Menu

SROGI BOCHEN

Wszystko jest kopią kopii jeszcze innej kopii

Tu chodzi o etykę w superbohaterstwie

gawithpl

Zack Snyder został zapisany w słowniczku krytyków jako antonim subtelności, ale wszystko, co dobre i piękne w jego filmie o Batmanie i Supermanie jest ukryte w niuansach, nienachalnych intertekstualnych nawiązaniach i polega silnie na przedsądach.

Marvel kręci swoje śmieszki według sprawdzonej receptury, joke-punchline-punch-oneliner, która najwyraźniej znowu przedefiniowała gatunek. Ja też je lubię, ale to nie znaczy, że muszę nie lubić czegoś odwrotnego. Choć lanie, jakie "Batman v Superman" przyjmuje od recenzentów jest w większości zrozumiałe, to sam tekst o "zamało humoru", którym ciska się w film jak głazem narzutowym, jest nietrafiony. Ekranizacje Marvela (z paroma wyjątkami - "Zimowy żołnierz", seriale Netflixa) to po prostu niedzielne kreskówki z lat sześćdziesiątych przetłumaczone na filmowy język i podrasowane oryginalnym dowcipem. Seria Zacka Snydera toczy się na zmianę w podbrzuszu grzesznych miast i pożodze wojny. Welcome to DC Universe. Zainstalowany tu wszechświat może być równie kreskówkowy, ale potwory, które w nim czyhają, są prawdziwe. Na przykład szajbnięty miliarder, który rozgrywa społeczne lęki i nieufność wobec autorytetów, żeby gromadzić władzę we własnych rękach.

Do tego świata nie pasują niestety idealiści jak Steve Rogers, żartownisie jak Tony Stark, ani zimni profesjonaliści jak Czarna Wdowa. Będzie w nim wielu mruków targanych wewnętrznymi sprzecznościami, niepewnością, uporczywą mantrą Carrie z piątego sezonu "Homeland" - "całe to cierpienie i nic się nie zmienia". Superman jest tu słusznie wyalienowany i postludzki prawie jak Doktor Manhattan z innej, całościowo trochę bardziej udanej, komiksowej adaptacji Zacka Snydera. Jego heroizm nie płynie z czystości serca, ale tego samego poczucia odpowiedzialności, które dręczyło Chrisa Kyle'a w "Amerykańskim snajperze". Inaczej niż w kanonie, rodzina Kentów od dziecka próbuje go chronić przed społeczeństwem, jak rodzice Elsy. Conceal, don't feel. A Superman na to "jak ze sobą żyć, nie podejmując odpowiedzialności za ludzkość?". Trudny moralny obowiązek, nie chęci. Kiedy więc świat wyklina swojego niechętnego zbawiciela, ciężar niepewności pociąga w niemoc, z którą trzeba sobie poradzić. 

Batman jest nawet ciekawszym przypadkiem. Bruce Wayne jako postać zostaje w tej serii przedstawiony po raz pierwszy, więc każdy element jego story arc powinien zostać teoretycznie wyłożony od zera. Zack zasadnie zakłada jednak, że Batmana wszyscy znamy jako archetyp, skoro jako bohater - w tej czy innej formie - towarzyszy nam od dziecka. Buduje więc jego wątek w sposób hipertekstualny, dokonuje dekonstrukcji mitu. Batman w wykonaniu Bena Afflecka porzucił swoje zasady, bo "tyle cierpienia i nic się nie zmienia". Spojrzenie, jakie wiesza na naznaczonym farbą kostiumie Robina (otwartym nawiązaniu do komiksu "Śmierć w rodzinie", w którym Joker zabija odwiecznego sidekicka nietoperza) mówi o tej postaci więcej niż powiedziałyby flashbacki i linijki dialogów. To jest Batman psychicznie rozchwiany, gniewem maskujący swój przytłaczający lęk i nieufność wobec reszty świata i wszystkiego, co obce. To Batman, który już nie wierzy w drugie szanse.

"Batman v Superman" jest więc filmem o spirali konfliktu, u podłoża którego leży wzajemne niezrozumienie, stare urazy i niepokój nakręcany przez żądnych władzy szaleńców. Nie wiem, co wy na to, ale dla mnie to brzmi bardzo współcześnie, jakkolwiek infantylne i sentymentalne może się wydawać podejście Zacka Snydera do tematu. Nie wiem jednak, czy to braku zrozumienia czy  wyrozumiałości doszukiwać się w kpinach z dwóch najbardziej poruszających fragmentów "Człowieka ze stali" i "Batman v Superman".

W przypadku "Man of steel" z niechęcią spotkała się scena, w której Clark z bólem serca zabija Zoda. Był to dla postaci moment definiujący. Superman właśnie zniszczył ostatnią żywą cząstkę własnego świata, żeby chronić wciąż obcą sobie ludzkość. Jego mrukliwość i podejście do zawodu superbohatera to w dużym stopniu psychiczne konsekwencje tamtej decyzji. Odpowiednikiem tej sceny w "Batman v Superman" jest moment szorstkiego pojednania tytułowych bohaterów. Wbrew memes jak ten powyżej, we fragmencie tym nie chodzi o to, że "nasze stare chodziły do tej samej szkoły = coś nas łączy = let's be buddies". To po prostu chwila, w której Batman po raz pierwszy spogląda na Supermana i dostrzega w nim człowieka. Czyjegoś syna, nie zagrożenie. Kogoś, komu mama śpiewała do snu i kochała ponad wszystko, a nie broń masowego rażenia. Wtedy Bruce Wayne, wobec wybudzonych z mroku własnej duszy wspomnień, przypomina sobie też dlaczego został Batmanem. Żeby żadne dziecko nie zostało pozbawione rodziców, jak on. Wtedy puszcza gniew i wraca rozsądek. Dla mnie była to mocna i emocjonalna scena, która trafia do sedna humanizmu opowieści o superbohaterach.   

Wszyscy skończymy w zupie

gawithpl

Po co te swary, i tak wszyscy skończymy w zupie.

W dawniejszych, niewinnych czasach, kiedy internet jeszcze nie umiał w jedną dobę przekabacić bezbronnej botki na stronę nazistów, widywałem na grupach dyskusyjnych ten kawałek wierszyka Brzechwy jako balsamik łagodzący co bardziej zażarte flejmy. Takie przypomnienie o marności od czasu do czasu dobrze zrobi każdemu.

Trailer komedii "Sausage Party" Setha Rogena najpierw bawi, jak stonerska rozmowa dwóch zjaranych ziomków (bo taka pewnie jest geneza tego błyskotliwego scenariusza), a potem okazuje się alegorią kryzysu wiary, podobnie jak jedna z najbardziej pamiętnych animacji mojego dzieciństwa - "Dzielny mały toster".



W "Tosterku" porzucone w leśnej chatce klunkry przeżywają egzystencjalny kryzys z powodu przekonania, że "Pan domu" je opuścił na zawsze, wyruszają więc w daleką podróż, by go odnaleźć, a wraz z nim światło życia. W "Sausage Party" widzimy ciekawszą perspektywę. Parówka Frank odkrywa straszną prawdę o sensie istnienia i wieczności, ale kiedy przychodzi, by ostrzec resztę jedzenia o marności, zostaje uznany za heretyka. Jak wielu z tych ludzi, którzy przypominają słowem i czynem, że też wszyscy kiedyś skończymy jako pasza, ale dla robaków.

Każdy sobie wyznaje, co chce i wyznacza własne cele, tylko dlaczego mam wrażenie, że ci, którzy pamiętają o marności są często po prostu bardziej przyzwoitymi ludźmi niż ci, co marzą o wieczności?

#OscaryTakieBiałe #LeoMusisz

gawithpl

640

Jeśli chodzi o kandydatów do nagrody dla Najlepszego Filmu, to nie zdążyłem obejrzeć "Brooklynu" i "Pokoju", ale jak Janusz Polskiej Blogonautyki Filmowej mogę już ocenić, że pierwszy i tak jest pewnie nudnym romansidłem, a drugi raczej nie ma szans na nic więcej niż Oscara dla Brie Larson, który wydaje się pewny. Co do pozostałych tytułów, to mam tym razem swojego faworyta w filmie, który jest też w zasadzie pewnym przegranym, bo chyba jako jedyny z nominowanych nie ma w sobie krztyny sentymentu, tylko cięty żart, pazurzasty komentarz społeczny i postmoralistyczną warstewkę narracyjną. To Big Short, film o globalnej ekonomii.

Kiedyś wszystko, co związane z ekonomią odpychało mnie jak różniczkowanie, aż publicystyka pokryzysowa ocuciła mnie prawie jak ten szpon w "Matrixie" wyciągający Neo z wanny z różowym glutem. Wtedy jakoś do mnie dotarło, że ekonomia jest nauką społeczną, którą napędzają najbardziej pierwotne ludzkie cechy, głównie chciwość i głupota, a nie jakieś niezachwiane matematyczne prawa, krzywe i dogmaty, które zacięte jak stara płyta społeczeństwo poddaje masowo w swych głowach reifikacji. "Big Short" może stanowić zamknięcie nieformalnej trylogii kryzysowej, tworzonej razem z filmami "Margin Call" i "99 Homes". Pierwszy opowiada historię ekonomicznego meltdownu z perspektywy bankierów, drugi z pozycji najbardziej bezbronnych ofiar tego gargantuicznego przekrętu, czyli ludzi, których banki wykopały z własnych domów, żeby zalać nieruchomościami pęknięcie w kapitale, które same wykuły. Najważniejszym bohaterem w "Big Short" jest natomiast widz. Czyli ty. Rozproszony, niekumający wiele z wallstreetowego żargonu, którym sypią moralnie relatywistyczne postacie. Film kupił mnie całkowicie już w scenie finansowych negocjacji, którą Ryan Gosling przerywa odwrotem ku kamerze, żeby powiedzieć widzom: "Wiem, że nic z tego nie jarzycie, więc Margot Robbie w wannie wyjaśni wam w prostych słowach, co to są kredyty hipoteczne typu subprime". Mężczyzna o prawidłowo działającej hydraulice nie słyszy już nic po słowach "Margot Robbie w wannie". Tak ma działać rynek finansowy, niczym magik odwracający uwagę konsumenta jakimś ładnym świecidełkiem, żeby wolną ręką wyciągnąć mu portfel z kieszeni. Kiedy na koniec filmu wraz z piosenką "When the levee breaks" wytaczają napisy końcowe, zastanawiamy się tylko, jak to możliwe, że nikt oprócz głównych bohaterów "Big Short" nie zobaczył tej pęczniejącej finansowej bańki z daleka, przecież to było tak oczywiste! Byliśmy zbyt zajęci marzeniami o własnym domu, własnym biznesie albo Margot Robbie w wannie. 

Drugim filmem w moim rankingu nominowanych jest Spotlight. Niestety mieliśmy pecha oglądać go w jednym rzędzie kinowym z panią, którą do rozpuku śmieszyła co druga linijka dialogu tego dość ponurego thrillera. 90 księży gwałciło dzieci, haha. Co tam "Marsjanin", "Spotlight" powinien wygrać Złoty Glob za najlepszą komedię. Oczywiście możliwe, że kobieta była tak upalona, że pękłaby z beki na dźwięk kolejnych przystanków czytanych przez lektora w autobusie, ale lubiąc wysuwać naciągane diagnozy społeczne, już podejrzewam, że to wyraz tego, jak temat pedofilii w Kościele jest postrzegany dziś. Otóż mamy jeden margines, który czyta "Nie" oraz "Fakty i Mity" i cały ten ciemny wątek współczesnej historii sprowadza się dlań do sprośnego rysunku rozochoconego księdza ganiającego ministrantów z pałą na wierzchu. Potem mamy drugi margines, który cały fakt wypiera ze świadomości. I mamy resztę społeczeństwa, która dawno przeszła nad aferą do porządku dziennego, bo przecież "nie warto niszczyć sadu z powodu kilku zgniłych jabłek". "Spotlight" to taki film, który przypomina, że były kiedyś instytucje, które nie pozwalały nad pewnymi rzeczami przejść do porządku dziennego. Zaginiony świat, w którym prasa papierowa drukowała coś więcej niż wczorajszy internet, a redakcja mogła sobie pozwolić na coś tak dzisiaj absurdalnego jak utrzymywanie zespołu pracującego nad jednym tekstem przez okrągły rok. Ile dziś taki tekst musiałby mieć kilknięć, żeby to się zwróciło? Ponadto to pierwszy prawdziwy film o dziennikarstwie, bez żadnych sensacji, anonimowych tipów, korekt tekstu tuż przed północą i rozmów z informatorami w ciemnym garażu. Oczywiście wzięło mnie na nim pełne wzruszenie, stąd szczerze życzę mu wygranej w niedzielę.

Zjawa natomiast będzie zapamiętana jako przykład nieco ekscesywnego poświęcenia dla sztuki. Zimno, spanie w zdechłym koniu i jedzenie surowej wątroby bizona przemawiają do wyobraźni mocniej niż sam film. Film, który jest rzeczywiście piękną robotą reżyserską, który rzuca widza w sam środek wydarzeń - czy to brutalny atak niedźwiedzia, czy grad strzał amerykańskich natywów, ale przy tym nie oferuje wiele dla duszy. Spodziewałem się po nim albo niesamowicie naturalistycznej i brutalnej opowieści w stylu powieści McCarthy'ego albo jakiejś indiańskiej mistyki czy wręcz magicznego realizmu. Tymczasem "Zjawa" jest trochę taka i trochę taka, a w efekcie trochę nijaka, a jednak sama realizacja - praca kamery, aktorskie poświęcenie, wybór plenerów - wystarczy, żeby zaprzeć dech.

Marsjanin to komediowy popis Matta Damona, który niczym nie zaskoczy niestety kogoś, kto przeczytał wcześniej świetną książkę Andy'ego Weira. Most szpiegu typowo spielbergowski wysyp proamerykańskich sentymentów, który w żadnym calu nie jest złym filmem, ale nominację zdobył zdecydowanie z rozpędu. Mad Max to perełka wśród tegorocznych blockbusterów, na której inne letnie hity mogłyby się wzorować, zarówno jeśli chodzi o efekty specjalne i pracę kamery, jak i wdrażanie "ideologii gender". Osobiście bym go nie nagrodził, ale cieszę się, że został doceniony.

Moje typy:

Najlepszy film. Wygra: "Spotlight". Mój głos: "Big Short".

Najlepsza reżyseria. Wygra: "Zjawa". Mój głos: "Zjawa".

Najlepsza aktorka. Wygra: Brie Larson. Nie widziałem żadnego z filmów nominowanych w tej kategorii, ale skoro już sam trailer "Pokoju" sprawia, że łzy cisną mi się do oczu, to in blanco przyznam głos faworytce.

Najlepszy aktor. Wygra: #LeoMusisz. Zastanawiam się nad tym mitem, że DiCaprio jest zawsze okradany z Oscarów i uważam, że tak naprawdę jedyna niesprawiedliwość, która go spotkała to brak nominacji za rolę w "Django". Niemniej kampania na rzecz "odszkodowania" dla Leo jest w tym roku tak nachalna, że internet będzie gotów podpalić Hollywood, jeśli aktor nie wygra za swoje cierpienia na planie "The Revenant". Ja też mu życzę jak najlepiej, ale gdybym miał patrzeć fenomenologicznie na nominowane filmy, to zagłosowałbym na Fassbendera.

Koniec końców

gawithpl

Archiwum X zostało re-otwarte. Jack Bauer ciągle nie dostał urlopu. Michael Scofield wychodzi z grobu prosto do więzienia. Herosi odrodzeni. Chata pełniejsza. Park wreszcie przyjmuje gości. Mad Max wiecznie żywy. Podobnież Rocky (choć ledwo). Galaktyka wciąż w pożodze. Jestem pewien, że za chwilę ktoś na spotkaniu w pokoju z dużymi stołami wyciągnie z krainy bitter endu również Doktora House'a i Dextera. Popularną współczesną opowieść, która po bożemu ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie trudniej już znaleźć niż czarnego republikanina (albo nominowanego do Oscara). Ale nowe dokrętki to stara śpiewka - zawsze były i jedyne co mogą zrobić źle, to zaciągnąć historię po urwanym torze w przepaść. Uniwersa zaś, czyli nowy model franczyzowy, który zastąpił najmodniejsze 15 lat temu trylogie, to odmienna bajka, bo w tym rozkulanym przez Marvela trendzie żadna historia już nie jest zamkniętą całością, a każdy wątek wyrasta na nową gałąź, aż nie idzie już tych chaszczy objąć wzrokiem ani kosą. Nic się nie kończy, nic nie umiera, wszystko rozrasta we wszystkie strony. Jak to wszechświat, prawda. Przemysł kulturowy zamiast zwykłego rozciągania robi takie ekstremalne pompowanie klasycznej, dobrze funkcjonującej od tysięcy lat strukturze opowieści. Dlatego dobrze, że jest film jak "Deadpool", który ten nadęty balonik tak trochę dźga. Autorzy tego scenariusza nie udawali, że jest on o czymś innym niż o innych opowieściach. "Deadpool" magicznie sprawia, że nawet takie tytuły jak "Wolverine: Origins" albo "Zielona Latarnia" przestają być tylko dennymi filmami, a stają setupem dla puenty całkiem dobrego dowcipu. 

Największą supermocą Deadpoola jest przebijanie czwartej ściany, a coś jest takiego w tej sile, że zmienia zawsze opowieści w żarty. Jakby przyznanie racji istnienia zewnętrznemu obserwatorowi burzyło całą wewnętrzną integralność historii i każde jej święte prawidło sprowadzało do kilku heheszków. Skoro więc tak już postawiliśmy sprawę i wiemy, że tak zwane Kinematograficzne Uniwersum Marvela (i jego odnogi należące kapitałowo do innych wytwórni) nie jest żadną opowieścią, ale dowcipem, to myślę, że jego doskonałym panczlajnem będzie filmowa wersja tego komiksu, w którym fabułę plotą tylko nerdowskie rozmyślanki o tym, czy powiększony cząsteczkami Pyma Mjolnir mógłby zabić Thora, a każda kolejna śmierć jest tylko nowym śmieszkiem. Bo przecież każda tragedia powraca jako żart. Czy jakoś tak. 

lSqm2Um

 

Dziergając mordercę

gawithpl

Przerywam tę długą ciszę w eterze pod wpływem serialu, przez który o mało nie roztrzaskałem laptopa z frustracji.

Tytułem wstępu jedynie pochwalę Netflixa za eksport swoich usług do Polski, w ograniczonym faktycznie zakresie, ale za to w dobrej klasie. Nawet na skrajnie gównianym łączu Good Guy Netflix nigdy nie przeskakuje między klatkami, nie zaczyna buforować akcji w krytycznym momencie, czasem tylko płynnie obniża jakość obrazu, kiedy w kablu od internetu coś się zatka. Myślę, że kilkadziesiąt godzin contentu, który można tam zaczerpnąć miesięcznie za cenę dwóch biletów do kina albo jednego posiłku w Maku to godziwy dil. Ale przechodząc dalej do jądra ciemności...

Sumienie. Sumienie jest jak marska wątroba. Ciężko z nim żyć, nigdy nie zdrowieje i boli, kiedy dźgnąć je palcem. Dręczy i wypomina każde moralne potknięcie, niepewność, zawahanie i brak pokory. Taki przeciętnie polski Polak ma dosyć wątroby, żeby przepić swoje życie, ale czy ma dosyć sumienia, żeby sprawiedliwie przesądzić o życiu kogoś innego? Tyle się złorzeczy ten nadwiślański wymiar sprawiedliwości. Ja, przyznam się, nie miałem z nim na szczęście nigdy żadnej bezpośredniej relacji, ale mam regularną styczność z brytyjskimi i amerykańskimi thrillerami prawniczymi i dramatami sądowymi, więc zastanawiam się czasem, czy ten bardziej ekwilibrystyczny model prawny krajów z common law, oparty na decyzjach ławy przysięgłych, rzeczywiście jest... no wiecie, bardziej sprawiedliwy. 

"12 gniewnych ludzi" przekonuje człowieka, że rola ławnika to takie nobilitowane zajęcie, które polega na ważeniu faktów i opinii. Tymczasem mam przeczucie, że w prawdziwym sądzie wygląda to tak, że pięciu przysięgłych z sumieniem w końcu ulega siedmiu upartym Januszom, którzy chcą tylko przerwać deliberacje, żeby zdążyć do domu na mecz, a werdykt zapada prawie zawsze w sferze emocji, nie zawsze w koincydencji z prawdą.

Drugi sezon brytyjskiego kryminału "Broadchurch" robi oryginalną dla kryminałów rzecz i poświęca fabułę procesowi zabójcy ujętemu w pierwszej serii. Jako widz stoimy tu po stronie prokuratora, bo znamy prawdę i kłują nas szpile wbijane w oskarżycieli przez obronę, chociaż są obiektywnie uzasadnione zaniedbaniami policji. A błędy policji w tej sprawie i okoliczność zbrodni to dosyć, żeby zbudować w głowach nieznających prawdy ławników to, co w języku sądu nazywa się "zasadną wątpliwością". Inną perspektywę przyjmujemy w 10-odcinkowym dokumencie "Making a Murderer" Netflixa, który od paru tygodni wstrząsa Ameryką jak huragan. Jego autorki (co wyczuć już można po tytule) twardo stoją po stronie oskarżonego, ale jako widz musimy rozstrzygnąć sprawę we własnym sumieniu, tymczasem "zasadne wątpliwości" po prostu przeżerają duszę.

237200543 

W normalnych okolicznościach napisałbym, że taki serial najlepiej oglądać w ciemno i łykać kolejne twisty z szokiem i furią. Ale że chodzi tu o prawdziwych ludzi, którzy cały czas na drodze sądowej walczą o swoje życia, trochę nieprzyzwoite wydaje mi się traktowanie tematu w kategorii rozrywki. "Making a Murderer" to głównie prawdziwe nagrania z rozprawy sądowej, rozmowy z rodziną oskarżonego i prawnikami. Trudno to oglądać, bo kulisy zbrodni są brutalne, a popis niesprawiedliwości epicki, ale jednak nie można się od tego odkleić, a potem jeszcze przestać szukać po sieci nowych informacji o sprawie. A sprawa ma tyle zakrętów, że werdykt zmienia się w głowie z każdym kolejnym zdaniem.

Steven Avery, złomiarz z Wisconsin, czarna owca lokalnej społeczności, zostaje skazany za gwałt bez żadnych dowodów, pod naciskiem lokalnego biura szeryfa i 18 lat później całkowicie uniewinniony - tylko po to, żeby za chwilę, w trakcie procesu o milionowe odszkodowanie, znów zostać przez to samo biuro aresztowanym za morderstwo. Wszystko wydaje się jasne - wrobili go raz, wrobili kolejny, żeby pomścić zszarganą reputację i wywinąć od należności. Ale okoliczności rodzą podejrzenia. Steven był ostatnią osobą, która widziała ofiarę, młodą fotografkę Teresę Holbach żywą - wkrótce jej auto zostaje znalezione na jego złomowisku, a spalone szczątki kobiety za jego domem. Przy całej sympatii do Steve'a, trudno nam przyjąć, że policja posunęła się do zabójstwa, tylko po to, żeby się na nim odegrać, a inny scenariusz byłby zbyt naciągany, żeby ot tak go łyknąć. Steve musiał to zrobić, łatwo uwierzyć, że 18 lat w pierdelu namąciło mu dosyć w głowie. Ale. Okazuje się, że spalone szczątki zostały pod dom oskarżonego przywiezione z innego miejsca. Czemu morderca miałby sam sobie podkładać nogę? Steve niewinny. Ale. W aucie ofiary zostaje znaleziona jego krew. Zamknąć Steve'a. Ale. Okazuje się, że policja miała dostęp do fiolki z jego krwią pobraną przy okazji poprzedniej sprawy - prawnicy Avery'ego docierają do probówki w policyjnym magazynie, znajdują rozerwaną plombę i maleńką dziurkę od strzykawki na zakrętce. Wrobiony! I tak przez wszystkie odcinki. 

"Nie jestem przekonany, że Steven jest niewinny, ale liczy się tylko, że nie jestem przekonany, że jest winny" - mówi jeden z sympatycznych adwokatów głównego bohatera, trafiając do sedna dokumentu - ułomności amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, który zmusza oskarżonego do udowodnienia własnej innocencji, zamiast wymagać od prokuratury twardych dowodów winy. W tej sprawie media skazały Steve'a jeszcze na długo zanim zaczęła się pierwsza rozprawa. Stronniczość tego serialu do pewnego stopnia tłumaczy potrzeba zrównoważenia tamtej medialnej nagonki.

Największym problemem obrony w tym procesie był brak alternatywnych podejrzanych. Dokument też ich nie wskazuje, ale uważnie śledząc przebieg rozpraw i różne zeznania widz może wyrobić sobie kilka teorii. Internet furczy już od takich hipotez przekutych w jawne oskarżenia. Też mam swoje, ale gdybym podobnie zaczął strzelać zarzutami w oparciu o przeczucia, poszlaki i okoliczności, obnażyłbym, jak mało wyciągnąłem z moralistycznej warstwy "Making a Murderer". Kilka tygodni temu nad Wartą wydarzyła się nam całkiem podobna historia. Tłumek punisherów bardzo chciał zlinczować kolegę Ewy Tylman w trakcie eksperymentu sądowego, nakarmiony portalowym komentarzem, furczące emocje gotów przekuć w osąd. Drugi z sympatycznych prawników Avery'ego kończy swoją rolę w serialu nieszczególnie odkrywczym, a jednak porażająco mocnym w tym kontekście zdaniem. W sądzie można przy uporze wygrać, ale w społeczeństwie być oskarżonym już znaczy przegrać.

Frontiers

gawithpl

Choć dzień przed premierą "Przebudzenia mocy" zniesławiam publicznie sagę "Gwiezdne wojny", podając w wątpliwość jej wielkość, to już dzień po premierze siedzę w kinie w koszulce z Ewokami i mimowolnie wyłapuję wszystkie te jajka wielkanocne pochowane w filmie przez Dżej Dżeja dla die hard fanów. Od oczywistości takich jak Starkiller (nazwa nowej gwiazdy śmierci i imię, które w oryginalnej wersji scenariusza nosić miał Luke) po drobnostki jak cameo Wolfmana w nowej reinkarnacji baru na Mos Isley, będącej prztyczkiem w nos dla George'a Lucasa, który w odnowionej wersji "Nowej nadziei" zastąpił w kultowej scenie wiele postaci daremnymi animkami. Nie wiem, czy to siła sentymentu, czy siła marketingu. Ale wiem, że "Force Awakens" to zwyczajnie fajny egzemplarz, proszę wybaczyć określenie, współczesnego kina nowej przygody.

Toż tu nie ma żadnych wartości artystycznych, z pewnością się ktoś spina i zarzeka. To tylko stara melodia wiernie odegrana celem odgrzania nostalgii i zwiększenia obrotu. Czyż nie ma wobec tego żadnej wartości również Mona Lisa, wiernie przecież tylko odtwarzająca pędzlem wyrobnika rysy twarzy, które oryginalnie stworzyła Matka Natura, mieszając geny, chromosomy, allele i inne takie? Trolluję ja. Albo czy bezwartościowe jest ładne zdjęcie ulicy, architektonicznego tworu, który widujesz codziennie, wzbogacone jedynie ładnym filtrem, pomysłowym kątem? Ja powiem wam, że to właśnie jest czasem największa sztuka zagrać stare melodie tak, żeby na nowo wpadły w ucho.

A "Force Awakens" to fajny remake i dobry sequel. Dlaczego dobry sequel? Bo odpowiada starannie na pytanie, po co są w ogóle sequele. Bo nic się nigdy nie kończy, jak to powiedział Doktor Manhattan. Bo każda akcja ma nieplanowane konsekwencje, a każdy kamyczek kopnięty w przepaść, może wprawić w ruch mechanizm, który wywoła kiedyś lawinę.

Euforyczny finał "Powrotu Jedi" śmierdzi fałszem i "Przebudzenie mocy" właśnie ten fałsz obnaża. Związek Hana i Lei rozleciał się, kiedy ich obciążony brzemieniem przeszłości syn wyrósł na psychopatę, new age'owe marzenie Luke'a o przywróceniu równowagi mocy rozpadło się z hukiem (ten ledwo muśnięty wątek ciekawie rozwinie się, jak sądzę, w kolejnych częściach), a na ruinach Imperium wyrosła nowa sitwa, jak Państwo Islamskie na kompoście z przetrzebionej Al-Kaidy. Jedyny happyend spotkał tych mieszkańców Alderaan, którzy mieli szczęście spać w chwili zamachu na ich planetę.

Ale co najlepsze w "Przebudzeniu mocy", akcja filmu z kolorowych miast i ław parlamentu wróciła na rubieże. To się nawet ładnie rymuje ze starymi częściami. Pole bitewne, wybuchy, krew, ból i oderwane kończyny to tylko kawałek obrazu każdej wojny. Najtrwalej odciska ona piętno właśnie na tych wszystkich zadupiach świata jak Tattooine i Jakku, których mieszkańcy mogą jeszcze przez stulecia po oficjalnym zawarciu pokoju płacić za imperialne i new age'owe marzenia tych wszystkich Luke'ów Skywalkerów i Palpatine'ów. Najmocniej w nowej części uderzyła mnie taka niezauważona prawie przez nikogo scena, w której protagonistka Rey w trakcie swojej półniewolniczej pracy na podłej piaskowej planecie wtapia wzrok w starą kobietę mechanicznie szorującą metal po drugiej stronie stołu i z beznadzieją dostrzega w niej samą siebie za kilkadziesiąt lat.

Chociaż brawa w kinie rozlegały się wraz z introdukcją Hana Solo, Chewiego, Lei i C3PO, to oczywiście siłą tej trylogii będą nowe postacie. Nadmieniona Rey, którą od młodego Luke'a odróżnia przewaga sumienia nad ambicją (Skywalker na widok zwęglonych szczątków swojej rodziny w "Nowej nadziei" mówi ze wzruszeniem ramion "nie ma tu już czego szukać" i wio w kosmos, Rey trzyma się kurczowo zniszczonej planety z tęsknoty za rodzicami i z autentyczną nadzieją) oraz Ben, którego skrzywienie pewnie wiele ma wspólnego właśnie z przerostem ambicji i zuchwałością wujka Luke'a. Smutek w oczach Daisy Ridley, Adam Driver uderzający się w ranę tułowia, żeby z bólu czerpać gniew jak paliwo do walki i na koniec pełne winy i rozpaczy spojrzenie Marka Hamilla - dzięki takim niuansom "Force Awakens" ma więcej Mocy niż Stara Trylogia.

Coś się kończy, coś zaczyna

gawithpl

Wesołych i zasobnych Świąt!

Coś się zaczyna, coś kończy. Kończy się, jak sądzę, ten tu zakątek internetu. Przynajmniej w wersji znanej dotychczas. Teksty z tak zwanej popkultury zamierzam za niedługo wrzucać tylko na stronę naszego nowego magazynu (słowo portal jest brzydkie, więc nie będę go używać), a tego oto bloka ograniczyć do sporadycznych, kwartalnych wpisów z gatunku "Kochany pamiętniku". Myślałem, że może przed końcem roku zaproszę Was jeszcze na gotową stronę, ale na razie mogę pochwalić się jedynie landing pagiem i udawać, że to element kampanii buzz marketingowej.

DSC00035

W tle witryny przypadkowo-nieprzypadkowo wylądował taki kadr. Kolega, który na szybko zmontował mi stronę powitalną chciał, żebym rzucił mu tytuł swojego ulubionego filmu. Pierwszy do głowy przyszedł mi "Almost Famous"  Camerona Crowe'a. Historia o piętnastolatku z lat siedemdziesiątych, który podszywając się pod reporterskiego wygę zdobywa zlecenie z "Rolling Stone'a" na napisanie tysiąca słów z trasy koncertowej nowego rock bandu na fali wznoszącej. Reportaż wychodzi tak dziki i niesamowity, że prawie nie przechodzi weryfikacji u sceptycznych redaktorów. Jaka to słodka i irrelewantna fabuła w czasach, kiedy mogę się teoretycznie sam wypromować w sieci, a inne magazyny będą przedrukowywać i komentować moje bzdety bez jednego nawet telefonu weryfikacyjnego. Te lata siedemdziesiąte, wtedy nawet groupies miały klasę i znały zasadę don't kiss and tell. Teraz od razu blablają na Snapchacie.

Skoro tymczasem blog się jeszcze trzyma, postaram się częściowo wypełnić zadania z łańcuszka blogerskiego, do którego ponad miesiąc temu podłączyła mnie Hołka. Częściowo, bo chyba nie przytoczę aż jedenastu faktów na swój temat i nie puszczę łańcuszka dalej w świat, bo nie znam jedenastu blogerów, a mniej popularnych niż ja to w ogóle. Ale na pytania chętnie odpowiem. Są to odpowiedzi ironicznie brzmiące, ale tak naprawdę niestety tylko bezczelnie szczere.

1. Czy są ja­kieś sy­tu­acje (np. spa­ce­ro­wa­nie albo śpie­wa­nie pod prysz­ni­cem), w któ­rych szcze­gól­nie czę­sto przy­cho­dzą ci do głowy nowe po­my­sły (nie­ko­niecz­nie do­ty­czące bloga)?

Przerwa na fajek, ciekłą kofeinę w puszcze i wdech tlenu (tego z powietrza, nie butli). Nie praktykuję często, ale taka kombinacja chemiczna zwykle odblokowuje jakąś klapkę w mózgu.

2. Co mo­ty­wuje cię do pi­sa­nia?  

Deadline (haha, wiem, stary żart). Ale najmocniej chyba to samo, co w przypadku nauki. Chęć wykazania komuś, że się myli. 

3. Czy do two­rze­nia no­wych wpi­sów po­trze­bu­jesz ja­kiś spe­cjal­nych wa­run­ków (no wiesz, od­po­wied­niej pory dnia, ulu­bio­nej mu­zyki albo kota śpią­cego na ko­la­nach), czy też wy­star­czy, że bę­dziesz miał coś do pi­sa­nia i chwilę spo­koju, a reszta jest bez znaczenia?

Ostatnio kadzidełka. Ale obejdę się i bez.

4. Ile czasu (plus-​​minus) po­trze­bu­jesz na na­pi­sa­nie no­wego wpisu na blogu?

Godzinę na wyklepanie czegokolwiek. Pół miesiąca, jeśli mam być potem z tego chociaż trochę zadowolony. 

5. Pi­szesz i od razu pu­bli­ku­jesz, czy wcze­śniej jesz­cze re­da­gu­jesz albo zle­casz re­dak­cję ko­muś innemu?

Od razu. Potem poprawiam najbardziej obciachowe błędy w pośpiechu zanim ktoś zauważy.

6. Ma­rzysz o wy­da­niu wła­snej książki?

Tak. W idei bycia pisarzem zawsze podobało mi się to, że to jedyna praktycznie ścieżka kariery, na której ani jedna minuta życia nie idzie na marne. No bo wszystko jest researchem. Śpisz - może przyśni ci się coś, co za pięć lat ułoży się w jakąś fajną scenę. Jedziesz autobusem, może w przypadkowej rozmowie podsłuchasz dialog dla swoich postaci, ewentualnie własne odczucia przekujesz w przekonujący opis nudy. Zwijasz się z bólu w szpitalnej poczekalni, może będzie z tego kiedyś poruszająca eksplikacja cierpienia, która uwiarygodni twojego bohatera. Poza tym pisanie to jedyny pomysł na zbawienie świata, który wydaje się być w moim zasięgu. No bo nie nauczę się już chyba hakować serwerów wielkich korporacji jak Pan Robot.

7. Je­śli po­sia­dał­byś ma­szynę te­le­por­ta­cyjną i mógł za­miesz­kać w do­wol­nym miej­scu na świe­cie, bo czas do­jazdu do pracy (lub do cioci na imie­niny) prze­stałby mieć zna­cze­nie, to gdzie byś zamieszkał?

Nawet sto lat po upowszechnieniu teleportów bałbym się, że nieszczęśliwym wypadkiem przeniosą w miejsce docelowe na przykład tylko 3/4 mnie i będę musiał żyć bez ćwiartki siebie. Nie wierzę technologiom, póki nie zrozumiem jak działają (dzięki szczegółowemu rozpracowaniu samolotu nigdy nie bałem się na przykład latać). No ale hipotetycznie - zawsze podobały mi się te takie obskurne, ale przytulne mieszkanka na Manhattanie. Albo dla kontrastu jakaś samotnia z widokiem na jezioro. Może być w Islandii.

8. Jaki se­rial te­le­wi­zyjny za­brał­byś na bez­ludną wyspę?

"Modę na sukces". Bo starczyłoby odcinków do reszty życia.

9. Gdy­byś mógł po­wo­łać do ży­cia jedno z nie­ist­nie­ją­cych, fan­ta­stycz­nych stwo­rzeń, które byś wybrał?

Mogwaja. Takie słodziaki z nich.

10. Gdy­byś mógł na­pić się piwa (lub kawy albo her­baty), z ja­kimś fik­cyj­nym bo­ha­te­rem (nie­ważne, czy z filmu, se­rialu, książki, czy też z gry), to kogo byś wybrał?

Jak już pić z fikcyjnymi postaciami, to raczej tymi serialowymi. I tak spędzamy z nimi więcej czasu niż z prawdziwymi znajomymi. Najpierw pomyślałem szczeniackim odruchem o Hanku Moodym, ale z takiego picia raczej nie wynikłoby pewnie nic poza wstydliwą historyjką. Do głowy przychodzi mi więc tylko Jimmy McNulty z "The Wire". Pewnie nie pił bym z nim wespół, ale chętnie postawiłbym mu bronka z drugiego końca baru z dedykacją "Dzięki za to co robisz". Kiedy czytam donosy o nowych aktach policyjnej brutalności za oceanem, o wszystkich właściwie szaleństwach społecznej machiny, ratuje mnie myśl, że gdzieś tam są w tłumie ci reluctant heroes. Odlegli od wzoru cnót, ale z sumieniem we właściwym miejscu. Jakoś tak chcę się im wszystkim, ucieleśnionym w postaci McNulty'ego, podziękować kolejką w barze.

11. Co (poza cze­ko­ladą i al­ko­ho­lem) po­pra­wia ci humor?

Kiedy nagle różni zaufani opiniotwórcy zaczynają opiewać jakiś nowy film, to się często strasznie pompuję i ekscytuję z nimi. To prostu miło, kiedy ktoś od czasu do czasu zrobi coś z natchnieniem. Mało co mnie przygnębia jak kulturalna miernota. W przeciwieństwie do 9/10 recenzentów nie mam żadnej radości z pisania o filmach źle.

Pozostałe zadania łańcuszkowe postaram się wypełnić później.

 

 

Gwiezdne Wojny bez nostalgicznych gogli

gawithpl

Przed premierą "Przebudzenia mocy" (tą dla zwyczajnych proli, czyli piątkową) muszę wygłosić kilka herezji.

forceawakensjarjarposter

Z sześciu filmów, które tworzą kanoniczną serię tak naprawdę tylko jeden jest dobry. Jak to się stało, że światu odwala na punkcie takiej obiektywnie średniej serii? Wiadomo, nostalgia. "Star Wars" dla mnie to też ciepłe wspomnienie po pudle od pralki udającym kabinę starfightera i chemicznym zapachu taśmy VHS. Ale oglądając dziś "Nową nadzieję" nawet przez nostalgiczne zaślepki, trudno sobie nie pomyśleć, "rany, jaki to silly shit". Może z tego powodu sporo fanów nie chce rewidować swoich wspomnień powtórką z oryginalnej Trylogii (w szkole mnie uczyli, że trylogię piszemy z wielkiej tylko, kiedy chodzi o Trylogię Sienkiewicza, wie ktoś, czy coś się zmieniło?). Ja zrewidowałem w ostatnim miesiącu i ehm, no cóż. 

Skończyła się kilka tygodni temu obiektywnie bardzo dobra seria pod tytułem "Igrzyska śmierci". Sprawnie rozplanowana, inteligentnie napisana (myślę o filmach, w książkach mnie przerósł ten narracyjny wlot w umysł niekoherentnej nastolatki i nie doczytałem), zagrana w zasadzie bezbłędnie i przede wszystkim wypełniona tą jakże relewantną społeczną alegorią (a ostatnie zdanie o tym, że "There are much worse games to play" może być jedną z bardziej i pamiętnych i mocniejszych closing lines masowej kultury paru dekad). A jednak, jeśli powiem dowolnemu dojrzałemu, inteligentnemu i wykształconemu mężczyźnie, że "Igrzyska śmierci" są lepsze od "Gwiezdnych wojen", zostanę obśmiany albo dostanę w ryj rozbitą butelką.

Ale czy ktoś chce się ze mną kłócić, że taka "Nowa nadzieja" nie jest płytka jak kałuża łez wylana na pogrzebie tyrana? Że postaci ma wycięte z kartonu, a interakcje między nimi są niewiarygodne (Luke rozpaczający bardziej po Obi-Wanie, którego znał dwa dni niż po wuju i cioci, którzy go uchowali - no jak ja mam się utożsamiać z takim protagonistem?), albo że reżyseria jest pocieszna? I już nie mówię o tych zmianach, które Żorż naniósł z kolejnymi wydaniami (choć też były dla mnie niejakim szokiem), ale na przykład walce Obi-Wana z Lordem Vaderem, która wygląda jak kłótnia emerytów wyrywających sobie mopa. Albo, czy ktoś chce wybronić absurd całej finałowej sekwencji "Powrotu Jedi"? Chętnie wysłucham zwłaszcza tych, którzy obśmiewali bitwę w "Avatarze". Nawet najlepsze "Imperium kontratakuje" narracyjnie nie satysfakcjonuje w pełni. Relacja Luke'a i Yody wydawała mi się za młodu jakaś głębsza, tymczasem opiera się na dwóch-trzech scenach, owszem dość mistycznych i pięknych, ale za mało, żebym miał w to uwierzyć. I nade wszystko, czy ktoś mnie przekona, że wojny gwiezdne nie są tu jak potyczki podwórkowe? Że nie brak im opresji, strachu, jakiegoś poczucia zagrożenia?

I teraz palnę największe zaprzaństwo. To Nowa Trylogia (jak na nią teraz właściwie mówić?) nadaje sadze wielowymiarowości. Żaden z tych trzech filmów nie jest dobry, a "Mroczne widmo" rozczarowało mnie już, kiedy miałem 13 lat, ale to tam zaczyna się opowieść o politycznym kryzysie, który stoi u źródła każdej wojny. Historia przystająca do platońskiej teorii psucia się ustrojów, która mówi, że każde ciało polityczne zaklęte jest w pętli demokracji, oligarchii i tyranii, więc każde pokolenie suwerena będzie powtarzać błędy poprzedniego. Rozgoryczone demontażem państwa społeczeństwo wybierze sobie lidera, który najgłośniej będzie krzyczeć na wiecach o odparciu ofensywy szaleńców, a w dalszej kolejności tego, który powie im, że demokracja nie sprawdziła się jako ustrój i czas spróbować czegoś nowego. "Igrzyska śmierci" też opowiedziały to ładniej niż Nowa Trylogia, ilustrując autodestrukcyjny pęd ludzkości kilkoma scenami, które przejrzyście mówią o tym, dlaczego tak uwielbiamy ekstremę zwalczać tylko ekstremą. W "Przebudzeniu mocy" mam nadzieję zobaczyć właśnie taki aneks do fabuły Starej Trylogii - nie ma tak łatwo, że pluszowe misie o czystych sercach zaprowadzą porządek w galaktyce. Musiałyby to być niedźwiedzie o stalowych zębach. Bo za dużo jest między nami, inteligentnymi istotami niezrozumienia i złej krwi, żeby mogło być tak łatwo. Jasna strona, ciemna strona, ale szturmowcy muszą z czegoś żyć, bo przecież nie wyniosą się do lasu na Endorze.

© SROGI BOCHEN
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci