kurwa mać, mówi Seba, szurając białymi snikersami po podłodze. Chciałbym słuchać jak pierdolą przez dwie godziny, to bym włączył telewizje, dodaje śmiele i butnie. 

No a czego się spodziewałeś po biografii gościa, który wynalazł komputer?? Odpowiada chytrze Karyna, która wie więcej.

Wychodzimy ze Steve'a Jobsa wąskim korytarzem ewakuacyjnym, więc nieumyślnie podsłuchuję tę kulturoznawczą wymianę zdań.

AppleLogorainbowMnie tymczasem bardzo podobał się film Danny'ego Boyle'a, jego struktura klasycznej sztuki teatralnej, w której między trzema aktami zapada kurtyna i zmienia się jedynie sceneria oraz charakteryzacja aktorów. To taka biografia, która zakłada, że wystarczą trzy dni wyrwane (nieprzypadkowo) z życia bohatera, żeby celnie zdefiniować jego osobę. 

Ta osoba - błyskotliwa, nie genialna - okazuje się głównie mistrzem manipulacji. Tak samo, jak przekonał świat, że jest wizjonerem, tak tutaj Steve Jobs w dwie godziny przekonuje widza, wbrew ewidentnym dowodom, że jest dobrym człowiekiem.

Tak łatwo znienawidzić matkę, która zaatakuje dziecko. Zignorować niekończące się godziny czuwania przy nim, troski, zmartwienia, tysiące wyrzeczeń, porzucone życie osobiste i marzenia. Skupić wszystkie emocje na tym jednym momencie, w którym matce puszczają napięte ponad wytrzymałość nerwy i wydziera się na bezbronnego kilkulatka z całym swoim gniewem albo ciska w niego miską. Zarazem nietrudno polubić ojca, który zjawia się raz do roku z workiem prezentów, tuli latorośl i wsłuchuje się o jej żale na wyrodną matkę. To przykład manipulacji, na którą nabierają się widzowie filmu i małe dzieci. Jedni i drudzy emocjonalnie niedojrzali.

Steve Jobs w wykonaniu Michaela Fassbendera to taki mistrz manipulator. Osobiście nie tyra na swoje owoce chwały. Zjawia się tylko w stosownym momencie, żeby wkroczyć z inspirującym słowem, manieryczną troską i przyjąć oklaski widowni, wzruszone spojrzenia i przytulaski - od fanów i własnej córki. 

Michael Fassbender ma już trochę doświadczenia w odgrywaniu czarnych charakterów. W tym filmie wydaje się, że na drodze do jego przeistoczenia się w supervillaina stoi tylko postać grana przez Kate Winslet - dyrektorka marketingu Apple'a Joanna Hoffman (córka reżysera Jerzego Hoffmana, swoją drogą - mały świat), która wymusza na nim odruchy przyzwoitości (jak choćby przyznanie się do ojcostwa wspomnianej córki). Przez 20 lat, na przestrzeni których rozgrywa się akcja, niańczy go, czuwa i próbuje manewrować w stronę światła, nieraz tracąc nerwy. "Steve Jobs" to dla mnie przede wszystkim film o niedocenionej wartości takich ludzi. O tych, którzy za swoje starania i poświęcenia nie szukają atencji, ale ściągają na siebie nienawiść publiczności albo kryją się się w cieniu tej gwiazdy, która wchodzi na scenę zebrać wdzięczne oklaski za ich pracę. Ciekawe, czy Seba też o tym pomyślał?

Listopad

gawithpl

Listopad i zaduma. Najpierw Święto Zmarłych. Wracam na chwilę myślą do tego bloga, który nie kona, ale dawno umarł, a ja tylko - jako ten ostatni członek rodziny wartujący przy szpitalnym łóżku - nie mam odwagi wyciągnąć wtyczki od respiratora.

Potem Święto Niepodległości. Zwiędłe flagi zwisają z rdzawych prętów, którymi najeżone są ponure, acz dostojne kamienice. Przesiąkają obmierzłym jesiennym deszczem zapłakanego nieba. Sfatygowanym rękawem wycieram parę z szyby tramwaju, żeby lepiej dojrzeć budynek przy ul. Roosevelta, w którym mieści się Biuro Porad Prawnych i Księgowych. Z jego ściany prymitywny ekran ledowy krzyczy do mnie czerwonymi literami. DŁUGI! ROZWODY!! EKSMISJE!!! Przez chwilę przepełnia mnie surrealistyczne wrażenie, że to nie teraźniejszość, ale już dystopijna przyszłość, w której na każdym skrzyżowaniu, pod zatrutym, ołowianym niebem, wielkie i prymitywne ekrany przypominają o marności, coby tylko wbić z powrotem wzrok w asfalt i nawet nie podnosić głowy. Jak tu odetchnąć, prawda. Na szczęście są dystrakcje. Ach, listopad bogaty w dystrakcje.

***

W poniedziałek był fajny koncert w Krakowie. Ładniutka jak świeża ostryga Tauron Arena wydaje się stworzona do dużych widowisk takich jak mecze Chicago Bulls kontra Drużyna Pana Swackhammera albo koncert Foo Fighters, tylko organizacja nie przewidziała, że dwa kibelki i jedna szatnia wielkości lodówki dla kilkudziesięciu tysięcy znerwicowanych fanów na płycie to lekko za duży minimalizm i #taniepaństwo, ale w sumie nie miało to wielkiego znaczenia, bo zespół umi zatrzymać przy scenie i utrzymać właściwą temperaturę przez dwie i pół godziny.

W czerwcu na koncercie w Szwecji David Grohl połamał sobie na scenie nogę (tzn. dosłownie, a nie jak w tym głupim związku frazeologicznym), co wedle synoptycznych relacji przeszkodziło mu w występie na ledwie kilka chwil.

maxresdefault

Teraz wyjechał więc na scenę, rozciągniętą wgłąb areny jak wybieg dla modeli i modelek, zasiadając na fucking tronie własnego pomysłu. Z laserami i miotaczami ognia na wyposażeniu.

foofighters

I tak jeżdżąc po szynie w tę i nazad, z resztą grupy za plecami, wypruwał sobie tchawicę i struny gitarze na kawałkach z tak zwanym przypierdoleniem, a w przerwach między graniem przepraszał kilka razy, że przez 19 fucking lat nie przyjechał z Foo Fighters do Polski (zapomniał) i uprawiał coś w rodzaju stand-upu (na siedząco), gając do publiczności.

Ale serio. Na większości koncertów frontman powie tylko ze sceny "Hello", "We love you Denmark" i "Thank you very much", a tu całe konwersacje z tłumem i pełna charyzma. Powiedział "prawa strona ręce do góry" i podnieśli. Powiedział "lewa strona śpiewa za mną" i śpiewali. Powiedziałby "idziemy na Warszawę obalać rząd" i poszliby.

Przy wolniejszych, melodyjnych utworach gasili światła, a z trybun jaśniały jedna po drugiej latarki w telefonach. Teraz się tak zastanawiam, czy był to tylko taki koncertowy odruch pierwotny, w którym telefony zastąpiły zapalniczki, czy może nawiązanie do nazwy zespołu, która wzięła się z niewyjaśnionego zjawiska ognistych kul, które dzielni piloci obserwowali na niebie w latach wojennej zawieruchy.

fflampki1

W każdym razie ogromnie było to ładne i dobre dla ducha. Inaczej niż nowy Bond.

***

Anioły płaczą. Daniela Craiga uważam na najlepszego Bonda ze wszystkich, a "Skyfall" w ogóle za indywidualne Zjawisko, no więc "Swetre" okazało się smutnym rozczarowaniem.

swetre

Żeny nie ma, ale jeśli w tym samym roku "Mission: Impossible" ma lepszy scenariusz od Bonda, to rok jest kiepski, a plony niedostatnie. Ktoś tu bardzo tęsknił za starym, kreskówkowym 007 i postanowił połączyć nową wizję otwartą w "Casino Royale", z przestarzałymi gagami i obyczajnością epoki Seana Connery'ego i Rogera Moore'a. Jak widać, nie zawsze się da, czasem musi być "albo albo". Bond się rozkraczył między dwoma światami, aż mu portki pękły w kroku i nie wyszło nic imponującego. O ile humor działa jeszcze w pierwszych scenach, przed piskliwą piosenką Sama Smitha, to potem już Craig - człowiek równie predestynowany do dowcipu, co płyta nagrobna do przytulania - wypada coraz bardziej nienaturalnie, a chwilami psychopatycznie w swojej roli.

I tak w ciągu dwóch godzin Bond tylko niezręcznie sypie bondyzmami. Podchodzi Monikę Belluci w myśl zasady, że "zawsze się trochę gwałci", wyciąga z kieszeni samolot na górskim szczycie i demoluje henchmenem pół pociągu bez jednego świadka. Because he's James fucking Bond. Rozumiem, ale już się przyzwyczaiłem do tej lekko poważniejszej wersji, tymczasem nić wiążąca wszystkie poprzednie części z Cragiem w całość okazuje się tu tak głupia, że głupszy jest tylko niecny zamiar głównego przechuja, który musiał przespać ostatnie pięć lat i przegapić, że jego demoniczny plan już od dawna funkcjonuje w najlepsze pod postacią programów inwigilacji NSA.

W trzech na cztery filmy, craigowski Bond chce zrezygnować z bycia Bondem (to jest w ogóle nadużywany współcześnie motyw - w dwóch na trzy filmy nolanowski Batman też chce zrezygnować z bycia Batmanem). Jeszcze zanim zrolowały napisy "Spectre" też byłem już gotów na nowego gościa. Bring him in, ale niekoniecznie Damiena Lewisa.

Narcos y Sicarios

gawithpl

Czytałem kilka lat temu dobrą i odważną książkę "El Narco" o skomplikowanym temacie wojny narkotykowej w Meksyku. Brytyjski dziennikarz Ioan Grillo zarysował tam we wstępie bardzo wymowną figurę retoryczną. Wyobraźmy sobie dwie sceny. W pierwszej są pięknie zielone górskie wyniosłości pod błękitem nieba. Tam mały chłopiec sierpem ścina dojrzałe rośliny do koszyka, który zaraz zaniesie do wioski w dole wzgórza. W kolejnej scenie, przez zasłonę siwego dymu widzimy pokój studencki i trzech paliblantów z amerykańskiej uczelni oraz krążące między nimi bongo. Słyszymy powolne śmichy chichy wymieszane z bezproduktywnym kaszlem i dowcipami, których nie zrozumie nikt o trzeźwym umyśle. Oto dwie pozornie niegroźne scenki, jedna prawie idylliczna, druga raunchy komediowa. Nie sposób rozpoznać w nich ślad terroru, wojny, cierpienia i strachu. Jak więc to możliwe, że te dwa obrazki łączy jedna oś czasu pocięta wydarzeniami tak brutalnymi, krwawymi i nieludzkimi, że nawet kino z kategorią wiekową R nie potrafi oddać im sprawiedliwości?

Może dlatego, że w Kalifornii, gdzie prawie każdy z dochodem powyżej pewnej granicy wciąga kokainę, żaden producent nie chce sobie wyobrażać, że o kilka pomiętych banknotów, które dał za woreczek białego proszku w swojej marynarce, tylko kilkaset kilometrów na południe od niego, brat bratu odcina głowę i urządza kąpiel w kwasie solnym.

Ostatnio pojawiły się jednak dwie niezłe "dramatyzacje" tego tematu. Fabularnie niepowiązane, ale historycznie dwa akty tego samego dramatu.

escobar

 "Narcos" Netflixa to sprawnie nakręcony, gibki, solidny w formie serial o najbardziej znanym narkotykowym tłustym pendejo, el patrono Pablo Escobarze. Jego sylwetka generalnie jest publice całego świata znana. Przytulił kolumbijski biznes kokainowy w latach siedemdziesiątych i trzymał mocno przez lata, lekką ręką ogarniając wszystkie kanały eksportu do USA. Gdzieś przeczytałem ostatnio, że u szczytu hossy na rynku sprzedaży białej damy, kartel Pabla wydawał co miesiąc dwa i pół miliona dolara na same gumki, które trzymały w poręcznych plikach banknotów resztę ich gotówki. Nie sprawdzałem, na ile "Narcos" trzymają się faktów, ale jego niemalże paradokumentalna formuła dość mocno wciąga w historię. Fajnym zabiegiem jest tu wykorzystanie zdjęć archiwalnych - aktor grający Escobara patrzy na gazetę ze zdjęciem prawdziwego Pablo i mówi "to ja", a prawdziwy Pablo parzy na niego i myśli "to on!". Kumacie?

Co ciekawe, serial bardzo szybko i w niecałe trzy odcinki rozprawia się z tym etapem historii, w którym "młody chłopak z kolumbijskiej wsi pnie się na szczyt". I bardzo dobrze, bo tę opowieść w rozmaitych wariacjach (od "Człowieka z blizną", przez "Blow" po "Breaking bad") widzieliśmy kilka razy. Wszystko, co następuje potem dopiero sprzedaje kopa w twarz. Bo choć nazwisko Escobara było mi znane i skojarzone z opisem w poprzednim akapicie, to nie miałem pojęcia, w jakim stopniu postać ta wpisana jest w historię całego kontynentu. W "Narcos" pokazano bowiem człowieka, który był inkarnacją diabła jak Udaj Husajn. Narysowano portret psychopatycznego terrorysty, który przez dekadę praktycznie trzymał cały kraj w szachu, jak Joker Gotham City w "Mrocznym rycerzu", bez żadnej skrytości mordując polityków najwyższego szczebla i prowokując społeczne rewolucje z najniższych pobudek.

Na Pabla polują w serialu niedobitki nieskorumpowanej policji i dwóch agentów DEA, których metody śledcze można jednakowoż rozbić o kant dupy w sytuacji otwartej wojny. Dzieje się tu bardzo źle, ale w determinacji śledczych, by przeciąć wszystkie kanały przerzutowe dragów do Ameryki i rozbić kolumbijski kartel na proch, majaczy jakaś nadzieja.

Tymczasem 30 lat później.... nadzieje na koniec wojny narkotykowej zostały wciągnięte nosem przez hollywoodzkich producentów. Został "Sicario".

sicario"Sicario" nakręcił mój ulubiony, od niedawna, reżyser Denis Villeneuve, którego talent do skrobania napięcia i rozpędzania moralnej karuzeli jest niecodzienny. Zamiast zdeterminowanych agentów, poznajemy tu zdeterminowaną, ale naiwną jak owieczka Emily Blunt, która z początkowo niejasnych przyczyn zostaje wpuszczona w czarną operację po meksykańskiej stronie granicy przez dwóch typów (Josh Brolin i Benicio Del Toro), którzy niby mają papiery na swoją działalność, ale ewidentnie ciemna gwiazda nad nimi świeci.

Realizacyjnie wszystko jest tu cudowne. Scena przejażdżki po Juarez trzyma za mordę prawidłowo, a ujęcie, w którym o zachodzie słońca komandosi gotują się do nalotu na podziemny tunel przemytników koki można od razu dopisać do listy najpiękniejszych filmowych kadrów historii. Film jednak kończy się w takim przykrym momencie, w którym byłem przekonany, że zostało mu jeszcze przynajmniej 20 minut (i liczyłem, że jeszcze potrwa). Wszystko przez decepcję, jaką uprawia klasyczne kino. Jeśli "Sicario" zaczyna mi przypominać "Training day", to cały czas liczę, że w imię karmy nastąpi tu przy końcu chociaż jakieś symboliczne wyrównanie rachunków. Ale nie, kompas moralny w tym świecie nie prowadzi do wyjścia z tunelu. Choć dramaturgicznie zakończenie filmu pozostawia niedosyt, to politycznie ma całkowity sens. 

Okrutny most narracyjny między "Sicario" a "Narcos" stawia w filmie Josh Brolin, szczając na grób dzielnych agentów z serialu (nie sprawdzałem, czy w rzeczywistości oni jeszcze żyją, więc używam tego wyrażenia tylko dla wzmocnienia wypowiedzi), kiedy nazywa ich czasy tymi lepszymi i spokojnymi. Wychodzi, że znowu trzeba przy tej okazji zacytować największe około narkotykowe, proceduralne arcydzieło, czyli "The Wire". "To nie jest wojna. Wojny się kończą."

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci